Dodaj do ulubionych

Jakie mieliscie plany

10.10.18, 06:18
wyjezdzajac z Polski? Czego sie spodziewaliscie? Czy znalezliscie miejsce/sytuacje o ktorej marzyliscie przed wyjazdem?
Czyli poprostu remanent emigracyjny lub emigracyjno-powrotowy z perspektywy lat juz wielu...

Na prosbe Iwanny...sama musze pomyslec bo nie wiem gdzie zaczac.
Obserwuj wątek
    • maria421 Re: Jakie mieliscie plany 10.10.18, 11:19
      Bardzo nie lubie o sobie opowiadac, wiec ... nic nie napisze :-)
      • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 10.10.18, 11:41
        Wiem Mario, ze nie lubisz. Poprosze Cie jednak abys w ramach tego nie lubie sie przelamala i wpisala chociaz maly fragment lub wyrywek.
        • kan_z_oz Egzotyka 10.10.18, 12:23
          Zaczne juz od momentu w Australii.
          Po 13 -to miesiecznym poszukiwaniu pracy Pan maz uderzyl 'jack pot'. Znalazl zatrudnienie na stale, czyli normalna prace.
          Mieszkalismy w tym czasie w Sydney. Praca znajdowala sie jakies 5 godzin na poludnie, w Gorach Snieznych.
          Pamietam goracy styczniowy dzien gdy pakujac w ogromna ciezarowke wynajeta od duo etnicznego, pocilam sie znoszac caly nasz majatek w dol. Dwa lozka, pare toreb, jedna lawe i dwa krzesla. Wszystko.
          Wygladalo to jak kropla w przestrzeni ogromnego pojazdu. Zostalo to przywiazane pasami a my jako czesc calej transakcji usadowilismy sie z Panem mezem i synem na dwoch siedzeniach
          przednich do kompletu duetu prawadzacego traka.

          Duet po drodze zajechal do domu skad wzial wedki, zarcie. Zatrzymali sie chyba nawet na przekaske. Zdecydowali udac sie na weekend wedkarski. Oczywiscie po pozbyciu sie nas, czyli balastu.

          Po drodze zatrzymalismy sie na lunch w miejscu gdzie duet zdecydowal. Na zewnatrz bylo pieklo. Pot lal sie ciurkiem. Zamowilam jedno i jedyne danie - frytki z ryba - i dostalam opakowane w gazete.
          Nie pamietam czy zjadlam. Pamietam, ze zaczela bolec mnie glowa gdzies po drodze. Ostra migrena.
          Po 4.5 godzinach podrozy dotarlismy do miejsca gdzie waska droga otworzyla widok na przecudna doline z jeziorem ponizej oraz powyzej wysoka czescia Gor Snieznych.

          W tym momencie duet zaczal zasypywac nas pytaniami. Gdzie, jak, co...co bedziemy robili?

          Praca byla w osrodku usadowionym na 90HA operowanym przez rzad AU. Przywital nasz szef glowny z wielkim pudlem pelnym jedzenia oraz wskazl dom, ktory byl w calosci wyposazony i umeblowany. Nasz dobytek trafil wiec glownie do garazu.

          Znalezlismy sie wiec nagle w zupelnej egzotyce. Pamietam ten okropny bol glowy gdy lezc na lozku dostrzeglam wielkiego wlochatego pajaka siedzacego tuz ponad moja glowa na suficie.
      • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 22:39
        A ja i tak pamiętam co kiedyś o sobie opowiedziałaś Marysia :)
    • ertes Re: Jakie mieliscie plany 10.10.18, 14:44
      Chcialem podrozowac, mieszkac w Kalifornii i zeby moj syn mial lepsze zycie poza Polska.
      A on zlosliwie wrocil... haha
      Spodziewalem sie ze bedzie mi lepiej. Zdecydowanie wole byc tu gdzie jestem.
      Na emeryture chcialbym wyprowdzic sie na poludnie stad, niedaleko, zaraz za granice.
      • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 22:38
        Dzieci złośliwie ... zawsze tak robią. Cokolwiek robią dzieci - robią na złość rodzicom. Innych motywów w ogóle nie posiadają ludzie :)
    • jutka1 Re: Jakie mieliscie plany 10.10.18, 17:18
      Generalnie to wyjechałam w 2. połowie lat osiemdziesiątych, żeby spieprzyć z PRLu. Niby "na zaproszenie", ale wiedziałam, że nie ma mowy o powrocie. A potem jeździłam, przeprowadzałam się, Wschodnie Wybrzeże, Zachodnie Wybrzeże, Holandia, potem chwila w "wolnej Polsce", potem Paryż.

      A teraz jestem, gdzie jestem. I mówię sobie: damy radę. PRL przeżyliśmy, to i to przeżyjemy. Ejment.
      • jutka1 Re: Jakie mieliscie plany 10.10.18, 17:45
        Ups. Najwyraźniej wyparłam ś.p. ŻL. O Kanadę też zahaczyłam. :-)
        • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 14.10.18, 17:51
          Wyparłaś Linę??? Mistrz...
    • roseanne Re: Jakie mieliscie plany 10.10.18, 18:08
      M dostal oferte pracy
      ja bylam matka dzieciom, bez szansy na jakakolwiek placowke dla nich, bo nie pracowalam,
      a bez placowki nie bylo pracy - bledne kolo

      mialo byc na 2/3 lata wg mojej opinii, dluzej w opinii M

      z perspektywy czasu zadna placowka nie chciala wspolpracowac, niezaleznie od kraju lub wieku Mlodego...
      • ewa553 Re: Jakie mieliscie plany 10.10.18, 21:25
        a jak dlugo jestes juz poza Polska, rose?
        • roseanne Re: Jakie mieliscie plany 10.10.18, 21:28
          W lipcu bylo 20 lat
          • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 11.10.18, 09:24
            Jutka mieszkalas tez w Holandii?? Mozesz cos? Jesli mozesz.

            Rose, masz na mysli, ze nie bedac matka nie pracujaca nie moglas umiescic dzieci w przedszkolu? O to chodzi z placowka?
            • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 11.10.18, 09:25
              ze Bedac Matka - mialo byc.
            • jutka1 Re: Jakie mieliscie plany 11.10.18, 09:35
              Tak, ponad pół roku mieszkałam i pracowałam w Holandii.
              • ewa553 Re: Jakie mieliscie plany 11.10.18, 09:41
                Wybrazam sobie ze zycie w Holandii moze byc fajne. Ludzie sa sympatyczni, duzo innokrajcow, co rowniez jest sympatyczne. No i biurokracja nie jest tak rozwinieta jak np.u nas w Niemczech. Ciekawe jakie doswiadczenia bedzie zbieral moj ukochany siostrzeniec, ktory wlasnie zamieszkal w Amsterdamie, gdzie kontynuuje studia. Poza tym wydaje mi sie ze w dzisiejszych czasach gdy wyjezdzanie i powroty sa tak ulatwione, takie naturalne, inaczej podchodzi sie do wszystkiego. Nic nie jest takie ostateczne, nie ma tego uczucia ze nie ma odwrotu. Mam doswiadeczenia z "urzadzania" sie sprzed 43 laty...
            • roseanne Re: Jakie mieliscie plany 11.10.18, 13:59
              Tak bylo w Pl.
              W Kanadzie to juz byl wiek szkolny. Chodzi mi o to, ze z kazda szkola byl problem
              • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 01:10
                Rose, a możesz napisać czemu byl problem? bariera językowa, inny poziom (niższy, wyższy) edukacyjny? czy jeszcze coś innego?

                Minnie
                • roseanne Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 01:46
                  cos innego...

                  kiedys o tym pisalam, duzo, wyrzucajac zgryzoty i zale
                  teraz temat jest zamkniety, choc tak naprawde niewiele sie zmienilo
    • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 11.10.18, 18:08
      Dzięki, że założyłaś wątek Kanie.

      Cholera, żadnych nie miałam. Byłam dzieckiem. Dopiero się dostałam do wymarzonego ogólniaka... nosz kurwa mać! Pewnie, że się cieszyłam, że będzie "przygoda". Mieliśmy jechać do... Australii. Na 2 lata. Do pracy. Z bachorami i niepracującymi żonami. Kurwa mać. Banda debili. Rok potem, ciągle siedząć w obozie dla uchodźców w Austrii, ja się już nie cieszyłam. C.d. - jeśli kogoś obchodzi - moja g**no story - potem. Aha, żeby nie było. Jeśli ktoś, choćby bałaknie na FB o tym co tu piszę, do urywam łeb z płucami i szczam w szyję ;)
      • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 11.10.18, 23:51
        jestem bardzo ciekawa Wanno, pewnie ze napisz!
        ja wyjechałam jak większość - aby uciec dla poprawy bytu i dla wolności. błąd zrobiłam ze zamiast patrzeć na siebie, patrzyłam sie na koleżankę z Polski w Kanadzie, i zamiast wyjechać tam gdzie powinnam była czyli gdzie zawsze ciepło to naiwnie sobie wyobrażałam ze będzie nam razem raźniej :D
        na początku było nawet fajnie, poznałam duzo fajnych ludzi, szybko znalazłam prace itd ale z roku na rok zaczęły dopadać mnie coraz gorsze migreny. i tak skutecznie w końcu zrujnowały mi życie i mozg :(
        zawsze sie zastanawiam czy gdybym wyjechała w ciepły, 'równy' klimat czy bym się lepiej nie czuła, ...
        • chris-joe Re: Jakie mieliscie plany 12.10.18, 23:11
          Te wszystkie historie juz tu opisywalismy lata temu. Ale, ze sie czepnalem Kana za "takowy", czuje sie dluzny, wiec powtorze... ;)

          Bylem po pierwszym roku UW (filozofia! :) ), na wydziale moim najblizszym kumplem byl Grek. On mi wypisal zaproszenie do Grecji. Dostalem paszport. Dostalem tez wize do 'RFN'. Byl rok 1985.
          Planem byla wymarzona Grecja (w 1 roku zrobilem dwa lata Greki klasycznej; przez tenze rok chodzilem tez na kursy Greki wspolczesnej). RFN, to byl plan by nieco zarobic na czarno, tak by dotrzec do Grecji. Dotarlem autostopem z Monachium do Salonik. Bezbrzeze przygod w miedzyczasie. Gdzies w drodze miedzy RFN a Czechoslowacja, w Brnie, zdecydowalem, ze nie wracam.
          W Grecji, na dziko, bawilem przez prawie 2 lata. Jedne z ciekawszych lat mego zywota (Kan, "mego zywota" to zamierzony archaizm ;) )

          Po czym trafilem do Vancouver, BC. Rok nastal akurat 1987... The rest is the rest of my life... :)
          • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 00:49
            Cenie sobie gdy Forum zwraca uwage na pisownie. Prosze adresowac prosto; Kan czy moglabys nie uzywac...bo...
            Moze tez byc watek przywrocony lub nowo-zalozony z pisownia/gramatyka.
            Nie ma wiec problemu.
            • chris-joe Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 01:49
              No tak, nieszczesna ortografia... :) 30 lat temu bym sie zwiesil za "dluzny"... Dzis sobie -i innym- to wybaczam ;)

              Jesli chodzi o reszte, to wlasnie to uczynilem.

              Kan, you rock.

              Ja wyplulem wreszcie, ze mnie "takowy" drazni; ty wyplulas, ze 'wlasciwie kto zacz, ktory sie ledwo tu zapodaje ostatnimi czasy'. Jestesmy kwita? ;)
              • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 22:41
                Mnie też Kan usadził pisząc pdobnie. Ale ja zręcznie udałam, że to nie do mnie.... Hehehehe...
          • chris-joe Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 02:20
            Z innych wlasnych, osobistych i personalnych fobii (ktore juz lata temu, znow, omawialismy): ZDROBNIENIA! Dostaje goraczki na sloneczko, chlebek, maselko itp.

            Wyczekuje podobnych pod moim adresem.
            • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 03:16
              a wódeczka moze być, panie Krzysiu ;)
              • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 03:18
                btw mówisz ze nie lubisz zdrobnień a sam piszesz np "gorączka" :D
                • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 05:44
                  Raz na jakis czas uchodzi. Bratowa pracujaca od lat glownie na pediatrii dziecej tylko w tych zrobnieniach funkcjonuje. Myslam osatnio, ze w czasie wizyty zadusze...ale...wziela urlop, ktory musiala bedac kontarktorem sobie wypracowac siedzac przed i po godzinach tygodniami. Ugoscili nas tak, ze czulam sie zawstydzona. Jak tu powiedzic, ze zdrobnienia mnie draznia, gdzie sama co chwile sobie przerywa, ze uzywa zbyt wiele.

                  Wracajac do tematu...
                  • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 06:08
                    Gory Sniezne w Australii na poczatku lat 90-tych. To bylo cos. Do miasteczka bylo tylko 3 km, do jedynego slpelu lokalnego ustawionego cenami w sezonie pod turystow tylko 4.

                    Do sklepu gdzie mozna bylo zrobic normalne zakupy w cenach bardziej realnych 70km w jedna strone. Tyle samo bylo do sklepow oferujacych przedmiotu uzytku gospodarczego, domowego i kazdego innego. Do tego byly otwarte tylko w sobote do godziny 12-tej.

                    Cala reszta byla dostepna tylko w pobliskiej Kanberze 2.5 godziny jazdy samochodem. Tam tez byly pierwsze swiatla na skrzyzowaniu.

                    Mialam taki nadmiar wrazen, doswiadczen, ze po dwoch latach z wielkim trudem moglam wykrztusic cos w jezyku rodzimym. Pan maz podobnie.

