Dodaj do ulubionych

Wymiary równoległe

03.10.06, 09:19
Kilka razy o tym słyszłam ale tak anaprawde nie wiem o co w tym chodzI.. czy
mógłby mi to ktoś wyjaśnić;P Prosze:)
Obserwuj wątek
    • bonobo44 Re: Wymiary równoległe 03.10.06, 10:51
      wpisz na początek w googlach

      wiele światów równoległych

      www.google.com/search?sourceid=navclient&ie=UTF-8&rls=DVXF,DVXF:2005-
      38,DVXF:en&q=%22wiele+%C5%9Bwiat%C3%B3w+r%C3%B3wnoleg%C5%82ych%22


      a gdy to będzie mało, to np.:

      wymiary "równoległe światy"

      www.google.com/search?hl=pl&rls=DVXF%2CDVXF%3A2005-38%2CDVXF%3Aen&q=wymiary+%22r%C3%B3wnoleg%C5%82e+%C5%9Bwiaty%22+&btnG=Szukaj&lr=


      a najlepiej zacznij od lektury "Ogrodu o rozwidlających się ścieżkach"
      Borgesa...
    • bonobo44 8: Ogród o rozwidlających się ścieżkach - Borges 03.10.06, 15:50
      Zwróciłem w milczeniu kartkę. Albert ciągnął dalej:
      - Zanim odnalazłem ten list, pytałem siebie, w jaki sposób książka może być
      nieskończona. Nie wyobrażałem sobie innego rozwiązania niż tom cykliczny,
      kolisty. Tom, którego ostatnia strona byłaby identyczna z pierwszą, stwarzając
      możliwość nieskończonej kontynuacji. Przypomniałem sobie również tę noc, która
      znajduje się w środku 1001 Nocy, kiedy to królowa Szeherezada (z powodu
      magicznego roztargnienia kopisty) zaczyna opowiadać dosłownie historię 1001
      Nocy
      ryzykując, że dojdzie jeszcze raz do nocy, w której ją opowiada, i tak w
      nieskończoność. Wyobraziłem sobie również jakieś dzieło platońskie,
      dziedziczne,
      przekazywane z ojca na syna, w którym każdy nowy osobnik dawałby jeden rozdział
      lub poprawiał z nabożną starannością stronice swoich przodków. Te
      przypuszczenia
      rozproszyły moją uwagę; ale żadne nie zdawało się odpowiadać, choćby w odległy
      sposób, sprzecznym rozdziałom Ts'ui Pena. Byłem pogrążony w konsternacji, gdy
      przekazano mi z Oxfordu rękopis, który pan oglądał. Zatrzymałem się oczywiście
      na zdaniu:

      «Pozostawiam wielu przyszłościom (nie wszystkim) mój ogród o rozwidlających się
      ścieżkach». Niemal natychmiast zrozumiałem: ogrodem o rozwidlających się
      ścieżkach była chaotyczna powieść; zwrot «wielu przyszłościom (nie wszystkim)>>
      zasugerował mi obraz rozwidlania się w czasie, nie w przestrzeni. Powtórne
      przeczytanie całego dzieła potwierdziło tę teorię. We wszystkich narracjach za
      każdym razem, gdy człowiek ma do czynienia z rozmaitymi możliwościami, wybiera
      jedną i wyklucza inne; w narracji nierozwikłanego Ts'ui Pena - równocześnie -
      wszystkie. Tworzy w ten sposób rozmaite przyszłości, rozmaite czasy, które
      również mnożą się i rozwidlają. Stąd sprzeczności powieści. Fang, powiedzmy,
      zna jakąś tajemnicę; jakiś nieznajomy puka do jego drzwi; Fang postanawia go
      zabić. Są oczywiście różne możliwe rozwiązania: Fang może zabić intruza, intruz
      może zabić Fanga, obaj mogą się uratować, obaj mogą zginąć, itd. W dziele Ts'ui
      Pena mają miejsce wszystkie rozwiązania. Każde jest punktem wyjścia dla innych
      rozwidleń. Czasami ścieżki tego labiryntu zbiegają się: na przykład pan
      przychodzi do tego domu, ale w jednej z możliwych przeszłości jest pan moim
      wrogiem, w innej przyjacielem.

