ignorant11
29.11.04, 03:43
Sława!
http://www.nowe-panstwo.pl/
Świat Wietnamczyków mieszkających w Polsce prawie nie przenika się ze światem
Polaków. Przybysze z Azji mają swoje prawa, organizacje polityczne, a nawet
system podatkowy i sprawiedliwości. Wewnątrz państwa polskiego powstaje quasi-
państwo wietnamskie. Czy może się ono w przyszłości stać dla nas zagrożeniem?
W dużych miastach widać ich niemal na każdym kroku. Prowadzą orientalne
restauracje oraz uliczne budki z tanimi posiłkami, królują na bazarach. Są
grzeczni, cisi, nikomu nie wadzą. Jednak pod tym pozorem nijakości ukrywa się
niekiedy brutalny i niebezpieczny świat. Polska przez piętnaście lat wolności
dorobiła się własnego getta imigracyjnego, nad którym nie ma żadnej kontroli.
Od otwarcia, jakie nastąpiło w 1989 roku, liczba nielegalnych przybyszów do
naszego kraju zaczęła w szybkim tempie rosnąć. Szczególnie widoczni byli
Azjaci, a wśród nich właśnie Wietnamczycy; to ich przyjeżdżało i zostawało u
nas najwięcej. Z ojczyzny uciekali (i uciekają) ze względów ekonomicznych lub
politycznych, czasami z obu jednocześnie. Co prawda u progu XXI wieku o
Socjalistycznej Republice Wietnamu Niezależnej - Wolnej - Szczęśliwej (jak
brzmi pełna nazwa państwa) nikt już nie napisze, jak w 2000 roku tygodnik The
Economist, że "bliżej jej do Kuby niż urynkowujących się Chin", a to za
sprawą niebywałego tempa wzrostu gospodarczego. Od trzech lat nie spada ono
poniżej 7 procent, a rząd zapowiada jeszcze jego podwojenie do 2010 roku i
przedzierzgnięcie się kraju w nowego "tygrysa azjatyckiego". Ale mimo tych
sukcesów gospodarczych Wietnam pozostaje jedną z najbrutalniejszych dyktatur
na świecie i nic nie zapowiada politycznych zmian.
Reżim wietnamski zwalcza opozycję w różny sposób. W ubiegłym roku nad
Mekongiem powstało Internetowe Centrum do penetrowania sieci w poszukiwaniu
antykomunistycznych treści, a także ruszyła policja internetowa, która tropi
przeciwników systemu wśród internautów. Jednym z nich była Ngo Thi Lan,
studentka pedagogiki z Hanoi, mieszkająca obecnie nielegalnie w Warszawie. W
2003 roku relegowano ją z uczelni po tym, jak została złapana na rozsyłaniu e-
mailem informacji na temat represji wobec przeciwników reżimu. Była śledzona.
Obawiając się uwięzienia, postanowiła uciekać. Rodzina zebrała na jej
przerzut do Polski cztery tysiące dolarów. To i tak niewiele. Na ogół taka
operacja kosztuje nawet 7-8 tysięcy dolarów od osoby.
Liberalne prawo, chłonny rynek
Imigranci przybywają do Polski przez Chiny i Rosję (Irkuck, Nowosybirsk,
Moskwę) w małych, 8-10-osobowych, grupach. To optymalna liczba do przerzutu
minibusami, a potem pieszo przez zieloną granicę. Zdaniem polskich
pograniczników, w ostatnich 3-4 latach coraz więcej Wietnamczyków przyjeżdża
przez Obwód Kalinigradzki, wcześniej dominował kierunek białoruski i
ukraiński.
Żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza oceniają, że nielegalna imigracja jest
coraz lepiej zorganizowana, a to dzięki współpracy gangów z mieszkańcami
przygranicznych wsi. Podczas likwidacji jednego z kanałów przerzutowych
zatrzymano 39 polskich "pomocników". Brali oni za każdą przeprowadzoną osobę
po 150 dolarów. Na samej Lubelszczyźnie w 2004 roku zatrzymano 130 Polaków
zaangażowanych w przemyt ludzi. Ryzyko jest niewielkie, w razie wpadki bowiem
przewodnicy zostawiają Wietnamczyków samym sobie. Jeśli już dochodzi do
zatrzymania, do aresztu trafiają zazwyczaj płotki - kierowcy i rolnicy,
którzy przechowywali uciekinierów i członków gangu w swoich gospodarstwach.
Organizatorzy przerzutu pozostają bezkarni.
Gangi nie tylko przerzucają nielegalnych imigrantów, ale też organizują i
kontrolują ich pobyt w Polsce. Uciekinierzy często opłacają tylko część
kosztów przerzutu, resztę muszą potem odpracować. Bywa, iż całymi latami
pracują na konto spłaty długu, a nie dla siebie.