                    Zycie codzienne bylo bardzo intensywne i twarde. Od czasu do czasu pracowalm z mlodzieza na programach. Zazwyczaj pracowalm w wypozyczalni nart zaczynajac normalna zmiane o 7-mej rano, okazjonalnie o 5-tej. Konczylam o 9-tej by zabrac mlodego do lokalnej szkoly i powrot do pracy od 17-tej do 22 zwykle. Znowu okazjonalnie 12 w nocy.

                    Pan maz zaczynal zima z programami narciarskimi o 7-mej na stoku. Alternatywnie bylismy tez rozstawiani na dyzury nocne aby wozic mlodziez do lokalnego szpitala, wlasnie te 70 km w jedna strone.
                    Chalupa byla surowa. Miala tylko dobry kominek i zero izolacji. Spalalismy 10 ton drewna srednio w sezonie bo wiatr dmuchal szparami przez brakujace luvers w lazience i ubikacji.

                    Miejce bylo siedliskiem kazdego najbardziej niebezpiecznego weza na tej planecie w ilosciach komercjalnych. Wiekszosc roku chodzilo sie wszedzie w wysokich , dzinsachm grubych skarpetach, odzianym w dluga flanelowa koszule i bez wzgledu na temperature na zewnatrz.

                    Trwa musial byc zawsze trzymana krotko i dotawalismy baty gdy urosla zbyt dluga. Nie wolno bylo nic trzymac wokol domu co zacheciloby gniazdo wezy. Mlody mial zapowiedziane, ze nie wolno mu gonic wezy. Oczywiscie gonil. Wybieral tez raki z potoku golymi rekami na spolke z kolega. Zbieral pilki golfowe z pol, ktore nas otaczaly. Scigal tez roznego rodzaju salamandry na spolke ze zdziczalym kotem 'Milo'
                    • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 22:56
                      Heh, Kanie, czytając to - mam szansę przemyśleć mój stosunek do własnych doświadczeń. Bo jako wydelikacona i słabowita zdrowiem jedynaczka, uczennica elitarnego ogólniaka, znalazłam uczęszczanie do publicznej miejskiej szkoły średniej w NJ, lub pobyt w obozie "przejściowym" dla uchodźców - za doświadczenie typu progowy "hardcore". A co by było gdybym tak w te Śnieżne trafiła, albo do ... Manitoby... Jedni tacy w Austrii, z tej Manitoby wrócili, opowiadając z wybałuchem o farmie na którą trafili. Farmer przed nimi żarcie zamykałał na klucz... a ich samych - w stodole. Spieprzali stamtą piechtą, ileś tam mil, z chorą na polio 7 letnią córką na plecach... Nie zna życia ten co nie był emigrantem.
                      • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 23:13
                        hmm, ten farmer to musiał jakiś patologiczny przypadek był. kiedy w 83 r poznałam Polaków pracujących na farmach w Manitobie to normalni ci farmerzy byli. nie zamykali chłopaków w żadnej stodole, a nawet jakiś lancz typu makdonald im czasem dowozili na pole. w ogóle to chłopaki mieszkali w traijlerach z klimatyzacja bo w lecie zwykle bywały upały ponad 30 stopniowe.
                        moze mowa o jakiś wcześniejszych 60-70 latach?

                        Minnie
                        • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 23:34
                          Nie, byłam w obozie w 1981, a w 1960-70 tych się urodziłam. Pewnie, że patologiczny wyjątek. Ale się ludzie zniechęcili i wystraszyli. Poza tym rodzina z chorą na polio córką się nawet do mieszkania w trailerze i pracy w polu, nie nadaje Min.
                          • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 13.10.18, 23:51
                            nie oczywscie ze nie, ale i nie to mialam na mysli. chodzi mi o to ze zamykanie przed pracownikami jedzenia a ich samych w stodole to dla mnie jakis swiezo po wojnie film, po prostu.
                            wiec tylko dla przykladu chcialam pokazac ze juz "moi' chlopcy byli traktowani w sposob cywilizowany - trailery (ale to byly duze trailery takie mieszkaniowe z mala kuchnia i mala lazienka i klimatyzacja), pelna wolnosc, plus niekiedy gratis wyzywienie i często wolne weekendy.
                            no 180' difference.
                            w ogole chlopacy w wieku od 18 do 30 lat, za probe zamkniecia na noc w trailerze by chyba gosciowi po prostu morde stlukli.

                            Minnie
                            • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 14.10.18, 01:47
                              Wanno, pierwsze co to weź pod uwage ze w Manitobie jest straszliwe sucho, tak sucho ze mimo iż zimy sa bardzo mroźne, ((w porywach z wiatrem (tzw wind chill) moze dochodzić do nawet - 50')), to nie odczuwa sie tego zimna tak przenikliwie jak np w umiarkowanym Vancouver -14', ale gdzie wilgoć przenika przez te wszystkie ich waterproof parki bezlitosnie ze trzesie bardziej niz w Manitobie przy -30'..
                              Manitoba to znakomity klimat dla reumatykow, artretyków, zatokowcow, niektorych sercowców i podobno Crohnowcow bo jest tak ssssssucho ze wszystkim wlosy tam deba stoja, doslownie :)
                              przemysl produktow odelektryzowujacych zbija tam fortune : )

                              ale-ale do rzeczy,
                              uściślę ze akurat do pracy na polu w jednym takim trailerze 60' long mieszkało po kilku chlopa, lecz jakby mieszkala tylko jedna rodzina to imo dziewczynka z polio lepiej by miała z rodzicami w takim niz u rabid chłopa w tej stodole.
                              Sucho, czysto (jak kto sprząta) , kuchenka, łazienka z wanna, w lecie klimatyzacja, w zimie w polu sie nie pracuje tylko wraca do miasta. choć na upartego tez mozna bo było gazowe ogrzewanie. ale praca byla od maja do sierpnia, poczatku.
                              to bylo cos takiego 60 mobile home
                              wiec jak widzisz nie takie male wcale.

                              Oczywscie rodzina idealnie powinna miec jeszcze samochod, by w razie czego moc dojechac do szpitala albo co, no a jesli nie miala to sto metrow dalej mieszkal w wielkiej (i wypasionej) chalupie wlasciciel ktory zawsze dysponowal samochodem 'wrazieczego'.
                              Ogólnie, biorąc pod uwagę tylko warunki mieszkaniowe - dałoby sie, czemu nie.
                              gorzej z np chodzeniem do szkoły i takie tam - za daleko, nawet dla zdrowej dziewczynki, jasne. no chyba ze jakiś school bus tam jeździł, co jest całkiem możliwe skoro wlasciciel mial kiedys dwójkę swoich.. no ale w lecie szkoły i tak nie ma. w moim mniemaniu.

                              Przy okazji dodam jako ciekawostke ze teraz w calej A Pln jest very trendy aby mieszkac w tego typu miniaturowych domach,
                              tiny homes
                              (prawie ze polowa tego co ten trailer)
                              co zdaje sie czesto wiaze sie z nieplaceniem podatkow za grunt bo mozna sie stale przemieszczac plus czlowiek zyje minimalistycznie i pozbywa się nadmiaru badziewia. i staje sie tez super kreatywny bo jedna deska w takim domku musi sluzyc jednoczesnie za lozko, stol, schodek, podloge, ustrojstwo do krawatów wiazania i ciąży usuwania.

                              Minnie
                              • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 14.10.18, 01:52
                                ps
                                to "w moim mniemaniu' odnosi sie oczywscie do caloksztaltu czyli zamieszkania z dzieckiem z polio w trailerze na farmie, nie do samego zamykania szkol w lecie lolol...
                                • kan_z_oz Wizyta 14.10.18, 04:25
                                  Gory Sniezne wspominam w sumie dobrze. Poczatek byl tylko oszalamiajacy.

                                  Z Gor musielismy sie wyniesc bo mlody zaczal podrastac i okolica nie miala szkoly sredniej. Po jakims czasie stajac sie posiadaczami nowego domku w Sydney oraz pozyczki bankowej powyzej uszy na cale zycie zdecydowalismy, ze musimy sie naszym szczesciem i zadowoleniem emigracyjnym podzielic z rodzina. Zdecydowalam zaproscic moja mame oczywiscie zapominajac iz takowa byla glownym motorem emigracyjnym, checia aby znalesc sie jak najdalej i aby nie mogla wsiasc w pociag czy autobus by nas odwiedzac...haha

                                  Byl to rok 2000 czyli lata gdzie zaproszenia nalezalo zalatwiac w konsulacie, za to zaplacic, przeslac do Polski aby wydali wize na wizyte, ktora przekraczala okres turystyczny czyli na pol roku. Nalezalo tez kupic bilet lotniczy z datami otwartymi czyli do zmiany, bo w sumie nigdy nie wiadomo jak taka pol roczna wizyta sie rozwinie. Duzo zachodu, sporo pieniedzy ale wiadomo...w Polsce sie nie przelewalo.

                                  Mama przyleciala na poczatku grudnia. Oczywiscie przywiozla prezenty...Mlody konczyl szkole podstawowa, czyli mial prawie 12 lat. Oczywiscie wszyscy czekali z utesknieniem wlaczajac psa.

                                  Maly dostal od babci minaturowy model samochodu oraz pioro wieczne a my zestaw kieliszkow do wodki. Samochod pamietalam z mieszkania matki, bo maly przezd wylotem nie mial pozowolenia aby go dotykac. Pioro wieczne pamietalam z 1971 roku gdy matka je dostala, bo z koleji ja nie mialam pozwolenia sie nim bawic.

                                  Kieliszki pamietalismy obydwoje z Panem mezem bo ze trzy dostalismy od mamusi w latach 80-tych, gdy nie bylo w sklepach nic a reszte sobie sami kupilismy gdy juz zaczelo cos bywac. Matce kieliszki poprostu zostawilismy wraz z calym sprzetem kuchennym.

                                  Matka nie miala pieniedzy. A grosza. 'Musiala' zaplacic za przelot do Londynu oraz miesieczny kurs jezyka angielskiego dla mojej siostry. Siostra zdecydowala sie przekwalifikowac z uczenia chemii i fizyki w szkole podstawowej na uczenie jezyka angielskiego w tej samej szkole.

                                  Zdecydowala sie zrobic to w Anglii bo miala zamiar mowic tylko z akcentem oxfordzkim. Na kurs poleciala samolotem ubrana w bialy kostium i pasujace do tego szpilki. Byla zdegustowana bezgusciem innych pasazerow jak rowniez samym kursem, ktory prowadzili Polacy.

                                  Okazalo sie, ze Australia tez nie spelniala wymogow mojej mamy. Nasz dom byl buda za ktora ostro przeplacilismy. Nie posiadalismy odpowiedniego wyposazenia kuchni, wlaczajac garnki, talerzy i sztucce. Nie mielismy odpowiednich mebli, ktorych czesc do tego pies ogryzl. Dom stal za daleko od wszystkiego, nie bylo chodnikow ani nic. W lodowce bylo nieodpowiednie jedzenie a moja mamusia nie miala co robic wiec jej nudzilo.

                                  Po dniach trzech postanowila wiec wrocic do Polski, bo miala juz tej Australii dosyc. Okazalo sie, ze powrot jest mozliwy tylko w Wigilie lub swieto Australii czyli 26 stycznia.
                                  Matka sie martwila co ludzi powiedza w Polsce gdy ona bedzie podrozowac w czasie Swiat Bozego Narodzenia. Postanowila wiec wrocic 26-tego bo to w Polsce zadne swieto wiec nikt sie nie zorientuje. Tak tez zrobila. Odwiezlismy ja na lotnisko 26-tego.

                                  Ja z Panem mezem oraz synem przez caly okres czasu przyrzadzac wszystkie posilki, wlaczajac robienie kanapek i herbaty, ktore syn robil dla siebie, kolegi i babci, gdy nas nie bylo. Babcia nudzac sie przokropnie i narzekajac na brak mozliwosc robienia czegokkolwiek dokarmiala tylko ukradkiem psa. Po kilku wizytach u weterynarza oraz setek dolarow extra do pozyczki, utrzymania dodatkowej osoby sie okazalo, ze pies byl regularnie karmiony czekolada.

                                  Ktorego dnia wrocialam do domu i zastalam babcie w domu a syna w ogrodku ryczacego glosno. Dlaczego moja babcia morduje nasza Rolke (czyli psa).???

                                  Patrzac mu w oczy powiedzialm tylko; nie wiem. Wiem tylko, ze nie ma kary za zamordowanie psa. Jest natomiast kara za zamordowanie babci. Gdy jej nie bylo to pewnie bysmy babcie zakopali w ogrodku.

                                  Syn przestal plakac a ja wiedzialam, ze nic sie nie zmienilo w mojej rodzinie. Nic sie tez nie zmieni w zwiazku z czym wylot jak najdalej byl sluszna decyzja.

                                  Przepraszam za literowki ale podglad nie dziala.
                                  Twoja kolej Iwana...haha
                                  • kan_z_oz Spotkanie 14.10.18, 11:23
                                    z innym emigrantem. W gorach Snieznych pewnego roku przybylo dwoch Rosjan. Okazalo sie, ze przylecieli do Australii z wizyta i koniecznie chcieli zostac na stale. Przedstawili sie jako Nick trener kadry narodowej Rosji w nartach biegowych oraz Alex, jego trener pomocniczy. Australijczycy zawiezli ich do stowarzyszenia biegaczy i glownego szefa. A ten przywiozl ich samochodem do osrodka w gorach gdzie troche bylo nart biegowych.

