odarpi
20.11.06, 15:32
www.gazetawyborcza.pl/1,75248,3743824.html
Ile było ofiar wypędzenia?
Ingo Haar*2006-11-19, ostatnia aktualizacja 2006-11-19 18:49
Erika Steinbach wciąż mówi o ponad 2 mln Niemców zamordowanych podczas
wypędzeń z Ziem Odzyskanych. Historycy dawno dowiedli, że było ich pięć razy
mniej
Republika Federalna Niemiec od samego początku podawała przesadną liczbę
Niemców, którzy ponieśli śmierć w czasie wypędzenia. W interesie wypędzonych
leżało bowiem wyolbrzymianie swoich cierpień. Zafałszowana liczba ofiar
pojawiła się także na wystawie "Wymuszone drogi" zorganizowanej w Berlinie
przez Erikę Steinbach, szefową Związku Wypędzonych. Ile naprawdę było tych
ofiar?
Kiedy w 1948 r. USA, Wielka Brytania i Francja - kraje zarządzające trzema
strefami okupacyjnymi w Niemczech - postanowiły zwrócić uwagę ONZ na "los
zaginionych cywilów", natrafiły na problem. Nie było oficjalnych danych
dotyczących liczby ofiar. W 1949 r. powstał więc projekt udokumentowania
cierpień wypędzonych i policzenia zabitych. Nie było jednak lokalnych ksiąg
meldunkowych.
Wtedy to Hans von Spaeth-Meyken z Prus Wschodnich wpadł na genialny pomysł,
by sporządzić kartotekę wszystkich wypędzonych. Ci, którzy przeżyli, mieli
relacjonować zbrodnie popełnione na ich krewnych i sąsiadach. Wypowiedzi
lekarzy, nauczycieli, administratorów miały niemal minuta po minucie
odtwarzać dzieje ucieczki i wypędzeń. W krótkim czasie Spaeth-Meyken zyskał
dla swojego pomysłu poparcie wszystkich świeżo utworzonych organizacji
ziomkowskich, które zgodziły się wypełnić jego ankietę.
Dokumentacja była gotowa w 1953 r. Tymczasem jednak zmieniła się sytuacja
polityczna. W okresie wojny koreańskiej Niemcy zachodnie, zdemilitaryzowane i
uzależnione od aliantów, znów zostały uzbrojone [w 1955 r. powstaje
Bundeswehra].
Hans Lukaschek, pierwszy minister ds. wypędzonych w gabinecie Konrada
Adenauera, chciał wykorzystać tę sytuację. Był przeciwnikiem układu
poczdamskiego z 1945 r., który przewidywał podział Niemiec i utworzenie we
wschodnich Niemczech sowieckiej strefy okupacyjnej. Lukaschek chciał odzyskać
utracone tereny. Jedyną drogą do tego był traktat pokojowy z mocarstwami
zachodnimi.
Lukaschek zwrócił się o radę do historyków. Teodor Schieder, profesor
uniwersytetu w Kolonii, zaproponował, by zbiór dokumentów Spaeth-Meykena
wykorzystać jako "białą księgę". Gdyby doszło do rozmów pokojowych z
Amerykanami, można by zaszokować amerykańską opinię publiczną dokumentacją
straszliwych zbrodni popełnionych w trakcie wypędzeń.
Jednak Gotthold Rhode, pionier w badaniu strat wypędzonych, ostrzegał
przed "białą księgą". Już Joseph Goebbels, minister propagandy III Rzeszy, w
podobnym "dziele" podniósł liczbę zamordowanych w Polsce volksdeutschów z 16
tys. do 56 tys. Po 1945 r. Niemcy sudeccy w swojej "białej księdze" nazwali
wypędzenie "zbrodnią przeciwko ludzkości". A Lukaschek i Schieder chcieli
przecież stworzyć dzieło naukowe.
W końcu Schieder powołał niezależną komisję historyków. By ustalić liczbę
ofiar, postanowiono porównać liczby mieszkańców wschodnich Niemiec z roku
1939 i 1948. Według spisu ludności z 1939 r. żyło na tych terenach 10 mln 87
tys. obywateli niemieckich. Liczba wypędzonych w 1948 r. sięgała jednak tylko
7 mln 85 tys. osób. Na dawnych terenach niemieckich pozostało 835 tys.
obywateli niemieckich. Brakowało więc 2 mln 167 tys. osób. Tę właśnie liczbę
Schieder uznał za liczbę ofiar śmiertelnych. Dodał do niej Niemców, którzy
przed wojną mieszkali w Polsce i Wolnym Mieście Gdańsku. Wyszło mu 2 mln 484
tys. zabitych.
