Właśnie wpadł do mnie do pracy mój braciszek. Jest w czwartej klasie LO,
zaraz matura. Przestał chodzić do szkoły, jest wściekły na nauczycieli,
zresztą jak opowiadał to się nie dziwię, niektórzy to takie poj..., że szok.
Wiem, że sobie zabagnia sytuację, mogą go nie dopuścić do matury, a on się
po prostu boi tam iść. Bo znowu mu powiedza, ze nic nie umie, znowu pała i
znowu jego poczucie, że jets kretynem. A jest świetnym facetem. Jestem w
trudnej sytuacji, bo mnie i G. on jest jeszcze skłonny wysłuchać, nie wiem
czy przyznać rację i posłuchać, ale przynajmniej się na to co mówię nie
buntuje. Ale co mu powiedzieć, komunały w stylu, kochany, musisz chodzić do
szkoły, to jest ważne, pierdu, pierdu? Co to znaczy dla młodego człowieka,
który wie, że nic go w szkolnych murach dobrego nie spotka? Porazka, nie
wiem co robić