                                    My zostalismy zawolani, bo Alex tylko troche mowil po angielsku, Nick natomiast wcale...

                                    Panowie pojechali na narty biegowe w gory. Alex stal na biegowkach chyba po raz pierwszy w zyciu. Nick biegal ale w sumie slabo technicznie.

                                    Nastapila konsternacja. Po wielu rozmowach w koncu wyszlo, ze Nick nie znajac jezyka przylecial z Alexem, ktory podobno pracowal na uczelni i z nartami biegowymi nie mial nic wspolnego. Okazalo sie tez, ze Nick byl trenerem kadry ale dla niepelnosprawnych, podobno w kategorii kobiet i podobno slepych.

                                    Do dnia dzisiejszego nie wiem na 100% czy wogole mial z jakkolwiek kadra cos do czynienia.

                                    Ile mu razy tlumaczylismy, ze w Australii nie ma praktycznie zadnych nart biegowych. Nie ma tez pracy ani szans na sponsorow. Jest tylko hobby i do tego bardzo drogie. Powodem jest brak sniegu a nie konspiracja...hlhle

                                    Po latach spotkalismy Nicka tkwiacego wciaz w Gorach Snieznych, ktory trenowal swojego syna w nartch biegowych. Przeklinal Australie ile wlezie. Jacy ludzie tutaj glupi, co zademonstrowal nam wlaczajac TV na caly regulator. Jakie glupie zwyczaje, gdzie nie ma nawet lasu gdzie moglby pobiegac. Zademonstrowal to Panu mezowi zabierajac go na dzialke hektarowa sasiada, od ktorego mial podobno pozwolenie aby pokazac mu ploty.

                                    Zjawil sie sasiad ze strzelba w samochodzie...haha...i nakazal im spied...c.

                                    Nick wrocil w koncu na Syberie, gdzie domyslam sie biega beztrosko na nartach po tajdze.

                                    Tak mi sie przypomnialo, gdy uslyszalam jak Morawiecki mowil, ze byl na Zachodzie i tam nie ma panstwowych lasow po ktorych mozna byloby sobie chodzic spokojnie i zbierac grzybki. Zdrobnienie zamierzone CJ.
                                    • jutka1 Re: Spotkanie 14.10.18, 16:16
                                      Dobre, dobre. :-)))
                                • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 14.10.18, 17:56
                                  Coż Cię tak defensywnie ta Manitoba ubodła? Ja nawet nie pamiętam, to mogła Montana w US być. Chodzi mi raczej o fakt spotkania z ekstremalnymi warunkami, które się w głowie nie mieściły ludziom z PRL - bo g..no o świecie wiedzieli(śmy) wyjeżdżając.
                                  • kan_z_oz Gory Sniezne 15.10.18, 08:19
                                    Nie wiem jak wyglada czy wygladala Manitoba czy Montana.
                                    Region Gor Snieznych do ktorych trafilismy byl bardzo popularny turystycznie. Takie troche Zakopane na warunki polskie. Bunff na kanadyjskie i moze nie Aspen ale w sumie gdzies niedaleko.

                                    Populacja rodzima byla rozna. Byla czesc rodzin z dziada pradziada, emigrantow glownie z Niemiec, Austrii i innych krajow europejskich przybylych zaraz po zakonczeniu II wojny swiatowej w ramach budowy najwiekszego projektu energetyczno-wodnego w Australii.

                                    Pamietam wyscigi konskie wokol jeziora Jilamatong, ktore bylo polozane gdzies na prywatnej dzialce, dostep do ktorej byl przez jakies specjalne zaproszenie. Ludzi lasu, ubranych w tardycyjne ugg buty, dzinsy i dlugie plaszcze z rodzimego Williams. Kapelusze akubra, ktore byly tez obowiazakowym nakryciem glowy w szkole podstawowej do ktorej uczeszczal maly.

                                    Po jednym piwie pryskaly wszystkie granice. My ubrani w nasze miejskie i zimowe na snieg ubrania bedac glownym obiektem zainteresowania, nagle stawalismy sie rownymi. Wielkie chlopy i jeszcze wieksze kobiety chetnie rozmawiali w jezyku gdzie rozumialam tylko czesc.
                                    Pamietam ogromna surowsc w wygladzie i niesamowite cieplo gdy udalo sie przelamac jakas niewidoczna granice.

                                    Musze stwierdzic, ze wrostalam w ten krajobraz tak mocno po jakims czasie, ze bylo mi zal niezmiernie iz nie mozemy zostac bo wyraznie zaczynaly usychac mozliwosci na prace, zatrudnienie jakiekkolwiek czy biznes. Zbyt malo ludzi, zbyt maly ruch turystyczny.

                                    Nie bylo to miejscse w sensie jobo land, czy red neck, chociaz byl potencjal i wiele wokol.

                                    Pamietam niebo z niezliczona iloscia gwiazd, ktore ze wzgledu na brak zanieczyszczen lsnily bardziej niz gdziekkolwiek w Australii. Osrodek mial pole golfowe wokol domow. Najgorsze co moze byc gdy czlowiek budzac sie rano w weekend slyszy lomot pilek na balszanym dachu, tluczacym niejednokrotnie okna oraz samochod.

                                    Osrodek mial tez sciane do opuszczania sie na linie czyli abseling, ktory prowadzilam regularnie oraz sciane do wspinania sie czyli rock climbing. Korty tenisowe, silownie, bieznie tartanowa w pelnym wymiarze. Wszystko o czym moze zamarzyc tgylko w-f nauczyciel.

                                    Bylo to spelnienie naszych marzen z PRL-u. W pelni tez zrealizowane.
                                    Musielismy sie jednak ruszyc bo nie mielismy odpowiedniego zaplecza finansowego aby pozostac i kontynuowac.
                                    • ewa553 Re: Gory Sniezne 15.10.18, 09:01
                                      mysle kanie, ze Wasze przezycia bylyby niezlym materialem na ksiazke-wspomnienia. Tyle sie tutaj materialu marnuje. Jak sobie przypomne Xurka wspaniale opowiesci o malym, a potem dorastajacym Piranii....I nikt tego nie zebral, nie wydal. Szkoda
                                      • minniemouse Re: Gory Sniezne 15.10.18, 10:18
                                        Tez tak uważam - napisz a ja kupie! (groźnie) -tylko ma być ze zdjęciami!
                                      • kan_z_oz Re: Gory Sniezne 15.10.18, 10:20
                                        Pamietam wiele opisow Xurka. Nic sie wiec nie marnuje tylko wydanie czegos Ewciu co przebiloby sie przez morze innych literackich lektur jest prawie niemozliwe.

                                        Mam nadzieje, ze Xurek bedzie dalej sobie opisywala. Wydawanie ksiazek jest zdecydownie zbyt pracochlonne i zupelnie bez sesnsu o ile nie udrerzy sie przypadkowego bingo. To ostatnie moim zdaniem jest jak bycie popularnym w jakichs mediach z jakiegos mi blizej nie znanego powodu. Pisanie i wydawanie z sukcesem to dwie rozne rzeczy.

                                        Ja wiec sobie tutaj wroce do gryzmolenia.

                                        Po ukonczeniu studiow zalapalismy sie na prace na wsi w ramach nauczycieli do szkoly w zamian za mieszkanie spoldzielcze. Wyjechalismy wiec na wies. gdzie mieszkanie w bloku zniknelo w odchlani dyrektora, ktory oddal takowe synowi.

                                        My wyladowalismy w internacie.
                                        Dostalismy pokoj z aneksem kuchennym oraz pelna lazienka. Pod mieszkaniem znajdowla sie kotlownia internatu, grzejaca pelna para. Bylo wiec latwo suszyc pieluchy i bylo trudno powstrzymac cala mase karaluchow. Mrowki faraonki robily wiec gniazda regularnie w mojej bieliznie. Na koniec w lozku malego. Wstawilisy nogi lozka w pojemniki wypelnione wode i musze stwierdzic, ze mrowki wciaz sie dostawaly uskuteczniac desant z sufitu.

                                        Nasze Wc bylo nawiedzane przez szczury wielkosci kota. Stres ogromny siedzac na takowym aby nic nie zostalo zjedzone...hahaha...Pan maz dostawal paranoii.

                                        Gdy w koncu wywalczylismy w urzedzie mieszkanie... o matko...rozpacz.
                                        Wszystko od poacztku i wszystko do urzadzenia, okna do upchania pod. Sciany do pomalownia i kazda sciana z innej parafii.
                                  • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 15.10.18, 10:12
                                    ależ nie ubodła mnie,
                                    tylko się zdziwiłam ze coś takiego w ogóle było możliwe jeszcze na początku lat 80 tych.
                                    przy okazji opowiedziałam ci własną historie.
                                    chryste nie mogę nigdy słowa powiedzieć żeby batów nie zebrać.

                                    Minnie
                                    • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 15.10.18, 17:56
                                      E tam, przesadzasz. Jakie baty. Gdzie, od kogo ???

                                      Historia Kana mi się podoba. Zajmujące czytanie. Nie uważam, aby to co piszemy tutaj było "marnowaniem" materiału. Wręcz przeciwnie. Czasem publikowanie rzeczy, przepuszczanie przez marketingowy młyn i traktowanie jak mięcho do konsumpcji, a autora jak "twarz" służącą do promocji produktu - to dopiero jest "marnowanie".
                                      • ewa553 Re: Jakie mieliscie plany 15.10.18, 18:47
                                        Ja sobie raczej wyobrazalam pörywatne wydanie takiej ksiazki najwyzej w 20 egzemplarzach, dla krewnych-i-znajomych. Kupilabym natychmiast, bo to literatura faktu:)
                                        • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 15.10.18, 20:25
                                          Ciekawy pomysł Ewa :) Tyle, że spory wydatek taka publikacja. Drogi prezent dla krewnych i znajomych by to był.
                                          • chris-joe Re: Jakie mieliscie plany 15.10.18, 20:44
                                            Jaki tam drogi! Dzis mozna sobie na laptopie za friko e-book'a wyprodukowac i spuscic w cyber-przestrzen :)
                                            • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 15.10.18, 21:47
                                              E-booka tak, ale wiesz, jak by tak, taki papierowy egzemplarz... Muszę jednak to posprawdzać - przecież to nie może być aż tak drogo, jeśli bez bajerów. No i bez zdjęć, bajeranckich okładek. Prosta książeczka.
                                              • ewa553 Re: Jakie mieliscie plany 16.10.18, 08:36
                                                sprawdz, moze choc kan bedzie mial co robic w dlugie zimowe wieczory, spisujac dla nas swoje przygody zyciowe. Niestety, Xurka pieknych opowiesci, pisanych wtedy na biezaco, juz nie odzyskamy...
                                      • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 16.10.18, 09:06
                                        No dobra, moze ostatnio jestem nadwrażliwa, nie mam najlepszych dni - sorry.
                                        anyway - dla mnie jeśli chodzi o książkę Kana to te zachwycające zdjęcia bezsprzecznie to cos co by zrobiło książkę bo to part of story. tylko trzeba poprzebierać, rzecz jasna, ale np te lazace po backyardzie indyki, te kwiaty co jej zakwitły, te orchidee - od razu mowie ja jestem "optyczna" w pierwszym rzedzie kupuje książki dla okładki, dla obrazkow , iliustracji, zdjec itd. wiec to nie takie blahe jak wam sie wydaje...

                                        Min
                                        • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 16.10.18, 13:32
                                          Min, jeśli Ty jesteś nadwrażliwa, to ja osiągnęłam w takim razie stopień pulpy skorupy Ziemskiej, pod skorupą i bez skorupy. Tak się czuję, jak blob bezsensownie się gotującej magmy gdzieś w przestrzeni :)
                                          • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 16.10.18, 23:50
                                            znam to uczucie..
                                            • iwannabesedated Re: Jakie mieliscie plany 17.10.18, 20:47
                                              A więc.... jest nas... więcej... Niedobrze.
    • iwannabesedated Przystanek Austria 16.10.18, 13:53
      Ogólnie roczny pobyt był doświadczeniem trudnym. Wolę się zbytnio nie wgłębiać. Tym niemniej, chyba lepiej było tam pozostać, na normalnych warunkach, niż jechać dalej. Doświadczenie obozu przejściowego było fatalne. Natomiast sam kraj? Raczej ok. Spokojny, estetyczny. Nawet nieźle byliśmy przyjęci. Dużo zwykłych ludzi dobrze się zachowało.

      Tak czy owak, na skutek różnych polityk różnych krajów przyjmujących uchodźców - rodzinę rozdzieliło i większa część trafiła do RPA. A nasza trójka bez sternika - do USA. O czym w następnym poście, gdy c.d.n.

      Jak bym mogła nominować, to chętnie bym się więcej dowiedziała o wrażeniach Pytona z Kanady i Holandii. Ale wiem, że zaganiana pracowo, więc nie nalegam :)
      • xurek Re: Przystanek Austria 17.10.18, 12:35
        dlaczego Twoja rodzina zdecydowala sie na dalsza podroz miast pozostania w Austrii?
        • iwannabesedated Re: Przystanek Austria 17.10.18, 20:51
          Z durnoty Xur... Myśleli, że Austria to "czyściec" a dalej będzie... Ameryka, Australia... Jasne, jeśli czyja wizja Ameryki to rodeo...
        • iwannabesedated Re: Przystanek Austria 17.10.18, 20:52
          raju... miałam na myśi. Szkoda, że forum nie daje opcji edytowania postów po publikacji, btw.
      • jutka1 Re: Przystanek Austria 17.10.18, 15:03
        iwannabesedated napisała:

        > Jak bym mogła nominować, to chętnie bym się więcej dowiedziała o wrażeniach Pytona
        > z Kanady i Holandii. Ale wiem, że zaganiana pracowo, więc nie nalegam :)
        **********
        Zaganiana, ale krótko mogę.