Ta liczba była jednak oczywistą fikcją. Nie uwzględniała naturalnych zgonów i
samobójstw ani poległych żołnierzy Wehrmachtu, ludzi zmarłych już po
wypędzeniu, a także tych, którzy uciekali przed nadciągającym frontem
sowieckim.
Jak bardzo jednostronne są dane Schiedera, pokazuje przykład
wschodnioniemieckich Żydów. W 1939 r. było ich 27 533. Większość z nich
zamordowano zimą 1941/42 r. w niemieckich obozach koncentracyjnych. Los
dalszych 4216 Żydów - tzw. mieszańców pierwszej i drugiej kategorii, którzy w
myśl nazistowskich ustaw rasowych byli dyskryminowani i prześladowani - do
dziś nie zostały wyjaśniony. W ogólnym rachunku obie grupy zostały uznane za
ofiary wypędzeń.
Gdy w 1953 r. Lukaschek wydał pierwsze tomy monografii poświęconej
wypędzeniom z terenów na wschód od Odry i Nysy, pisał o 12 mln wypędzonych.
Twierdził, że Związek Sowiecki i jego satelici zamordowali ponad 2 mln
Niemców.
Ani zamiar ministerstwa ds. wypędzonych, by zrewidować układ poczdamski, ani
podane liczby nie wzbudziły zaufania na Zachodzie. Interweniował Polak
Kazimierz Smogorzewski [dziennikarz i publicysta, redaktor "Encyclopaedia
Britannica"]: "To absurd, że Niemcy wciąż snują projekty rewizjonistyczne,
choć Armia Czerwona stoi nad Łabą" - mówił. Przeciwstawiał się też zawyżonej
liczbie ofiar.
Owa liczba była rzeczywiście błędna. W 1954 r. Niemiecki Urząd Statystyczny
zbadał liczby zamieszczone w wydawnictwie Lukaschka i wydał miażdżącą opinię.
Krytykę tę zamieciono jednak pod dywan, a zawyżone liczby obowiązywały nadal.
Dopiero w 1964 r. sprawą zajęła się specjalna komisja kościelna. Znalazła nie
więcej niż 473 tys. zabitych na wszystkich terenach wypędzeń. Ostatecznie w
1969 r. wielka koalicja kanclerza Kurta Georga Kiesingera postanowiła raz
jeszcze przebadać tę sprawę. W 1974 r. państwowe Archiwum Federalne podało
liczbę 400 tys. ofiar po drugiej stronie Odry. [Według polskich źródeł z tej
liczby połowa Niemców zginęła w łagrach sowieckich; ok. 60 tys. w wyniku
polskich represji, głównie w obozach i w trakcie transportu do Niemiec, który
odbywał się w tragicznych warunkach; reszta - to ofiary działań wojennych
Armii Czerwonej].
Ostatnia korekta nastąpiła w 1996 r., kiedy to niemiecko-czeska komisja
ustaliła liczbę 16 tys. ofiar wśród Niemców sudeckich. Komisja zdecydowanie
odrzuciła dotychczas obowiązującą liczbę 225 tys. ofiar.
Inicjatorzy Centrum przeciw Wypędzeniom pozostają jednak głusi na te
ustalenia. Ich kronika wypędzeń reklamująca wystawę "Wymuszone drogi" wciąż
podaje liczbę 225 tys. zabitych Niemców sudeckich. Erika Steinbach w dalszym
ciągu mówi o ponad 2 mln Niemców zamordowanych podczas wypędzeń.
Można by o tym nie mówić, gdyby dzisiejsi prawicowi radykałowie nie używali
tych liczb dla swoich celów. Podawanie wyższych liczb jest też powodem, dla
którego polscy historycy widzą w wystawie berlińskiej jedynie posunięcie
propagandowe. W Polsce nie dostrzega się różnicy między Powiernictwem
Pruskim, które procesuje się o niemiecką własność, a słusznymi życzeniami
wypędzonych, by uznać ich cierpienia. Jeśli wypędzeni chcą być w Polsce
słuchani, muszą podawać właściwie liczby. W przeciwnym razie muszą się liczyć
z tym, że będą uznani za odpowiedzialnych za zastój w stosunkach niemiecko-
polskich.
*Ingo Haar - historyk niemiecki, współpracownik Centrum Badań nad
Antysemityzmem
Artykuł ukazał się w „Süddeutsche Zeitung” 14 listopada br.
tłum. Danuta Zagrodzka