pastellowa
21.10.04, 11:30
Poznalismy sie kilka lat temu, oboje w malzenstwach, bez dzieci. Rozmowa
krotka, coraz dluzsze, zrozumienie...znacie to. Potem zaczelo cos rozkwitac,
rozwkitlo, kazde rozstanie to placz jego i moj. Wracaj na weekendy do zony
(mieszkala w innym miescie), probowal cos sklejac, bo ona go kocha i takie
tam. Nie potrafil odejsc przyznal sie mi. Moje serce krwawilo. Kilka powrotow
bo mnie kocha itp. Potem znow rozstania. Opowiesci ze przy mnie poczul, ze
chce byc ojcem, ze dopinguje go, bo jestem twarda babka itp. Ja wierzylam
przez 1,5 roku, potem juz nadzieja umierala, bylam coraz slabsza,
zrezygnowana, za duzo bolu, samotnych wieczorow ( miedzy czasie wyprowadzil
sie maz ode mnie). Nie mialam sily walczyc z zona jego, ktora robila ze mnie
wariatke. Odpuscilam, bo on stal obok, odpuscil. Prawie zapomnialam o
krwiawiacym sercu, zlosc i inne zle odruchy minely. Sporo czasu tez bo 2
lata. W tym czasie mniej lub bardziej udane kontakty z mezczyznami, ale nic
wielkiego-serce zajete, wypalone, ale juz rozsadniejsze, nie teskniace. I
otoz staje sie cos co przeszlo moje oczekiwania - pojawia sie on, ze odszedl
od zony, chce zebysmy sprobowali, chce odbudowac moje zaufanie. Ja
sparalizowana. Co ja mam robic? Czy mozna zaufac? W sumie to nie chce mi sie
z nim rozmawiac bez pokazania papierow rozwodowych...
Uczucie malutkie, przydeptane, zostalo we mnie, tylko czy warto?