Gość: Kasia (gość)
IP: *.stansat.pl
19.05.09, 13:15
Witam serdecznie wszystkich Forumowiczów,
Mam na imię Kasia, mam 23 lata, męczę się od 6 lat, niestety choroba postępuje. Widzę, że nie jestem sama jeśli chodzi o ból i dziwne objawy co często w oczach lekarzy da się odczytać jako etykietkę hipochondrii. Chciałabym Was poprosić o komentarz i pomoc. Zaczęło się typowo migrenowo, leki, neurolodzy, niestety bez odzewów mojego organizmu. Przerabiałam już właściwie wszystko - tryptany, leki padaczkowe, magiczne Cinie, antydepresanty, kadrio i takie tam brednie. W grudniu leczona byłam efferalganem z Codeiną (lek narkotyczny - pochodna morfiny) i wyposażono mnie w mocniejszy roztwór w razie potrzeby robiony na zamówienie - na szczęście nie skorzystałam. Ale po dosyć cięzkim miesiącu i utracie wagi 10 kg w tym czasie w porozumieniu z lekarzem został odstawiony. Zdarzyła się jedna utrata przytomności w życiu z uderzeniem głowy w tym roku, ale odkąd się leczę neurologicznie wszystkie badania wychodzą o.k. (kiedyś Pani z pogotowia stwierdziła, że badań mam więcej niż ona przez 10 lat) - poza eeg, ale jakoś lekarze nie przywiązują do tego wagi. Szukałam pomocy w różnych szpitalach, praktycznie raz w miesiącu w jakimś ląduje. Aby nie czekać na pogotowie mój lekarz poratował mnie zastrzykami domięśniowymi, które robię już sama - jeśli jestem w stanie (od 1 do 3 ataków bólu w tygodniu). Zdiagnozowano u mnie przewlekłą napadową hemikranię (pieszczotliwie nazywam ją ostatnio przyjaciółką - jest ze mną codziennie na każdym kroku), dostałam metindol retard, ale po 1-szym dniu zrezygnowałam - chętnych zapraszam do przeczytania działań niepożądanych. Tydzień temu trafiłam do Bielańskiego z paraliżem połowy twarzy i niedowładem ciała (czyli dochodzi jeszcze migrena skojarzona, jakby jedna była za mało). Stan utrzymywał się przez 3 dni, oczywiście z mnóstwem somatycznych dolegliwości. Potem zaczęło się uspokajać i wyglądało na to, że wracam powoli do ludzi. Niestety wczorajsza noc przyprawiła mnie już o łzy... Kolejny paraliż, ból...nieudolnie z jednym, otwartym okiem trafiłam strzykawką w moje cztery litery, bo opieka medyczna (prywatna z firmy, w której pracuje) po godzinie 2-giej w nocy nie była w stanie pomóc i wymęczona jakoś usnęłam. Mam lekarza prowadzącego, porządny facet, który chyba się wczuł, bo każe się informować co się dzieje - dzięki temu człowiek czuje się bezpieczniej, ale chyba też nie wie co zrobić. W tej chwili drugi tydzień w domu na L4, miesięczna nieobecność na uczelni, zaległości się nawarstwiają, wiosna za oknem a człowiekowi żyć się nie chce... Proszę, jeśli możecie, doradźcie coś, bo nie mam już siły walczyć..