        Kanada była pobytem niezbyt długim w sumie, porównując z innymi miejscami. Wspominam miło, chociaż Ottawę odebrałam jako miasto dość prowinjonalne. Zobaczyłam na północy prawdziwych Inuitów, jadłam tam jakieś dziwne rzeczy (wolałam nie pytać), przy okazji trochę się dowiedziałam o ich historii i zwyczajach, i jak dlugo i trudno przyszło im walczyć z rządem Kanady, żeby uzyskać różne prawa należące się im jak psu gnat.
        Z kolei w Montrealu, gdzie mieszkała rodzina ŻL bywałam kilkakrotnie, na krócej lub dłużej, pamiętam że byłam wiecznie otoczona członkami rodziny. I pamiętam, że bardzo się starałam być poprawna politycznie i wszędzie - w sklepach, knajpach etc. - mówiłam po francusku. A w zamian frankofoni byli w stosunku do mnie nieuprzejmi i niemili. Po kilku dniach wreszcie spytałam ŻL, o co kaman. A on ze śmiechem odpowiedział, że ciekaw był, ile dni mi zajmie zadanie tego pytania. I że odpowiedź jest prosta: bo mówisz francuskim francuskim. :-)))

        Co do Holandii, to pojechałam tam jako forpoczta właśnie otwierającej się filii mojego amerykańskiego programu akademickiego. Filię otworzyli w małym mieście, urokliwym, ale małym, i po tygodniu znałam już prawie wszystkie katy.
        Pamiętam, że w weekendy jeździłam do Amsterdamu czy do Roterdamu, dużo jeździłam też do Rosji, bo mieliśmy projekt badawczy związany z byłym CCCP.
        Pamiętam też, że w czasie tygodnia kiedy chodziłam codziennie do biura, byłam w większości sama, i momentami czułam się wyalienowana i samotna. Mieszkanie, w którym mieszkałam miało bardzo małą i źle wyposażoną kuchnię, jadałam więc na mieście, z reguły sama. Dobrze wspominam knajpę argentyńską, gdzie były boskie steki i żebra. :-)))

        Ale oba te miejsca jawią się w mojej głowie jako jedynie epizody. Najbardziej ukształtowały mnie moje długie pobyty w Stanach i we Francji.
        • ewa553 Re: Przystanek Austria 17.10.18, 15:15
          Ach, jakie Wy wszystkie jestescie qoorva, swiatowe..
          • iwannabesedated Re: Przystanek Austria 18.10.18, 18:41
            Nie kryj się Ewa po kątach tylko dawaj swoją historę. Nie ma tak - na sępa....
    • xurek xurek-cz. 1 16.10.18, 18:12
      Moja «eltarna duchem» mama wsord wielu innych wpajanych nam trendow propagowala mowienie maxymalna iloscia jezykow obcych, ubieranie sie na modle «zindywidualizowanych wariacji na temat najnowszej mody zawartej w Marie Clarie i Burdzie» oraz kosmopolityczne nastawienie do swiata.

      Te akurat poglady padly u mnie na zyzna glebe i doprowadzily do tego, ze jako nastolatka cierpialam na poglebiajace sie rozdwojenie jazni miedzy otaczajacym mnie socjalistycznym syfem i slaskim zasciankiem a cieniutka otoczka wyimaginowanego swiatowego blichtru, ktora stworzylam sobie maszerujac z uniwerka do domu w botkach na zabojczym obcasie zakupionych z importu, ciuchach uszytych przez krawcowa podle przetrawionej przez moja fantazje paryskiej fotografii z magazynu oraz konwersujac ze soba tudziez komponujac namietnie piosenki, wiersze i opowiadania w jednym z chlonietych z entuzjazmem jezykow obcych.

      Moj swiatopoglad ksztaltowal sie glownie na wymianie z «przyjaciolmi» znalezionych poprzez «pen club» czasopisma Radar, lekturze Marie Clarie, Marie France, Hemingwaya, Twaina, Wolanowskiego i Cortazara oraz sluchaniu muzyki Niemena, Kraftwerku, Brela, Joan Bayes i Okudzawy.


      Bylo dla mnie rzecza oczywista, ze jestem obywatelem zachodniego swiata, ktory jakims koszmarnym przypadkiem urodzil sie tam, gdzie nie powinien i ze jest tylko kwestia czasu, az blad ten zostanie przez los sokrygowany. Moje oczekiwania byly dokladnie takie: kontynuowac moje zycie tam, gdzie naturalnie przynaleze i zajac w nim to miejsce, ktore z natury jest mi przypisane. Ni mniej ni wiecej i bez dalszych zbednych sprecyzowan.


      Moj pierwszy kontakt z zachodem w wieku lat 18-tu w pelni potwierdzil moje teorie i oczekiwania. Spedzilam nieco przedluzone, bo 3-miesieczne wakacje we Francji, z czego polowe na prowincji u «znajomych znajomych» a polowe w Paryzu w studenckiej komunie. Pomijajac moje (wtedy 😊) purytanskie podejscie do seksu absolutnie wkomponowalam sie we francuski krajobraz. Wchlonelam biotop niby wlasna kolyske a biotop wchlonal mnie jak od zarania dziejow przynalezacy do niego gatunek. Byl to jeden z najpiekniejszych okresow w moim zyciu i jeden z tych, ktore wyryly na mnie swoje pietno.


      W PRL-u zaczely sie wtedy powazne ruchy oporu, Solidarnosc zaczela sie robic glosna, moja «przybrana rodzina» wpadla w panike przy telewizorni, dowiedziala sie czego trzeba i gdzie trzeba i zaproponowala mi zlozenie podania o azyl, zostanie we Francji, zrobienie w niej matury i studiow. Panstwo by to sfinansowalo, oni by sia mna zajeli. NIestety bylam wtedy za mloda, za bardzo zrosnieta z moja slaska rodzina i za wielki tchorz. Tak wiec wrocilam do PRL-u, z ktorego na skutek stanu wojennego I dalszych wolt nie udalo mi sie wyjechac przez nastenpne 5 lat.


      Decyzje powrotu do Polski z Francji uwazam za najglupsza w moim dotychczasowym zyciu. Z Paryza przywiozlam gruby zeszyt recznie przepisanych z plyty tekstow Boba Marleya, glowe pelna muzyki reggae i brazylijskich rytmow, niezapomniany koszmar «podrozy w glab siebie pod wplywem LSD» oraz gleboka fascynacje «czarna kultura».

      cdn.
      • minniemouse Re: xurek-cz. 1 17.10.18, 00:07
        mnie tez zawsze fascynowali i strasznie mi się podobali (zwłaszcza wizualnie) Murzyni. ale mając 25 lat, świeżo z PRL, byłam za wielkim tchórzem żeby odważyć się tutaj mieć 'relationship' z takim. mimo ze w PRL to nawet z paroma się pospotykałam, (niewinnie) ale czego się przy tym na ulicy nasłuchałam, jakich komentarzy, ehh... w domu z troski o moja reputacje (będą mówić o tobie "dolarówka") tez mi odradzali - wtedy nazywało się to - "chodzenie z nim". wyjechałam wiec ze tak powiem już z niepewnym, trwożnym nastawieniem,
        ale to nic w porównaniu z wroga presja jaka mi dali odczuć tutaj. teraz gorzko żałuje. tak jest jak się ma low self esteem. na którego wywindowanie pracowałam sama wiele wiele lat. moze stad się biorą moje bi-polar reakcje. a moze po prostu jestem bipolar lololol

        Minnie
      • xurek Re: xurek-cz. 2 17.10.18, 12:23
        Drugie podejscie do emigrajci nastapilo po tym, jak pojechalam z moja przyjaciolka M na zorganizowana przez nia i jej znajomosci wycieczke do Triestu przez Jugoslawie. Celem wycieczki zdaniem M mial byc «handel wymienny z zyskiem», ja przywiozlam z niej najwieksza milosc mojego zycia, doglebny wstyd na temat mojego zachowania w stusunku do mojej przyjaciolki M, kilka beznadziejnie drogich i nieprzydatnych ale za to przepieknych ciuchow i zelazne postanowienie, ze nadszedl definitywnie czas rozstania z PL. Epizod ten zaczelam opisywac na forum, ale teraz nawet nie wiem, gdzie jest ten watek by dalsze odcicnki dopisac :).

        Szukajac mozlowosci wyjazdu odkrylam AIESEC. W przeciagu kilku miesiecy, zmuszajac do «wspolpracy» moja rodzine i po raz pierwszy zamieniajac sie w szkolnego prymusa spelnilam wszystkie wymagane kryteria i dostalam wyjazd na 3-miesieczna praktyke. Niestety moj networking w ramach AIESECu wystarczyl tylko na Portugalie miast wymarzonej Francji badz USA.

        3 miesiace w Porto przedluzyly sie do 14 miesiecy. Byl to najbardziej intensywny i zwariowany okres w moim zyciu. Nigdy przedtem ani potem nie zylam miedzy takimi skrajnosciami, nie doznalam siebie w tak roznych rolach i nie poznalam tylu tak diametralnie roznych i skrajnie niesamowitych ludzi. Jest to tez chyba jedyny okres mojego zycia, ktory nawet jak na moj dosc otwarty gust nie nadaje sie do opisu na publicznie czytalnym forum.

        Rok w Porto potwierdzil moja teze, ze ja i Zachodnia Europa palamy do siebie wzajemna miloscia, cenimy i cieszymy sie soba na wzajem. W koncowym okresie pobytu koncern, dla ktorego pracowalam i ktory kilkakrotnie przedluzyl moja praktyke i podniosl pensje zaproponowal mi stala prace, zalatwienie calej papierologii i wsparcie finansowo / urlopowe w ukonczeniu studiow w Portugalii.

        Zdecydowalam sie bez zmruzenia oka i powiadomilam NMMZ ze zostaje, myslac, ze sie ucieszy z takiego ulatwienia widywania sie i komunikacji miedzy nami. On jednak widzial tylko zagrozenie plynace z mojego kregu znajomych i stylu zycia i z uporem godnym lepszej sprawy namawial mnie do powrotu do PL i skonczenia tam studiow. Zdesperowany moim oporem zdecydowal sie na oswiadczyny, obietnice malzenstwa i wspolnego zycia w Kanadzie oraz zawiezienie mnie osobiscie do PL.

        Przystalam na te opcje i spedzilam lato w podrozy z Porto do Katowic przez Tuluze, Paryz, Bawarie, Norymberge, Berlin i Prage. Cudowne 2-miesieczne wakacje z NMMZ i jego przyjacielem i nastepne potwierdzenie, ze ja i Zachodni Swiat jestesmy sobie przeznaczeni.

        Po powrocie do Polski czulam sie uskrzydlona, napisalam prace magisterska wtrymiga, zrobilam prawo jadzy niemal w locie i za pierwszym podejsciem i zaczelam pakowac walizki na ostateczna podroz przez Ocean.

        NIestety NMMZ przypomnial sobie to, co glosil z ambony przez caly okres naszego zwiazku a mianowicie, ze kocha swoja wolnosc i nie zamierza sie formalnie z nikim wiazac. Zaproponowal mi kilka form “odszkodowania” za to rozczarowanie, ktore wszystkie razem ze zwiazkiem odrzucilam, bo bylam mloda, dumna i glupia 😊.

        I tak to po raz drugi obudzilam sie z reka w socjalistycznym nocniku. Ale jako zupelnie inna osoba niz ta, ktora wyjechala do Portugalii. Z wypielegnowanej «partygirl » przepoczwarzylam sie w punka. Rowniez wewnetrznie bardzo sie « zradykalizowalam » i to pod wieloma wzgledami. Przybylo mi tez bardzo wiary w siebie i wlasne mozliwosci i ubylo wiary i zaufania do innych przestawicieli rasy ludzkiej, w szczegolnosci plci meskiej.

        Do dzisiaj sie czasem zastanawiam, czy bylo bledem opuszczenie Portugalii i jak potoczylyby sie moje losy, gdybym wyszla za maz i wyjechala do Kanady. Pole do gdybania iscie PGR-owskich rozmiarow, za kazdym razem dochodze do innych wioskow. Moi 2 najlepsi przyjaciele z czasow Porto zmarli w bardzo mlodym wieku na skutek wlasnych dzialan a trzeci wiedzie szmatlawy zywot, w ciagu mojego dalszego zycia przekonalam sie, ze materialna badz jakakolwiek inna zalezenosc od kogolokwiek mi nie sluzy, wiec moze jednak dobrze sie stalo, jak sie stalo.

        cdn.
        • jutka1 Re: xurek-cz. 2 17.10.18, 12:45
          A co się stało z NMTŻ?
          • iwannabesedated Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 13:38
            Od kilku lat nas mamisz obietnicami. I za każdym razem robisz Szecherezadę...