Prawdziwa lawina uchodźców ruszyła w połowie lat 90. - tylko między rokiem
1996 a 1997 wjechało legalnie do Polski około 12 tysięcy Wietnamczyków. Część
z nich przyciągnęła legenda "Solidarności" i Lecha Wałęsy, inni znali nasz
kraj z opowieści rodziców i znajomych studiujących nad Wisłą jeszcze w latach
60. i 70. Przyjeżdżali tutaj w ramach pomocy rządu PRL dla bratnich reżimów w
Trzecim Świecie. Niewielka część dawnych studentów już wtedy osiedliła się w
Polsce, tworząc przyczółki dla późniejszych imigrantów. Ilu ich było? - Nie
wiadomo, nie ma dokumentów z tamtego czasu - mówi Jan Węgrzyn z Urzędu do
spraw Repatriacji i Cudzoziemców.
W samym Wietnamie byli absolwenci polskich uczelni tworzą wpływowe lobby.
Absolwentem Politechniki Śląskiej jest na przykład dyrektor Wietnamskiej
Kompani Węglowej "Vinacoal", a Politechniki Warszawskiej - obecny burmistrz
Hanoi. Lobby to pomaga w organizowaniu nielegalnych wyjazdów do naszego
kraju.
Polska stała się trzecim, po Francji i Niemczech, centrum imigracji
wietnamskiej w Europie. Najwięcej mieszka ich we Francji - pół miliona, w
Niemczech 100 tysięcy. W Polsce ich liczba jest trudna do oszacowania. Dane
MSWiA mówią, że w latach 1998-2003 wydało Wietnamczykom około 6 tysięcy
pozwoleń na zamieszkanie na czas określony albo zezwoleń na osiedlenie się.
Jan Węgrzyn twierdzi, że przybyszów znad Mekongu mających uregulowany status
prawny, czyli na przykład legitymujących się kartą stałego pobytu, mieszka u
nas około 20 tysięcy, a 10 tysięcy nielegalnie. Aż 40 tysięcy imigrantów
wietnamskich doliczyła się na podstawie swoich badań Teresa Halik,
wietnamolog, doktor z Zakładu Krajów Pozaeuropejskich PAN. Z kolei ksiądz
Edward Osiecki, werbista z parafii na warszawskim Natolinie, który od dwóch
lat pracuje jako duszpasterz wietnamskich katolików, uważa, że jest ich 60
tysięcy. Zdaniem Nguyena Van Tai z proreżimowego Stowarzyszenia Wietnamczyków
w Polsce "Solidarność i Przyjaźń", ich liczba nie przekracza 20 tysięcy. Sami
imigranci nieoficjalnie przyznają się do 40 tysięcy, w tym około 15 w samej
stolicy. Najbliższe prawdy szacunki wahają się między 40 a 60 tysiącami.
Wietnamczycy osiedlają się głównie w Warszawie, ale także w Szczecinie,
Łodzi, Poznaniu, Krakowie i Katowicach.
Towarzysze
Waldemar Dziak, kierownik Zakładu Azji i Pacyfiku PAN, twierdzi, że: - Brak
kontroli nad jakąś grupą narodową, pozostawanie jej w gettcie dla każdego
kraju może być niebezpieczne. Dla Polski też.
- W Polsce działają bezprawnie, ale całkiem jawnie wietnamskie służby
specjalne sterowane przez ambasadę SRW - mówi Robert Krzysztoń z Instytutu
im. Ignacego Paderewskiego, założonego w 1999 roku przez dawnych polskich
opozycjonistów, by nieść pomoc uchodźcom. - Grożą one osobom występującym
przeciwko reżimowi, przede wszystkim przebywającym u nas nielegalnie,
przesłuchują je w ambasadzie lub budynku Reform Plaza [gdzie mieści się
restauracja prowadzona przez wiceprezesa prorządowego Stowarzyszenia
Wietnamczyków w Polsce "Solidarność i Przyjaźń"]. Szantażem zmuszają do
uległości, opornych - biją. Znamy ich nazwiska, ale nic nie możemy udowodnić.
Pokrzywdzeni ze strachu nie chcą zeznawać - opowiada Krzysztoń.
Czy o takiej działalności polskie służby mogą nie wiedzieć? A może wiedzą,
tylko przymykają na nią oko, bo nie chcą zagrozić interesom Rzeczypospolitej
Polskiej z Socjalistyczną Republiką Wietnamu? Wszak podczas październikowego
piątego już Szczytu ASEM (Asia-Europe Mitting) w Hanoi premier Marek Belka
zapowiedział, między innymi, wejście na rynek wietnamski polskiego przemysłu
zbrojeniowego. Między rządami omawiana jest też kwestia przyznania Wietnamowi
nowego kredytu na rozwój kopalnictwa.
Nie sposób określić, w jakim stopniu wietnamskie służby kontrolują struktury
organizujące życie nielegalnych imigrantów wietnamskich w Polsce. Z opowieści
samych przybyszów wyłania się jednak obraz odrębnego świata z zamkniętym
systemem pozabankowego obrotu pi