rudakitka
14.01.04, 08:10
Mnie bardziej niz co myślą o nas Polonusi zza oceanu interesuję ,co ja myślę o tych ,którzy zyli na naszych Kresach.To pewno z powodu moich korzeni ale chyba tez i spsób myślenia, i życia "tamtego świata" jest mi to bliskie.
Artykuł z Dziennika Polskiego
Publicystyka 14-01-2004
WŁADYSŁAW A. SERCZYK: Znad granicy
Kresowe przesłanie
We wspomnieniach kresowiaków coraz mniej powrotów do atmosfery starych dworków, zjazdów sąsiedzkich, wieczornych posiadów, wspólnego śpiewania pieśni pana Stanisława Moniuszki oraz muzykowania panienek, które właśnie zjechały z miejskiej pensji, by wraz z najbliższymi zasiąść do wspólnej wieczerzy, a potem przy fortepianie popisać się znajomością szopenowskich mazurków. Jeśli powraca się do dawnego czasu, to głównie do sowiecko-syberyjskiej gehenny znaczonej grobami rozrzuconymi po niemal całej, ogromnej Rosji.
Nie odnajdziemy więc już nie tylko smakowitych zapachów przesączających się z kuchni do saloniku czy świeżego powiewu mroźnego powietrza, wdzierającego się z sionki i towarzyszącego nowo przybyłemu gościowi z pobliskiego zaścianka, lecz również, a nawet tym bardziej szczególnego wymiaru patriotyzmu kultywowanego na tamtej ziemi, znajdującej się już poza granicami Rzeczypospolitej.
Przypomniane rozmowy sprzed lat nie traktują, jak niegdyś, o potrzebie narodowej, lecz o wynalezieniu nowych sposobów na przeżycie kilkudziesięciu następnych godzin, bo dawne przestały skutkować. Prawie jak w Sołżenicynowskim czy Szałamowowskim cyklu opowieści, jednak - rzecz jasna - bez pokrzykiwania łagrowych strażników oraz pracy ponad siły i śmierci głodowej.
Miną jeszcze dwa, trzy pokolenia i Polacy zapomną o tych, których rozsławili zarówno Orzeszkowa w "Nad Niemnem", jak i Iwaszkiewicz na pierwszych kartach "Sławy i chwały", Rodziewiczówna w "Dewajtisie" czy Wańkowicz w swoich "Szczenięcych latach". Hałaśliwe kuligi kojarzyć się będą już tylko z trywialnym smażeniem kiełbasy zwyczajnej nad ogniskiem oraz pospiesznie opróżnianymi "na rozgrzewkę" butelkami wódki czystej, a nie - z radosną zabawą młodych ludzi pędzących saniami przez puszczańskie dróżki, dukty i przesieki. Może tylko kiedyś opis tego wszystkiego znajdzie się w kolejnej książce napisanej przez historyka i wydanej w serii "życia codziennego", budzącej żywsze bicie serca u niektórych jedynie czytelników. Niestety, tamten świat minął bezpowrotnie.
Co jednak było w nim szczególnego, że mimo wszystko przynajmniej jeszcze dzisiaj pojawia się czasem w myślach mojego pokolenia o polskiej przeszłości? No cóż, tamta generacja Polaków miała po prostu poczucie własnej niezbędności i ważności odgrywanej roli. Tylko tyle i aż tyle.
Obecnie, gdy otaczają nas chałturnicy różnych zawodów i specjalności, poczynając od uczonych, a skończywszy na, pożal się Boże, politykach, goniących z wywieszonymi językami od instytucji do instytucji, gdzie są zatrudniani na kolejnych etatach, by za pozorowaną pracę dostawać prawdziwe pieniądze, trudno zrozumieć tamtych, dla których nie bogactwo, lecz pełniona misja stanowiła o celu życia.
Utopijne przecież dążenie do wykreowania świata, w którym wszyscy obdarzaliby się miłością i każdemu byłoby dobrze, zmuszało wszakże do postępowania według przykazań zawartych w dekalogu, jednoznacznie określających, co jest dobrem, a co złem oraz precyzyjnie ukazujących istniejącą między nimi granicę. Innych uczyło się uczciwości własnym przykładem wiedząc, że złamanie tej zasady uniemożliwi wymaganie od nich czegokolwiek dobrego, chociaż nie będzie stanowiło usprawiedliwienia dla żadnego występku.
Oczywistością było wspieranie potrzebujących, szacunek dla starszych, ochrona słabych, a także obowiązek pracy nie pozwalającej na zmarnotrawienie już uzyskanych efektów oraz posiadanych własnych talentów. Nie wszystko idealnie przystawało do siebie w tym arkadyjskim widoczku. Miał on bowiem również swoje ciemne zakamarki kryjące ludzką niedolę czy nawet gwałt zadawany innemu człowiekowi. Nigdy jednak nie stawały się one wzorcem postępowania świadczącym o "niedołęstwie" lub - z drugiej strony - "zaradności" jednostek. Braki wstydliwie ukrywano, a przestępstwa potępiano. Może także właśnie dzięki temu miniony świat kresów zachował w pamięci potomnych swoją różnobarwność i żywość kolorów?
Ze smutkiem patrzymy dzisiaj na niszczejące cmentarze i ruiny świątyń. Po dworach pozostały zaledwie fundamenty, a parkową i ogrodową roślinność już dawno porąbano, połamano i spalono w piecu. Konterfekty byłych właścicieli posłużyły jako cel dla wyrostków strzelających w nie z procy i tnących je nożami na kawałki. Po autorach dewastacji nie pozostało jednak nic. Nawet jedno imię. Przemienili się w bezbarwny tłum pozbawiony jakiejkolwiek indywidualności. Zacierając ślady bytowania innych, zatarli także własne ślady.
Czy wobec tego misja poprzedników nie została spełniona? Przeciwnie. Co prawda nie udało im się stworzyć świata wiecznej szczęśliwości i rajskiego dobrobytu, a nawet wielu zapomina o nich samych, lecz pozostała świadomość ich niegdysiejszego istnienia oraz misji, którą sami wzięli na swoje barki, a którą dzisiaj przyjmujemy jako dobre dziedzictwo kresowej dewizy: trwać i czynić dobrze!