            Ludzie, co Wy na to? Xurek nas robi w balona z tym Indianinem od lat. Dosyć tego! Indianin dla mas!
            • ewa553 Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 13:40
              jestes pewna, ze to byl Indianin? Myslalam ze jakis Meksykanin.
              • iwannabesedated Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 13:41
                Może to i to, Ewa. W Meksyku sporo Indian.
                • ewa553 Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 13:50
                  Xurek, Twoja przygode portugalska opisalas z detalami. Moge Ci powiedziec jak bylas ubrana wysiadajac tam z pociagu i jak potem zawrocilas glowe wspolmieszkancom ukazujac swoj Big Cyc. Bylas juz duzo dalej w Twoim opowiadaniu.
                  • xurek Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 14:07
                    Ewa mozesz przytoczyc linka? Nic z tego nie pamietam, ale nie moge sobie wyobrazic, ze opisalam naprawde z detalami moj pobyt w Portugalii. Sama jestem ciekawa.
                  • xurek Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 15:43
                    Ewa, ta Twoja relacja nie daje mi spokoju, bo w czasie pobytu w Portugalii nie mialam zadnego Big Cyca :) :) :). Ten pojawil sie dopiero z Piranha, gdzie ja na Boga cos takiego napisalam? Poza tym to wo ogole nie w moim stylu gdziekolwiek cycem wymachiwac :).
                    • ewa553 Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 15:48
                      Otoz napisalas, ze przyjechalas tam glembokom zimom, okutana po uszy roznymi takimi i chlopcy ktorzy po Ciebie przyszli na banhof lekcewazonco Cie potraktowali. Przybywszy do Waszego WG przebralas sie i jak wyszlas do nich w jeansach i obcislym shircie, to galy wybaluszyli i dech im zaparlo. Domyslilam sie wiec ze nie widok shirtu, tylko jego zawartosci zrobil na nich takie wrazenie:)
                      • xurek Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 15:51
                        aaa, to prawda, ale zawartosc nie byla wtedy wielka tylo foremna :). Tak jalby na abarot do obecnej sytuacji :) :) :)
                        • ewa553 Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 15:54
                          rzondam natychmiastowego podziwu dla mojej pamieci:)
                          • xurek Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 16:04
                            podziwiam absolutnie :)
                            • ewa553 Re: Xur, dawaj Indianina! 17.10.18, 16:05
                              no!
          • iwannabesedated ... do Manitoby pojechał. 17.10.18, 13:40
            I stamtąd zsyła migreny biednej Min...
            • xurek Re: ... do Manitoby pojechał. 17.10.18, 14:08
              Nic mi nie jest wiadomo o Manitobie, ale kto wie, kto wie :)

              NMMZ jest Indianinem z plemienia Mohawk, aczkolwiek uwazajacym sie za prawdziwego Quebecquoi. Jego rodzina ma podobna schizme jak moja, czesc uwaza sie za Mohawk i mieszka wciaz jeszcze w rezerwacie, czesc za frankofonskich do krwi i kosci Quebeckquois mieszkajacych w duzych miastach tej prowincji.

              NMMZ jest nadal bardzo przystojnym mezczyzna, ma sie dobrze, mieszka w tym samym mieszkaniu co 30 lat temu, ubiera sie w tym samym stylu, ma tego samego najlepszego przyjaciela i dlugi sznur przeroznych przyjaciolek za soba, z ktorych z zadna sie nie ozenil. Co sie zmienilo to fryz: na skutek postepujacego wieku wlos ma snieznobialy a nie czarny i juz tylko do ramion zamiast prawie do pasa. Zmienil rowniez glowne hobby: teraz miast spiewac quebeckie ballady przy dziweku giatry tanczy intensywnie i miedzynarodowo tango.

              Po latach milczenia i odrzucania wszelkich prob kontaktu z mojej strony pozostajemy znow w kontakcie, z biegiem czasu coraz mniej intensywnym. Widzielismy sie kilka razy, ostatni raz ponad 10 lat temu.

              PS watek odnalazlam, daj Bog znajde wene tworcza by sie nim dalej zajac, bo calkiem mnie sie on podoba :)
              • iwannabesedated Re: ... do Manitoby pojechał. 17.10.18, 14:30
                Tańczący tango - Mohawk z białymi włosami do pasa. No to mój chłop się musi schować. Też ciągnie za sobą długi sznurek, że by nie powiedzieć.... linę. Tańczył tango, ale musiał przeze mnie przestać bo podstawiałam do deptania nogi. No ale ani włosów do pasa, ani nie był nie jest i nie będzie - Indianinem... Fcuk... Zazdroszczę Ci. Lepszy kanarek na dachu niż wróbel w kurniku.
                • jutka1 Re: ... do Manitoby pojechał. 17.10.18, 14:35
                  iwannabesedated napisała:

                  > Tańczący tango - Mohawk z białymi włosami do pasa. No to mój chłop się musi schować. Też
                  > ciągnie za sobą długi sznurek, że by nie powiedzieć.... linę. Tańczył tango, ale musiał przeze
                  > mnie przestać bo podstawiałam do deptania nogi. No ale ani włosów do pasa, ani nie był nie
                  > jest i nie będzie - Indianinem... Fcuk...
                  > Zazdroszczę Ci. Lepszy kanarek na dachu niż wróbel w kurniku.
                  ************
                  Pampersa, raz!!!
                  :-DDD
                  • iwannabesedated Re: ... do Manitoby pojechał. 17.10.18, 14:49
                    Właśnie się z tą... liną... trochę obawiałam, ale analogia oczywista mrug mrug ;)
                • xurek Re: ... do Manitoby pojechał. 17.10.18, 15:40
                  wlosy czarne byly parwie do pasa. Biale sa tylko do ramion i na dodatek lekko przerzedzone na skroniach. No i nie moj to kanarek :). Za moich czasow tanga nie tanczyl, tylko spiewal i gral na gitarze gorzej niz ja :). Tanczy calkiem niezle, widzialam na filmikach, co mi przyslal z jakiegos konkursu w Kolumbii.

                  Pozatym Mohawkow jest wiecej na swiecie niz Slazakow, wiec uwazam siebie za wieksza egzotyke :).
                  • iwannabesedated Re: ... do Manitoby pojechał. 18.10.18, 18:23
                    ... ukradli mu włosy ??? Potworność. Wtf next - organy zaczną podpieprzać mniejszościom? Do czego to dochodzi...
      • xurek Re: xurek-cz. 3 17.10.18, 18:27
        Moja milosno-wyjadzowa porazka powalila mnie na lopatki na kilka miesiecy, ale podnioslam sie z gleby i zaczelam przymiezac do trzeciego podejscia. Poprosilam «wszechmogaca» mame i «bogata» ciotke o pomoc paszportowo – wizowo - finansowa i trafilam na mur zaporowy calkowicie odmawiajacy wszelkiej wspolpracy. Malo tego, rodzidzielka postawila mi ultimatum, ze albo opuszcze akademik, worce na lono i do «normalnego wygladu i zachowania», albo ona przestanie mnie finansowac (za kase ojca, ktory jak zwykle wolal sie nie wychylac).

        Po kilkudionwej rozpaczy i brainstormingu w klebach dymu i oparach alkoholu w akademiku stanal nowy plan: kumple zalatwili mi prace w spoldzielni studenckiej: czyscilam mieszkania przed pierwszym wprowadzeniem sie lokatorow, klopy w wagonach pociagow oraz bralam udzial w przenoszeniu cmentarza. Moja pierwsza stycznosc z syficzna, fizycznie wykanczajaca i psychicznie otumaniajaca robota i staniecie twarza w twarz z «klasa robotnicza» oraz «elementem aspolecznym» w postaci wiezniow i wladza w postaci ich «opiekunow». Mysle ze gdybym wyladowala na Marsie to szok bylby mniejszy.

        W ten sposob finansowalam moje zycie i troche zaoszczedzilam, nie wystarczajaco jednak by zmontowac wyjazd. Musialam pozbyc sie wielu rzeczy, na ktorych wspomnienie jeszcze dzisiaj cisnie w dolku: moj dlugi skorzany plaszcz, etola ze srebrnych lisow, cala zlota bizuteria, ktora dostalam na komunie i na 18-tke, kolekcja znaczkow pocztowych, ktora dal mi dziadek kumpla z dziecinstwa, ktory bardzo mnie lubil i ja jego tez oraz kilka starych niemieckich monet, ktore dostalam od ciotki T., siostry mojej babci.

        W urzedzie paszportowym odegralam najlepsza role mojego zycia przekazujac znajomej mojej mamy kawe, koniak i perfumy zakupione za ciezko zarobiona krwawice w pewexie oraz prosbe zalatwienia mi paszportu razem ze historia mojej mamy bawiacej na urlopie i nie mogacej z tego powodu zjawic sie osobiscie. Wize dostalam na zaproszenie od dziewczyny z Francji, ktora poznalam w pociagu wracajac z Wloch do Polski. Potrzebne do otrzymania wizy 300 $ pozyczyl inny kumpel, ale tylko «do pokazania». C nie tylko przyslala zaproszenie formalne, ale rowniez rzeczywiste, oferujac mi pobyt w domu swoich rodzicow w Lyonie.

        W koncu, czerwcowego poranka 1987, wyruszylam z domu. Z 10 $ w kieszeni, plecakiem zawierajacym minimum praktycznego odzienia i kilka kilogramow mleka w proszku, biletem na pociag z Katowic do Sezany (do nabycia za zlotowki, pozostaly kawalek do Triestu niemozliwy do zaplacenia, bo w $), niemieckimi dokumentami moich dziadkow oraz aktami urodzenia dokumentujacymi ze jestem ich wnuczka, paszportem z wiza oraz tymczasowym zaswiadzczeniem ukonczenia studiow, bo dyplom nie byl jeszcze gotowy.

        Plan byl taki, ze z Sezany dojade stopem do Lyonu i zostane we Francji, w ktorej to po przywitaniu mnie przez rzad bukietem kwiatow i butelka szampana dostane z marszu prawo pobytu, uznanie dyplomu oraz ciekawa i intratna prace. Na wysocie nieprawdopodobny wypadek, ze cos pojdzie nie tak komplet niemieckich dokumentow mial mi umozliwic te sama wersje wydarzen w Niemczech.

        Dojechalam pociagiem do wegiersko – jugoslowianskiej granicy, gdzie to wegierscy celnicy kazali mi wrocic do Polski, poniewaz nie mialam obowiazkowej ksiazeczki walutowej. Tlumaczenia, ze nie jest mi potrzebna, bo mam juz te Demoludy za soba i nie potrzebuje ani koron ani forintow nic nie pomogly. Desperacki akt z udzialem mlodej matki z dwojka dzieci jadacej do meza, ktory byl juz w Niemczech i rowniez nie majacej owej ksiazeczki: wykorzystalysmy moment nieuwagi i uciekly celnikom do restauracji po drugiej stronie peronu, gdzie jej zenska obsluga stanela w naszej obronie, glownie z powodu spanikowanych i wrzeszczacych wnieboglowsy “mama” dzieci. Szachmatowa sytuacja rozwiazala sie po okolo 12 godzinach nerwowki, pozwolono nam jechac do Suboticy. Tam przekiblowalam cala noc na lawce w parku czekajac na polaczenie do Sezany. Omal nie umarlam ze strachu i nie zmruzylam oka.

        W Sezanie mialam szczescie znajdujac szybko stopa do Triestu, do ktorego dojechalam tak padnieta, ze mozg odmowil wspolpracy. Dlatego tylko zakupilam w kawiarni na morskiej promenadzie cole, ktora pochloneja $ 4.5 czyli polowe moich finansowych zasobow. To natychmiast otrzezwilo i wyostrzylo wszstkie moje zmysly. Dotarlam do dworca na ktorym znalazlam kacik do przespania nocy w gronie mlodych miedzynarodowych turystow, dajacych poczucie bezpieczenstwa. Tego «triku» nauczylam sie w czasie podrozy do Wloch. Moje mleko w proszku jako sposob darmowego i zrowego wyzywienia jak rowniez koncert utworow Okudzawy na pozyczonej gitarze zdobyly mi wiele sympatii oraz bilet na pociag do Lyonu i numer telefonu «na wszelki wypadek» zafundowane przez J, francuskiego studenta algierskiego pochodzenia mieszkajacego w Paryzu. Tym sposobem, z jedna dodatkowa przygoda niewarta wzmianki dojechalam do Lyonu i stanelam przed domem rodzicow C.

        Wszystkie proby pozostania we Francji jako uchodzca spalily na panewce. Zadnych szans na status uchodzcy i leganle prawo pobytu. Piec miesiecy bezskutecznego miotania sie, ktore wbily moj obraz Francji i samej siebie w glebe. Pobyt w luksusowym domu C bez grosza i rosnace zaklopotanie C, jej rodzicow oraz moje wynikajace z bezradnosci sytuacji, oferta pracy przy winobraniu w Beaujolais zalatwiona przez rodzicow C i przyjeta z wdziecznoscia, koszmar owego winobrania, wyzajd w gory Ardeche do kumpla z pen clubu, praca u jego nawiedzonego ojca w pasiece (mam alergie na jad pszczeli i oczywiscie zostalam uzadlona), rozpaczliwa i zenujaca proba przekonania G by sie ze mna ozenil abym mogla zostac we Francji zakonczona wystawieniem mnie przez duo ojciec-syn na bruk, pobyt na totalnym zadupiu Ardeche u faceta, ktory przygarnal mnie z tego bruku. Byly architekt, ktory po rewoltach 68-roku rzucil paryskie «zgnile zycie» i wyjechal w te gory, w kotrych mieszkal w nieogrzewanej kamiennej chatce i zyl z hodowli owiec, pszczczol i kasztanow. On zaproponowal mi «biale malzenstwo», ale okazalo sie, ze by moc zostac we Francji na podstawie owego, musialabym przemieszkac z nim 5 lat w owej chatce. Po dlugich debatach postanowiliscmy, ze jest to co najwyzej plan Z.