      Jeżeli pogodzi się pan z moją nieuleczalną wymową, przeczytamy kilka stronic.
      Jego twarz, w żywym kręgu lampy, była niewątpliwie twarzą starca, ale posiadała
      w sobie coś niezłomnego, a nawet nieśmiertelnego. Przeczytał z Powolną precyzją
      dwie redakcje tego samego epickiego rozdziału. W pierwszej wojsko posuwa się do
      walki poprzez bezludną górę; groza kamieni i cienia sprawia, że gardzi życiem i
      osiąga z łatwością zwycięstwo; w drugiej to samo wojsko przechodzi przez pałac,
      w którym odbywa się jakaś uroczystość; olśniewająca bitwa wydaje im się dalszym
      ciągiem uroczystości i osiągają zwycięstwo. Słucham z należną czcią tych
      dawnych
      fikcji, mniej może godnych podziwu niż fakt, że wymyśliła je moja krew i że
      przekazuje mi je człowiek z jakiegoś odległego imperium, podczas rozpaczliwej
      przygody, na pewnej zachodniej wyspie. Pamiętam ostatnie słowa, powtarzające
      się
      w każdej redakcji jak jakiś tajemniczy nakaz: «Tak walczyli bohaterowie,
      spokojnym i wspaniałym sercem, gwałtownym mieczem, gotowi zabijać i umierać».
      Od tej chwili poczułem wokół siebie i w moim niejasnym ciele jakieś
      niewidzialne, niedotykalne mrowie. Nie było to mrowie rozbieżnych, równoległych
      i w końcu łączących się wojsk, lecz poruszenie bardziej nieuchwytne, bardziej
      głębokie, które te wojska W jakiś sposób zapowiadały. Stephen Albert ciągnął
      dalej:
      • bonobo44 9: Ogród o rozwidlających się ścieżkach - Borges 03.10.06, 15:51
        - Nie sądzę, aby pański czcigodny przodek bawił się na próżno tymi wariantami.
        Nie uważam za prawdopodobne, aby poświęcił trzynaście lat na nieskończone
        wykonywanie retorycznego eksperymentu. W pańskim kraju powieść jest gatunkiem
        podrzędnym; w owym czasie była gatunkiem pogardzanym. Ts'ui Pen był genialnym
        powieściopisarzem, ale był również literatem, który z pewnością nie uważał się
        tylko za powieściopisarza. Świadectwo jego współczesnych głosi - i w zupełności
        potwierdza to jego życie - że miał on zamiłowania metafizyczne, mistyczne.
        Kontrowersja filozoficzna pochłania wielką część jego powieści. Wiem, że ze
        wszystkich problemów żaden nie niepokoił i nie dręczył go tak, jak przepastny
        problem czasu. Otóż jest to jedyny problem, który nie występuje na stronicach
        Ogrodu. Nie używa nawet słowa, które oznacza czas. Jak tłumaczy pan sobie to
        dobrowolne pominięcie?
        Zaproponowałem różne rozwiązania; wszystkie niedoskonałe. Dyskutowaliśmy na ich
        temat; w końcu Albert zapytał:
        - Jakie jest jedyne zakazane słowo w zagadce, której tematem są szachy?
        Pomyślałem przez chwilę i odpowiedziałem: - Słowo szachy.
        - Właśnie - powiedział Albert. - Ogród o rozwidlających się ścieżkach jest
        ogromną zagadką czy parabolą, której tematem jest czas; ta ukryta przyczyna
        zabrania mu wymienić jego nazwę. Pomijanie zawsze jakiegoś słowa, odwoływanie
        się do nieporadnych metafor i do oczywistych peryfraz jest, być może,
        najbardziej emfatycznym sposobem wskazania go. Jest okrężnym sposobem, jaki
        wybrał, w każdym z meandrów swej niezmordowanej powieści, przewrotny Ts'ui Pen.
        Porównywałem setki rękopisów, poprawiałem błędy, jakie wprowadziła niedbałość
        kopistów, czyniłem przypuszczenia na temat planu tego chaosu, odtworzyłem,
        sądziłem, że odtworzyłem pierwotny porządek, przetłumaczyłem całe dzieło: wiem
        z pewnością, że nie używa ani razu słowa c z a s. Wyjaśnienie jest oczywiste:

        Ogród o rozwidlających się ścieżkach jest obrazem niekompletnym, ale nie
        fałszywym, wszechświata takiego, jak pojmował go Ts'ui Pen. W odróżnieniu od
        Newtona i Schopenhauera pański przodek nie wierzył w czas jednolity, absolutny.
        Wierzył w nieskończone serie czasów, w rosnącą i zawrotną sieć czasów
        zbieżnych, rozbieżnych i równoległych. Ta przędza czasów, które zbliżają się,
        rozwidlają, przecinają i które przez wieki o sobie nie wiedzą, obejmuje
        wszystkie możliwości. Nie istniejemy w większości tych czasów; w niektórych
        istnieje pan, a ja nie; w innych ja, a pan nie; w innych istniejemy obaj. W
        tym, który zsyła mi pomyślny przypadek, przyszedł pan do mojego domu; w innym,
        przechodząc przez ogród, znalazł mnie pan martwego; w innym ja mówię te same
        słowa, ale jestem jakąś omyłką, widmem.

        - We wszystkich - powiedziałem nie bez drżenia - podziwiam pańskie odtworzenie
        ogrodu Ts'ui Pena i jestem panu za nie wdzięczny.
        - Nie we wszystkich - wyszeptał z uśmiechem. Czas rozwidla się ciągle ku
        niezliczonym przyszłościom. W jednej z nich jestem pana wrogiem.
        Poczułem znowu to mrowie, o którym mówiłem. Wydało mi się, że wilgotny ogród,
        który otaczał dom, jest przesiąknięty do nieskończoności niewidzialnymi
        osobami.
        Tymi osobami byliśmy Albert i ja, tajemniczy, pochłonięci swymi sprawami i
        wielokształtni w innych wymiarach czasu. Podniosłem oczy i ten mglisty koszmar
        rozwiał się. W żółtym i czarnym ogrodzie był tylko jeden człowiek; ale ten
        człowiek był silny jak posąg, ale ten człowiek zbliżał się ścieżką i był to
        kapitan Richard Madden.
        - Przyszłość już istnieje - odpowiedziałem - ale ja jestem pańskim
        przyjacielem. Czy mogę jeszcze raz obejrzeć list?
        Albert wstał. Wysoki, otworzył szufladę wysokiego biurka; był przez chwilę
        odwrócony do mnie plecami. Przygotowałem już rewolwer. Strzeliłem z najwyższą
        uwagą. Albert zwalił się bez jednego jęku, natychmiast. Przysięgam, że jego
        śmierć była błyskawiczna: porażenie piorunem.
        Reszta jest nierealna, bez znaczenia. Madden wpadł
        do środka, aresztował mnie. Zostałem skazany na szubienicę. W odrażający sposób
        zwyciężyłem: powiadomiłem Berlin o sekretnej nazwie miasta, które należało
        zaatakować. Wczoraj zostało ono zbombardowane; przeczytałem o tym w tych samych
        gazetach, które zaproponowały Anglii taką zagadkę: dlaczego uczony - sinolog
        Stephen Albert został zamordowany przez nieznajomego, Ju Tsuna. Szef
        rozszyfrował zagadkę. Wie, że chodziło mi o wskazanie (poprzez zgiełk wojny)
        miasta, które nazywa się Albert, i że nie znalazłem innego sposobu jak zabicie
        jakiejś osoby o tym nazwisku. Nie wie (nikt nie może wiedzieć) o moim
        niezmiernym przygnębieniu i zmęczeniu".

        Przełożył Andrzej Sobot-Jurczykowski
        • lola10.10 "Efekt motyla" 06.10.06, 20:16
          to tytul filmu, ktory tez moze dac pojecie o tym "zjawisku". I Chyba inny film
          pt. "Dzień świstaka"

          :-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka