gatonegro1
25.06.07, 10:58
Witam wszystkich!!! Nawet nie wiem od czego zacząć pisać. Nie wiem jak zacząć
kolejny dzień. Wiem natomiast, że będzie on smutny. Moja córeczka śpi,
dlatego mam tropchę czasu żeby napisać. Traktuję to pisanie trochę jako
terapię. Potrzebuje wypowiedzieć to wszystko. Wyrzygać tutaj na forum całą,
swoją frustrację i ból. Wiem, że nie jeden powie, że jestem głupia i słaba. I
może będzie miał rację...Piszę bo chcę znaleźć mądrość i siłę by móc żyć z
człowiekiem agresywnym, lub się z nim rozstać.
Dzisiejsza noc i poranek to był dla mnie koszmar. Mała nie spała prawie
całą noc. Co chwilę musiałam do niej wstawać. Mój mąż śpi ze stoperami w
uszach. Wstałam "nie w humorze". Trudno się dziwić, gdy praktycznie nie
spałam. Zaczęłam robić śniadanie. Grzanki. Moje półtoraroczne dziecko biegało
wtym czasie wokół rozgrzanego piekarnika, a mój mąż, który do wyjścia miał
jeszcze 1,5h beztrosko się na to patrzył. Tak mam nerwicę to nie ulega
wątpliwości. Wyjmując grzanki, krzyknęłam żeby zajął się dzieckiem, pomógł
mi. I w tym momencie chwycił mnie za kark. Trzymając w ręce rozgrzaną blachę
ze śniadaniem bałam się ruszyć, zeby się nie poparzyć. Ściskając z całej siły
moją szyję zaczą cedzić, ze zaraz mi coś zrobi. Łzy popłynęły same.
Bezsilność i ogromna niewyobrażalna złość. Zapytałam czy wie co zrobił.
Zapytałam dlaczego to zrobił? Pierwszy raz nie wytrzymałam i zapytałam, czy
chce sprawdzić jak to boli? Pusty śmiech. Złapałm go za kark i ścisnęłam.
Jego pięść wylądowała na mojej twarzy, a potem już tylko wyzwiska. Jestem:
Suką, kurwą, szmatą. Podczas całego zajścia ani razu nie użyłam wulgaryzmu i
wyzwiska w stosunku do niego. Zawsze tak jest, ten sam scenariusz powtarza
się w nieskończoność. Wyzwiska, agresja słowna, siła. Pierwszy raz uderzył
mnie wten sposób. Mam w sobie ogromny splontany kołtun żalu, złości, bólu.
Dlaczego tak jest? Czuję się niepotrzebna. Myślę, że on mnie nie
kocha...Wszystko dzieje się zawsze z mojej winy. To że mnie wyzywa jest z
mojej winy. To że nie panuje nad sobą również. Niejednokrotnie usłyszałam, że
zasłużyłam sobie na takie traktowanie. Tłumaczy, że gdybym nie zachowywała
się w dany sposób nie wyzywałby mnie i nie podnosił ręki. Tyle tylko, że
polegałoby to na totalnym poddaniu się woli pana i wykonywaniu poleceń.
Bezkrytycznym tolerowaniu jego wad i wyskoków. Ja tak nie potrafię i nie na
tym polega dla mnie partnerstwo. Jestem mu potrzebna, by opiekować się jego
dzieckiem, sprzątać, prasować. Jestem mu potrzebna takrze w łóżku. każdy mój
dzień skupia się na dziecku, na nim, na domu. Nie mam siły walczyć. Bo tak
naprawdę nie wiem o co. O to by ratować naszą rodzinę, czy o to by ratować
siebie i dziecko. Nie mam ochoty na seks z nim. Coraz wyraźniej czuję, że
nasza bajka nie wypali. Boję się trochę rozstania. Boję się, że nie dam sobie
rady, szczególnie finansowo. Gdzie będę mieszkać? On nigdy się nie
wyprowadzi, nawet gdy będzie jeszcze gorzej. Już dzisiaj powiedział mi, żebym
się wynosiła. narazie nie ruszam się. ale wolę uciec z własnego domu niż
pozwolić by moja córka widziała to gówno. Nie chcę by kiedyś powiedziała do
mnie - ty suko. Nie chcę żeby myślała że takie relacje w małżeństwie to
standard. Z drugiej strony wiem jak bardzo kocha ojca, i wiem też, że mój mąż
bardzo ją kocha. Mam wrażenie, ze to co kiedyś czuł do mnie przelał
całkowicie na malutką. A ja zostałam gdzieś daleko. Nie wiem czy go kocham? A
jeśli tak to co?
Kochałam go bardzo, bardzo mocno...ale miłość można zabić. Ile można znosić
poniżanie, brak wsparcia, pomocy w najprostszych domowych sprawach. Czy można
tolerować przemoc. Wiem, ze nie jestem ideałem. Łatwo się denerwuję, krzyczę,
gdy sytuacja mnie przerasta. I zawsze ale to zawsze noszę w sobie poczucie
winy za wszystkie nasze kłótnie...Dlaczego?Pomóżcie