        Zdesperowana zadzwonilam do faceta od biletu i zaproszona pojechalam do Paryza. Nastepne miotanie sie od urzedu do urzedu i od jednego koszmarnego barlogu do drugiego, znajdujacych sie w mieszkaniach kumpli J. U niego moglam przebywac tylko wtedy, kiedy jego “przyjaciolka”, duzo starsza biznesmenka u ktorej mieszkal i ktora go finansowala, byla w pracy. Poznalam od podszewki egzystencjalna beznadzieje polnocnoafrykanskiej imigracji, brutalnosc francuskiej policji i w koncu dalam za wygrana i wsiadlam w pociag do Kassel, gdzie mieszkal od dwoch lat brat mojego ojca.

        cdn.
        • chris-joe Re: xurek-cz. 3 17.10.18, 20:50
          Chrystez! Czytam z wypiekami.
          Zwlaszcza, ze wiele paraleli odnajduje mej wlasnej uchodzczej doli. Choc komplikacji u mnie bylo mniej; nie bylo miotania sie miedzy Tam a PRL, ciaglego dobijania sie o pobyty.
          Natomiast stop przez pol Europy bardzo zblizony.

          Jechalem na wakacje tylko, jak bum-cyk-cyk. Zahaczyc o RFN, by nieco dorobic gdziekolwiek i jechac dalej do wymarzonej Grecji.
          Do Berlina Wschodniego dotarlim z PKP, jednakze tez ledwie, bo przekraczajac granice PRL-NRD, okazalo sie, ze brakowalo mi jakiegos swistka (nie byla to ksiazeczka walutowa, tylko cos innego, ale czego, nie pomne, choc rownie waznego), na szczescie cudem jakims celnik polski mnie przepuscil.
          W NRD zakupilem trampki. Noc przespalismy na lawce pod stacja przy Friedriechstrasse, gdzie bylo przejscie na Zachod, ale ze dotarlismy tam po "godzinach urzedowania", musielismy przekimac do rana. Milicja enerdowska, oczywiscie sie nami zainteresowala, jednak po okazaniu dokumentacji i wyjasnieniu, ze czekamy na otwarcie przejscia, dali nam spokoj.

          W Berlinie Zachodnim spalismy w jakims porzuconym pietrowym autobusie. Kupilem paczke Cameli i banany.
          Stamtad stopem do Monachium. Granica byla pod berlinskim Wannsee (znacznie pozniej sie dowiedzialem, ze byla dosc "slawna" w historii...). Tamze bylo sporo gowniarzy stopujacych z Berlina Zach do RFN, wiec tez sobie sporzadzilismy kartonowa tabliczke "Nach Munchen". Dotarlim tam dosc latwo.
          W Munchen jednak sie okazalo, ze praca niby nagrana przez znajomych znajomej byla lipa. Trafilem wiec do wielce ponizajacego 'rynku niewolnikow', czyli roznej masci cudzoziemcow wyczekujacych pod urzedem pracy na chetnych pracodawcow. Tak wpadlem na dziwacznego tapicera, ktory potrzebowal pomocy przy rozwozeniu mebli do swych klientow "hen", az po austriacka granice.
          Grosz byl zaden, glownie szedl na zarcie, o zaoszczedzeniu na Grecje mowy nie bylo.
          Z psiapsiola zdecydowalismy zjezdzac z RFN prosto do Grecji.
          Wpadlismy jednak na genialny plan przezycia tej podrozy: poszlismy do wielkiego supermarketu, by najzwyczajniej nakrasc wprost do plecaka jakies podstawy prowiantu. Oczywiscie zostalismy zlapani na goracym i wstydliwym uczynku, aresztowani, skazani na grzywne. A ze bylismy bez feniga, musielismy kare odsiedziec... Grzywna zostala przeliczona w/g taryfy na dni w mamrze, przesiedzialem chyba 20 dni... Byla to przygoda nieslychana, ale dumny z niej specjalnie nie jestem.
          Po wyjsciu, pytano mnie jeszcze, czy chce pozostac w RFN (?!), odmowilem. Pare nocy jeszcze spedzilem w Monachium. Spalem w Englischegarten, gdzie jez mnie raz zaatakowal, by chyba sie umoscilem zbyt blisko jego nory. Juz pozniej, w Grecji, gdy sie zaprzyjaznionemu Bawarczykowi wyspowiadalem z mych monachijskich przygod, Heinrich (co z nie jednego pieca jadl) lapal sie za glowe nad tym moim noclegiem w Englischegarten, bo tam wyjatkow niebezpiecznie bylo, morderstwa regularne.

          Pozniej stop do Salonik. Droga okrezna przez CSSR (do Austrii nie mialem wizy), Wegry, Jugoslawie. Ciezarowka wysadzila mnie w lesie, przy jakims malym przejsciu granicznym miedzy RFN a CSSR. Szlo sie kawalek niewielka lesna droga, po czym wchodzilo sie w pas 'no man's land', z ktorego juz widoczna byla Czeska granica. To bylo gniazdo cekaemowe z workami piachu i wielkie transparenty, ze to "Granica pokoju", Svobody itp. Czesi rozpierniczyli mi caly plecak, setki pytan, wreszcie przepuscili. Dotarlem do Brna, gdzie sie porzadnie najadlem. Mialem korony i forinty, wiec nagle moglem nieco "zaszalec".
          Przespalem w jakichs krzakach na karimacie i w spiworze. W knajpie przy knedlikach z nudow przegladalem swoj paszport i stwierdzilem, ze moja grecka wiza juz wygasla, bo byla wazna bodajze na 30 dni, ktore juz uplynely... Bylem blisko PRL, wiec sie wahalem, czy nie wracac, ale wlasnie w Brnie, "owej nocy" podjalem decyzje, ze nie wracam.
          Postanowilem jechac na upartego do greckiej granicy i rznac glupka, zobaczymy co z tego wyjdzie.

          O ile RFN byl swietny dla autostopu, to CSSR byl koszmarem. Nikt sie nie chcial zatrzymywac, co chwile 'autostrade' patrolowaly skody VB. Wreszcie dotarlem jednak do granicy wegierskiej, ktora przekroczylem pieszo noca. Natychmiast, oczywiscie, walnela ulewa, a ja bylem w polu. Rozlozylem karimate i spiwor pod najwiekszym drzewem. Zasnalem. Nad ranem oczywiscie spiwor musialem wyciskac z wody.
          Do Budapesztu dotarlem z gosciem, ktory wiozl w swoim vanie spore pudlo, ktore okazalo sie metalowa trumna, z zawartoscia.
          W Budapeszcie zadzwonilem do ambasady greckiej, by sie dowiedziec w sprawie mojej wygaslej greckiej wizy. Powiedziano mi, ze "z pewnoscia" jest wazna. Mimo, ze napisane bylo jak byk, ze tylko na 30 dni. To tylko wzmocnilo moj plan wpychania sie do Grecji "na glupka", bo przeciez wasza ambasada mnie zapewnila, ze jest ok!
          W Budapeszcie tez za moje foriny zakupilem nieco zarcia.
          Jugoslawia byla latwa dla stopu. Jedna noc przespalem w polu kukurydzy. I zarlem tez ta surowa kukurydze :) Pare kolb wsadzilem do plecaka.
          Wreszcie zlapalem ciezarowke jadaca do Grecji, do samych Salonik. Oczywiscie, przekroczenie tej granicy wydawalo mi sie fantazja.
          Facet dowiozl mnie do granicy, mialem ja przejsc pieszo, on zas mnie odebrac po drugiej stronie. Nadal nie wierzylem, ze granice przekrocze. A jednak przekroczylem, bo sie okazalo, ze wiza byla wazna na iles tam miesiecy, na miesiac jednak PO przekroczeniu granicy.
          Tak dotarlem do Salonik. Cudem absolutnym bylo to, ze sie z psiapsiolka w tych Salonikach spotkalismy. Umowilismy sie pod Biala Wieza, jedyna nam znana w Salonikach znana budowla. Okazalo sie jednak na miejscu, ze Biala Wieza byla ulubionym miejscem spotkan wszelkich europejskich hobos i byly tam obozujace tlumy. I wsrod tych biwakujacych tlumow zaraz na psiapsiolke wpadlem. Czekala tam od kilku dni.
          Razem ruszylismy stopem do Aten. Po drodze spieniezylismy aparat Zenith. Pozniej dotarlismy na Peloponez. Wyjawilem jej, ze "nie wracam", na co ona: "to ja tez nie". Wkrotce wtopilismy sie w grupki wloczegow z calego swiata, mlodych przygodnikow z calej Europy Zach. i nie tylko, ktorzy bawili w Grecji na kocia lape, wloczac sie, popracowawszy tu i tam przez chwile i ogolnie majac swietna zabawe. My tez.
          Po niedlugim czasie jednak moja przyjaciolka, nieco pod presja rodziny, zdecydowala wracac by konczyc studia. Wrocila.
          Ja zas juz bylem wessany w przygode.
          Juz bylismy w 'paczce' z pewnym Holendrem, ktorego z izraelskiego kibuca wyrzucono za palenie trawy. Gdy przyjaciolka wrocila do PL, zostalem z nim.

          Przez prawie 2 lata sie tluklem po Grecji. W roznych grupkach hobos: Niemcy, Francuzi, Belgowie, Szwedzi, Bryci, Kanadyjczycy, Irlandczycy, glownie mlodzi ludzi, choc nie tylko.
          Mialem swietny czas.
          Pracowalismy przy zborze oliwek, pomaranczy, winogron, po czym wydawalismy te drachmy na wino i zabawe. I tysiace rozmow i dyskusji. Tyle, ze oni po paru miesiacach jechali dalej, albo wracali "do domu". Zostawalem z nowa grupa. Itd.

          Chcialem zostac w Europie, wyjazd "za Ocean" do glowy mi nie przychodzil. Probowalem w ambasadzie wloskiej, francuskiej, holenderskiej. Oczywiscie, odsylano mnie do ich ambasad w... Warszawie. A moj peerelowski paszport juz dawno wygasl, juz bylem za granica nielegalnie.
          Zaprzyjazniona Austriaczka zgodzila sie na biale malzenstwo. Udalismy sie do polskiej ambasady po jakies swistki w tym celu. W recepcji zdalem paszport.
          Zostalem zaproszony na rozmowe z samym panem konsulem. Tenze mi powiedzial: "zadnych papierow panu nie wydamy, mozemy panu uwaznic paszport na podroz w jedna strone do PRL. Jesli sie pan na to nie zgodzi, zrywamy z panem wszelkie kontakty. Takie sa dyrektywy z Warszawy."
          Wpadlem w szal, wrzeszczalem, ze nie maja prawa mi stawiac ultimatum, ze jestem wolny czlowiek. Jak pan smie!!! :) Na jego biurku lezal moj niewazny paszport. A ja sobie wyobrazilem, ze mnie tam zlapia, zamkna w kanciapie i odesla w worku do PRL.
          I tak histerycznie wrzeszczac, zlapalem ten paszport i wybieglem z dywanika. W poczekalni zlapalem Andree: "Sp
          • chris-joe Re: xurek-cz. 3 17.10.18, 20:59

            I tak histerycznie wrzeszczac, zlapalem ten paszport i wybieglem z dywanika. W poczekalni zlapalem Andree: "Spierdalamy!" Nieszczesnica pojecia nia miala, co sie dzieje. Wybiegla za mna, a ja pedzilem przez Ateny jak najszybciej i jak najdalej od tej ambasady. Gdy stwierdzilem, ze juz mnie "chyba nie zlapia do wora", przysiadlem na krawezniku i sie najzwyczajniej rozbeczalem.
            Wrocilismy na Peloponez. Ona wkrotce wyjechala, wpierw do Austrii, pozniej do Izraela, gdzie sie 'nawrocila' na jakies fundamentalistyczne chrzescijanstwo.

            Nadal w tej Grecji dryfowalem, nadal bylo fajowo (Grekow nie obchodzily niczyje papiery).

            Kiedys wreszcie sie natknalem na jakichs Polakow, od slowa do slowa, co tu robisz itp. "Chlopie, w Atenach jest biuro, gdzie mozesz sie zglosic na emigracje!" Sie zglosilem. Do wyboru mialem RPA, USA, Australie, Kanade. Po kolei w myslach wykreslalem kraj po kraju, az sie ostala jeno Kanada.

            Po ponad pol roku slowo stalo sie cialem, dostalem bilet do Vancouver :)
            • iwannabesedated Re: xurek-cz. 3 17.10.18, 21:39
              Uwielbiam dlatego te nasze/Wasze historie. Bo ciągle się ujawniają nowe szczegóły, przemyślenia, etc. Zmienia się perspektywa, punkt widzenia.

              Teraz mam takie spostrzeżenie, że kiedyś się nie bałam/liśmy, robiliśmy na pałę rożne niewiarygodne rzeczy. A teraz ja sięboję pierdnąć, bez pytania o zgodę i obawy, że się świat zawali, wymrą ludzie lub mnie znienawidzą na zawsze :(
              • chris-joe Re: xurek-cz. 3 17.10.18, 22:06
                Bo wtedy, za mlodu, wszystko bylo jakby 'bez konsekwencji', a przynajmniej te konsekwencje nas nie obchodzily, byly do przeskoczenia, nie byly 'nasze'. Zylismy chwila, jutro to bylo jutro. Sie ciagle improwizowalo, bo jakos to bedzie, i jakos to BYLO :)
                Dzis nas juz na to nie stac. Potrzebujemy ekstremalnej sytuacji, by sie przespac w spiworze w strugach deszczu. I pojecia nie majac, jak bedzie wygladala kolejna noc....
                • chris-joe Re: xurek-cz. 3 17.10.18, 22:51
                  I pytanie do was wszystkich, juz "w pewnym wieku", po historiach i przejsciach.

