maria421
04.10.04, 14:31
Jesien byla u mojej mamy okresem bardzo pracowitym.
Najpierw trzeba bylo isc na rynek i wybrac ogorki mniej wiecej rownej
dlugosci, zeby sie dobrze do sloika miescily, zamowic przy okazji u
ziemniaki, kapuste i jablka u chlopa. Po drodze jeszcze kupic buraczki i
sliwki.
Potem ojciec przynosil puste sloiki z piwnicy, do niektorych nalezalo dokupic
gumki albo zakretki. No i zaczynala sie robota. Smazenie powidel sliwkowych,
mieszajac, mieszaja, mieszajac i od czasu do czasu probujac czy juz dobre.
Gotowanie musu jablkowego. Tarcie buraczkow. Ogorki w sloikach byly robione
na dwa rozne sposoby- kiszone i konserwowe. Wszelkie stoly, polki, parapety
byly pelne sloikow, ktore musialy po zagotowaniu najpierw postac pare dni ,
zeby byla pewnosc, ze "dobrze zlapaly".
No a potem chlop przywozil ziemniaki, na ogol poltora metra, co mialo
starczyc na cala zime. Ziemniaki szly od razu do piwnicy. Przy okazji chlop
przywozil tez worek kapusty i ta wedrowala najpierw na balkon.
Majac juz kapuste, nalezalo isc na rynek i znalezc faceta z heblem. Chodzili
tacy panowie z duzymi heblami na plecach. Pamietacie? No wiec taki byl
przyprowadzany do kuchni i heblowal kapuste do duzej wanny.
Potem nastepowalo kiszenie kapusty. Nalezalo miec do tego duzy kamienny
garnek, sol, pieprz ziarnisty, lisc laurowy i co jeszcze nie pamietam. Na
wierzch garnka nalezalo polozyc deseczke a na niej kamien, zeby przyciskal.
Z cala robota nalezalo uporac sie przed przymrozkami, zeby mozna bylo kapuste
wystawic na balkon, bo ona, kiszac sie, strasznie smierdziala. No i trzeba
bylo codziennie zbierac wode, jaka taka kapusta puszczala.
Acha, byly jeszcze nalewki i wino owocowe w balonie, spuszczane przez taki
wezyk, ktory bralo sie do ust i nalezalo mocno zassac.
I to bylo, moi drodzy, czescia tego, co teraz w snobistycznych kregach "slow
food" sie nazywa. Moja mama, ktora do tej pory uzywa glownie swieze produkty,
makaron jeszcze sama robi, wcale nie wie, ze moglaby byc wzorem dla tej nowej
mody.