                  Czy nadal odczuwacie lacznosc z tymi 'wami' sprzed dekad? Czy czujecie kontynuacje, przez te wszystkie wcielenia, fazy, okresy, epoki? W moim przypadku sa jakies nitki, pewne poczucie ciaglosci, jednak w wielu/szosci przypadkow, moje wlasne wspomnienia brzmia mi czesto jak historie innych ludzi, ktorzy sa mi bliscy, jednak to niekoniecznie juz "ja"...
                  • minniemouse Re: xurek-cz. 3 18.10.18, 01:24
                    ja na początku emigracji a teraz to dwa ekstrema. rozkwitałam kiedy wyjeżdżałam, miałam plany otworzyć własny biznes. niestety ja wyszłam z dysfunkcyjnego domu w ktorym mowili mi ze "nie dam sobie rady", tak ze moje sukcesy to byla nie tylko moja osobista satysfakcja ale i w oko wam, ale taki sam dysfunkt sprawilam sobie pozniej w BC. zrobiłam wiec kolo w środku którego jeszcze stracilam zdrowie. no ale chociaz na poczatku sobie pozylam :)
                    • minniemouse Re: xurek-cz. 3 18.10.18, 03:14
                      Stalam w kolejce do okienka po paszport, udałam ze jestem głuchoniemą, pokazywałam bezradnie na uszy ze "nie słyszę" i sie nie odzywałam, wciskałam sie głębiej wiec dali mi spokój i tak i wcisnęłam sie na durnia jako druga albo trzecia :D
                      Byl to już drugi dzień stania w kolejce po paszport i nie obchodziło mnie kompletnie nic. gotowa byłam walczyć na pieści. ale obeszło sie, zostałam w kolejce a przede mną kłębił sie rozwścieczony tłum przy drzwiach do małego pomieszczenia w jakim znajdowało sie Święte Okienko Paszportowe.
                      Dzięki temu dostałam go stosunkowo bez problemow, i kiedy miałam juz bilet w reku, wsiadłam w pociąg do Frankfurtu. nawet nie pamiętam czy miałam miejscówkę i miejsce do spania czy mi sie wydaje, ale chyba tak. odprowadzało mnie nawet sporo przyjaciół, pożegnaliśmy się ze łzami, uściskami i pociąg w końcu nieubłaganie ruszył. poczułam dreszcz emocji. pamiętam tylko jak przez mgle ze chyba w swojej głupocie dałam sie zaprosić konduktorowi do jego nory gdzie częstował mnie wódka i kiełbasą. myślałam och, jacy oni na zachodnich trasach mili... co sie naprawdę święci zorientowałam sie dopiero jak sie kutas zaczął do mnie dobierać - włożył mi ręce pod spódnicę. na szczęście albo miał popsuty zamek w drzwiach albo zapomniał zamknąć bo udało mi się uciec gdy go poprosiłam aby nalał mi jeszcze wódki. odwrócił się wtedy bokiem, miał zajęte ręce - a wiadomo pijak butelki z wódka nie upuści, ja siedziałam naprzeciw drzwi cały czas wiec runęłam w te drzwi.
                      oczywiście próbował mnie zatrzymać, przytrzasnął mnie drzwiami jak byłam w połowie i by mnie wciągnął, ale szczęśliwie jacyś chłopacy przechodzili korytarzem i zobaczyli moja przerażona minę i wyciągnięta do nich rękę i mi pomogli. inaczej nie wiem co by było. pobiegłam do przedziału i musiałam dziwnie wyglądać bo współpasażerowie mi się podejrzliwie przyglądali a pani co siedziała naprzeciw mnie (później okazało się ze to Polka mieszkająca na stale w RFN) nawet pytała czy jestem OK. skłamałam ze tak, ze tylko boje się czy uda mi się wyjechać, bo ja pierwszy raz, i ze za mężem tęsknię i w ogóle. zaczęłyśmy rozmawiać i w ogóle pomogła mi sie uspokoić (dzięki ci Pani z Pociągu).
                      Wreszcie jakoś wieczorem lub w nocy dojechaliśmy do granicy w Zgorzelcu. Panowie z odprawy paszportowej zażądali dokumentu zezwalający wywóz jakiejś tam sumy marek - chyba 1500 marek - którego oczywiście nie moglam znaleźć. miałam ogromny, porządny, skórzany męski portfel, z przegródkami na różne dokumenty, banknoty, kieszonkę na bilon zapinana na guziczek, i wśród tych różnych papiereczkow, paszportów, wkładek, książeczek i zezwoleń z narastającego stresu nie widziałam wystającej wyraźnie książeczki. byłam pewna ze jak 105-ty raz sprawdzałam przed wyjściem to na pewno była, wiec co, zgubiłam..?
                      "O Boże, chyba zapomniałam!" "O, to będzie musiała pani zapłacić kare a marki konfiskujemy." Ciężkie, nieubłagane słowa Celnika zabrzmiały jak koniec świata. Formularz w kołonotatniku już był przygotowany do wypełnienia, długopis już unisl sie w powietrzu. "Alez panowie, zaczekajcie, ta pani na pewno ma, tylko musi poszukać, bitte zaczekajcie!" i do mnie "poszukaj kochana, na pewno masz, nie denerwuj się". nakazałam sobie się uspokoić (myśl co robisz idiotko). odetchnęłam głęboko. popatrzyłam jeszcze raz. JEST!!!!!
                      triumfująco podałam książeczkę walutowa gdzie jak byk stała pieczątka zezwalająca wywóz posiadanej przeze mnie sumy. Panowie celnicy jakby mieli zawiedzione miny...
                      Później, w czasie dalszej podróży, dowiedziałam się iz podobno celnicy dorabiali sobie własnie takim "łapaniem" pasażerów przemycających zachodnia walutę. nie wiem czy to byla prawda czy plotki, ale na mnie nie zarobili. a Pani z Pociągu uratowała mnie po raz drugi <3
                      Po granicy jeszcze jakiś czas siedzieliśmy, trochę gadaliśmy, ktoś czytał, ktoś drzemał, potem było już późno wiec po prostu poszliśmy spać. do Frankfurtu dojechaliśmy wcześnie rano. pamiętam ze wielkie wrażenie zrobił na mnie organizer do kosmetyków Pani z Pociagu - czarny, skórzany albo z czarnej dermy, duzy i kwadratowy (sześcienny). otworzyła go w przedziale, wiec dyskretnie podglądałam jak rozkłada sie na kształt niciarki, każda przegródka ma z kolei swoje przegródki na cienie, szminki, pędzelki watki itp. razem toto zamyka sie sprytnie w wygodny do niesienia kuferek z raczka na środku.
                      Wzięła to i poszła do toalety. za piec minut wróciła mocno niezadowolona i oskarżycielskim tonem oświadczyła - "nie ma wody! nie moglam sie umyć ani pomalować! co za porządki! " a ze akurat korytarzem przechodził kutas, pokazała na niego palcem - "to jego wina!".
                      Co mnie poniekąd bardzo zdziwiło. i było moja pierwsza w życiu praktyczna lekcja kapitalizmu. bo nigdy wcześniej nie zastanawiałam się skąd się bierze woda w pociągu, ani tym bardziej kto jest odpowiedzialny za porządek w nim...

                      Min
                      • kan_z_oz Re: xurek-cz. 3 18.10.18, 07:14
                        Wow, czytam i chlone.
                        • ewa553 Re: xurek-cz. 3 18.10.18, 08:25
                          a ja sobie mysle, ze moje niewinne i nienamolne pytanie do kana o wyjazd, zapoczatkowal taka lawine wspomnien. tez czytam i chlone:)
                          • xurek Re: xurek-cz. 3 18.10.18, 09:39
                            Ewa, a gdzie Twoja opowiesc :)?
                            • iwannabesedated ditto Xurek - Ewa, opowiadaj! no txt 18.10.18, 18:47



                          • minniemouse Re: xurek-cz. 3 18.10.18, 09:52
                            Pani z Pociągu pociągnęła mnie za rękę: - "zobacz-zobacz! Offynbach!" i uśmiechnęła się szeroko do mnie: "niedługo będzie Frankfort". zdziwiło mnie ze źle wymawia. po kilku miesiącach pobytu tam wymawiałam tak samo :)
                            Dojechaliśmy wreszcie. nie wiedziałam czego się spodziewać. wyjrzałam przez okno i od razu zobaczyłam mojego kuzyna z Polski który wiedział ze mam przyjechać powiadomiony jak widać skutecznie przez jakąś pocztę pantoflowa. wzięłam wiec mój bagaż - nawet nie pamiętam co to było, walizka, torba? moze jedna walizka, i jedna torba 'Adidasa' od prywaciarza? i wysiadłam. i zdawało mi się ze normalnie znalazłam się w środku PDT albo SDH przez który przechodził jakimś cudem peron kolejowy. zapomniałam się z kuzynem przywitać bo to co zobaczyłam tak mnie oszołomiło - na początek dlaczego tu tak jasno? czy jesteśmy na dworze? wystawy sklepowe??? ale jak?? a gdzie peron? no ale zaraz, stoją tu przecież pociągi? jezu jak kolorowo, ile świateł, ile kolorowych gazet, o, Marlboro!! co tu w ogóle jest na tych wystawach, jakieś bułki!, chyba głodna jestem? "Misia, Misia?", szarpie mnie za rękaw kuzyn, oprzytomniałam, rzuciłam mu się na szyje, zaczęłam strasznie ale to strasznie, spazmatycznie płakać. "Misia, boże, co się stało?" a ze mnie ulatywały miesiące zdobywania paszportu, czekanie, niepewność czy wyjadę, czekanie na wizę, kutas w pociągu, przeprawa celna, nieprzespana noc w pociągu, paniczny strach przed nieznanem, przed przyszłością, radość ze jestem, ze się udało, ze uciekłam, i całkowita totalna niedowiara ze tak, to ja, ze tu, ze to się aktualnie dzieje, ze ja w tych bajkowych światłach naprawde stoję, ze to mi się już nie śni, ze ja tak naprawdę!!, ze to nareszcie FRANKFURT !!!
                            Próbowałam mu to jakoś jednym tchem wyjaśnić ale tylko się posmarkałam, i zaczęłam się dla odmiany śmiać i machać łapami zaczekaj zaczekaj...
                            dosłownie w tym momencie nadleciał jakiś Edziu - okazało się jego kolega z samochodem i tez się przeraził - k..a, cosiestalo? "chyba gwałtowna zmiana ustroju" - powiedział poważnie kuzyn. śmialiśmy się tak głośno i długo ze aż się zataczaliśmy a ludzie co nas mijali się uśmiechali szeroko :)
                            Kuzyn oprowadził mnie po stacji, kupił mi moja pierwsza kawę ze stoiska z czarodziejskiego srebrnego automatu - jaka piękna para leciała i jak syczał i prychał - i jakaś kanapkę z szynka. niebo w gębie :)
                            To były moje pierwsze kroki po Raju - Kapitalistycznej Ziemi.

                            Min
                            (popłakałam sie, kurcze, lolololol)
                            • xurek Dworzec Frankfurt 18.10.18, 10:05
                              Tak czytam i odnosze wrazenie, ze dla niejednego z nas byl jednym z pierwszych i wazniejszych punktow stycznosci z Zachodem. Frankfurt byl rowniez moim pierwszym «zachodnim dworcem», kiedy jechalam na praktyke do Portugalii i dworcem przesiadkowym, gdy wracalam z Paryza do Kassel.

                              Tez pamietam moje oslupienie tym dworcem, to jaka sie sobie wydawalam na nim mala i szarobura.

                              Od tego czasu dworzec Frankfurt i ja spotykamy sie regularnie. Zmienilismy sie oboje, ale dworzec znacznie mniej, niz ja. I wiecie co? Za kazdym razem, kiedy ide przed tez dworzec, przewaznie w drodze z lub na jakis sluzbowy meeting, rzadko w podrozy prywatnej, to przygladam sie swojemu odbiciu w szybach wystaw, przypominam sobie mnie z tych pierwszych razow, mnie z poczatkow mojej zawodowej kariery i robie krotki bilans i on zawsze wychodzi mi na plus.

                              Ostatnim razem przyplatala sie nowa mysl a mianowicie, ze ten dworzec ze swoimi sklepami i wystrojem jest dosc ubogi i «szmatlawy» w porownaniu z «moim» nowym punktem wypadowym na swiat a mianowicie dworcemw Zurychu. Züri rulez and I love it 😊
                              • kan_z_oz Kan cd 18.10.18, 10:39
                                Pomysl wyjechania na zachod zaczal u mnie kielkowac w 1987 roku. Byl to polmetek studiow, zastanawianie sie co dalej oraz obserwacja znikania znajomych za zachodzie. Byl to tez rok gdy zakochalam sie obecnym Panu mezu.
                                Plany emigracyjne zeszly na bok. Dwojka niepoprawnych romantykow. Bez pojecia o realiach i tzw rzeczywistosci. Biegalismy glownie po gorach marzac o prowadzeniu schroniska na Wielkiej Sowie w Beskidzie Slaskim. Byl to tez rok w ktorym okazalo sie, ze jestem w ciazy.
                                Jak, gdzie, kiedy i co robic? Szok i walka o przetrwanie.

                                Pomysl odzyl w 1988 patrzac na zdychajaca komune. Znalezlismy sie w malej pipiduwie jako aletrnatywa za obiecane mieszkanie o ktore przyszlo nam ostro walczyc.
                                Dyrekcja szkoly nas nie chciala, nie ufala i nienawidzila. Bylismy z zewnatrz. Bylismy niesprawdzonym i podejrzanym materialem.
                                Mialam dluga i powazna rozmowe z dyrektorem sugerujacym abym natychmiasto sie przylaczyla do partii. Blad, wysmialam faceta bo pomysl dla mnie apolitycznej wydawal mi sie w pewnym momencie komiczny.

                                Nigdy mi tego nie odpuscil. Gnebil do konca. Mialam codzienne wizyty jednego z trzech dyrektorow na lekcjach. Kierowniczke internatu siedzaca dwa razy w tygodniu na dwoch pelnych zajeciach. To samo Pan maz. Stalismy sie obiektem monitorowanym, sprawdzanym do punktu absurdu. Dwojka naszych kolegow nauczycieli przekazywala wszystkie rozmowy. Koszmar.

                                Koszmar sie rozciagal na zycie poza praca. Moglismy dostac dostawe gazy w dzien lub za tydzien w zaleznosci od zachowania w pracy. Przygotowywanie posilkow w kryzysie, gdzie nic nie operowalo nie bylo natomiast alternatywa. W szczegolnosci z niemowlakiem.

                                Pewne lekarstwa byly tez tylko dostepne z plebanii, gdzie nalezalo miec rekomendacje dyrektora szkoly. Ta plebnia w sumie pomogla nam. Ogladalismy wiec szynki, kielbasy, sluchalismy muzyki patrzac na regaly ksiazek zastanawiajac sie w jakich alternatywnie roznych przestrzeniach ludzie operuja.

                                Bylismy obiektem integrowania nas w nowe otoczenie. Oswajanymi z lapowkami, regularnymi kradziezami z warsztatow szkolnych oraz uzywaniem uczniow niezbyt madrych do prostych prac budowlanych nad domami dyrektora za cenzurki. Oblalismy ten test solidnie.

                                W 1989 roku po obaleniu muru berlinskiego, pojawilo sie nasze okno - legalny wyjazd na zachod. Byly dwa kraje, ktore przyjmowaly Kanada i Australia. Wybralismy Australie i tak zaczal sie proces...
                              • minniemouse Re: Dworzec Frankfurt 18.10.18, 11:09
                                Dworzec kolejowy, i nawet lotnisko, we Frankfurcie nad Menem,
                                dla kogoś takiego jak ja kto przyjechał prosto z komunistycznej Polski i nigdy wcześniej nie miał styczności z zachodem, ani ciut-ciut - naprawdę zero absolutne, to był jak Sezamie otwórz się. prawdziwe wrota do prze-bogactwa z arabskich baśni.
                                Przepaść jaka dzieliła wiecznie puste, przygnębiające i outdated polskie peerelowskie półki miedzy niemieckimi z fantazyjnie, bogato i kolorowo przybranymi manekinami, mnogością towarów była tak od razu trudna do po prostu pojęcia. ale jednocześnie symboliczna dla zmiany statusu, ustroju, życia.
                                I zapewne stad ta rewerencja do Frankfurckiego dworca. przynajmniej z mojej strony :)

                                Min
        • xurek Re: xurek-cz. 4 18.10.18, 13:00
          By wjechac do Niemiec potrzebowalam wize, ktorej ambasada nie chciala mi wystawic, bo nie bylo ich zdaniem podstaw. Jakis sprytny Algierczyk podpowiedzial mi, ze mam ubiegac sie o tranzytowa, bo chce wrocic do Polski a fruwac nie umiem. Udalo sie, dostalam wize tranzytowa na 24 godziny.

          W Kassel odebral mnie wujek i zawiozl do swojego mieszkania, w ktoym czekali juz jego emigracyjni znajomi z «wodka i zakaska». Poczulam sie jak u babci za piecem: slaski szalot, slaska gadka, zapewnienia, ze mi sie uda, bo im wszystkim sie udalo, prosci, swojscy ludzie, tacy, jak w «mojej» wsi. Bylo juz pozno, na dodatek niedziela, wiec wymyslono plan taki, ze wujek zawiezie mnie nastepnego dnia do «Fridlandu», czyli do «Übergangslager für Spätaussieedler Friedland», gdzie to dostane «papiory» i bede mogla zostac w Niemczech. Towarzystwo zaczelo mi opowiadac o szpejtausiedlerausweisie, sprachkursie, arbeitslosengeldzie, ausbildungu, entszedigungach i innych dziwach az mnie sie krecilo w glowie. Az w pewnym momencie ktorys z gosci rzucil pytanie, czy mam wazna wize, bo bez waznej wizy pobytowej w Niemczech do Fridlandu mnie nie przyjma. Wyjelam paszport, towarzystwo przestudiowalo wize i stwierdzilo, ze jej waznosc wygasa za (chyba, dokladnie juz nie pamietam) dwie godziny.

          Wybuchla panika, jak mnie dostarczyc do Friedlandu przed uplywem dwoch godzin, bo wszyscy byli juz mocno na gazie. W koncu moj wujek zdecydowal ze pojedzie, z nim jeszcze jeden kumpel na wypadek gdyby policja wujka zatrzymala i potrzebny byl alternatywny kierowca. Wujek zasuwal z predkoscia swiatla po autostradzie i przyjechalismy do Friedlandu chyba 40 minut przed koncem wizy. Nastepne 30 zajelo wyklocanie sie ze straznikiem na bramce, ktory twierdzil, ze oboz zamkniety i mamy sie zjawic nastepnego dnia rano. Dopiero jak sie rozplakalam (po raz pierwszy w czasie wszystkich tych wojazy) i usiadlam na ziemi (byl koniec listopada i zimno jak cholera) to straznik mnie wpuscil. Jak spojrzal na moja wize to tylko pokiwal glowa, poklepal mnie po ramieniu i wstawil pieczatke «im Lager aufgenommen am….». 10 minut przed uplywem waznosci wizy.

          Wujek z kumplem zostawili mnie w «lagrze» i wrocili do domu, obiecujac, ze mnie odwiedza. Noc spedzilam w «izolatce» a nastepnego dnia rano zostalam zameldowana jak nalezy i dostalam «przydzial» do pokoju, kartki na posilki oraz «harmonogram zajec»,czyli gdzie i kiedy mam sie stawic.
          Najmniejsze pokoje byly 6-osobowe (3 pietrowe lozka), wiekszosc 8-osobowych, byly rowniez wieksze a czesc ludzi mieszkalo w sali gimnastycznej uniwersytetu Göttingen. «Obozowicze» klasyfikowali pokoje swojska nazwa polskich mieszkan spoldzielczych, czyli M ilestam. Ja mialam szczescie i wyladowalam w M 6, moj przyszly maz (a obecny ex) mial przylemnosc w M 350 w Göttingen. Friedland sam w sobie wart jest napisania ksiazki, moze kiedys napisze na jego temat osobny watek. Tutaj wzmienie jedynie jedna anegdotke oraz rezultat koncowy mojego pobytu.

          Jak weszlam do mojego M6 to 5 lozek bylo juz zajetych, ludzie siedzieli na lozkach a jedna babcia siedziala z jakims panem przy stole (pokoje byly koedukacyjne). Ja jako «nowa» bylam w pelni skoncentrowana na inspekcji nowego lokum, babcia natomiast skoncentrowala sie na mnie, zmarszczyla brwi, wyostrzyla wzrok, przekrzywila glowe z «nestlikiem» i powiedziala: dziouszka, dyc tys jes H…, cera uod E…, synka uod Wilyma z Plechowki! Ale co ty sam robis w tym Fridlandzie? Dyc twoja matka nom pedziala, ze ty tera miyskos w paryzu i sztudiyrujes na sorbonie!
          Babcia byla z mojej wsi, matka przyjaciolki mojej mamy, ktora oczywiscie nie mogla kolportowac wiesci o winobraniach, barlogach i urzedach imigracyjnych, wiec wymyslila sobie Sorbonne. Babcia przygarnela mnie jak wnuczke, oddala mi swoje 100 DM “Begrüssungsgeld” (czyli pieniedzy powitalnych) plus polowe swoich kartek na posilki. To bylo bardzo wazne, bo to zarcie bylo w 80% tak zalane majonezem I innymi potwornosciam, ze niestrawne. Dlatego warto bylo miec po kilka kartek na jeden posilek, by wybrac z kazdej porcji to, co bylo przelykalne a reszte oddac wiecznie glodnym facetom 😊.

          Z Friedlandlu wyszlam po 10 dniach z niemieckim obywatelstwem, skierowaniem do socjalnego urzedu, ktory mial sie zajac moim dalszym losem I poczuciem totalnego zniewolenia.

          Niemcy byly dokladnym przeciwienstwem Francji: tam wszyscy mieli mnie w d…., moglam sobie robic co i gdzie chcialam, ale nikt nie poczuwal sie do jakiejkolwiek pomocy. W Niemczech wszystko zostalo dla mnie zorganizowane: mieszanie, pieniadze, kurs jezykowy, meble, ubrania, czas. Mialam wrazenie, ze tutaj nawet oddychac trzeba pod komando i wedle harmonogramu.

          Okres kursu jezykowego wspominam mile, bo mialam wspanialego nauczyciela, mieszkalam w ladnym internacie otoczona mlodymi ludzmi na poziomie, glownie z Polski, ale rowniez z innych Demeoludow i z Afryki. Nauka Niemieckiego po przelamaniu wstepnego obrzydzenia spowodowanego brzmieniem jezyka robila mi prawdziwa frajde, tym bardziej ze po raz pierwszy w zyciu kazdy nowo nabyty kawalek moglam od razu wyprobowac na autochtonach.
          Po ukonczeniu kursu zaczely sie schody. Panstwo «wypuscilo mnie na wolnosc» co oznaczalo zajecie sie uznaniem dyplomu, znalezienie sobie mieszkania i pracy.

          Ten okres wspominam jako najkoszmarniejszy w moim zyciu. Pierwsze frontalne zderzenie z dyskryminacja, niechecia, rasizmem. Ponizajace uwagi typu «w naszej dzielnicy nie ma mieszkan dla Polacken», «twoje studia nadaja sie co najwyzej na kasjerke w Aldim», «smierdzaca Polka» itd itp. Ja jestem zbyt dumna z natury, by cos takiego moc zniesc bez przygotowania. Pierwszy miesiac szukania mieszkania i pracy skonczyl sie tym, ze przestalam szukac czegokolwiek i zaszylam sie w koncie internatowego lozka. Mieszkanie (w tureckiej dzielnicy) znalazl moj ex, ktory tez ze stoickim spokojem zniosl moje prawie polroczne siedzenie na kanapie prawie bez ruchu, bez posilku, z jednym papierosem za drugim, ktore to on zreszta musial kupic, bo ja balam sie wyjsc z domu.

          Przelom przyniosla wizyta jego najblizszego przyjaciela, ktory siedzial u nas ponad miesiac. Ex chodzil do pracy (jako inzynier budowlany rozwozil wtedy pizze) a kumpel przysiadl sie do mnie na kanape, wykorzystal moj stupor i zalewal mnie swoimi psychostory o dominujacym bracie, ktory zniszczyl mu zycie. Sluchalam tego dzien w dzien jak jakiejs mantry az tu nagle ni z gruszki ni z pietruszki M. zapytal “ a ty jak dlugo chcesz tu tak siedziec a jak juz przestaniesz to jakie masz plany?”. Tak mnie to zdanie wytracilo ze stuporu, ze zaczelam sie non stop nad tym zastanawiac, potem rozmawiac na ten temat z ex-em az w koncu podniostam d… z kanapy i wyszlam w swiat.

          Strach i poczucie bycia guanem zastapila wscieklosc i postawa “jestem najmadrzejsza, najatrakcyjniejsza, wszystko mi sie nalezy a wy wszyscy mozecie mnie pocalowac w d….”. O dziwo nowa postawa przyniosla mi prace w ktorej szybko zaczelam robic kariere, wiele nowych znajomosci i poczucie, ze opada ze mnie jakas koszmarna skorupa i wreszcie zaczynam byc normalnym czlowiekiem w normalnym swiecie majacym normalne zycie. Z czasem wrocilam do rownowagi psychicznej, przestalam byc skrzyzowaniem "enfant terrible" i “agent provocateur” i stalam sie podobna do siebie z lat dziecinstwa 😊. Taka “analityczna i uparata Zosia Samosia” z duza porcja taktu, dystansu i spokoju w obyciu.

          Od przyjazdu do Friedlandu do rozpoczecia pierwszej pracy minelo 2.5 roku, do pierwszej wizyty w PL 3 lata, do pierwszego wspolnego urlopu z moja pierwsza niemiecka przyjacioka 3 lata, do otrzymania pierwszego kierowniczego stanowiska 5 lat, do pierwszej 3-miesiecznej podrozy po egzotycznych krajach 6 lat, do kupienia pierwszego wlasnego mieszkania 6, do wyjazdu do Szwajcarii na stale 10.

          cdn.
          • ertes Re: xurek-cz. 4 18.10.18, 15:05
            Przypomina sie mlodosc i szalony czas poczatkow emigracji.
            Xurek jak zawse z jej lekka reka do pisania jak swietna kompozycja potrafi splodzic ciekawe opowiadanie, ktore czyta sie jednym tchem.
            Brawo.
            • iwannabesedated Re: xurek-cz. 4 18.10.18, 18:50
              Zgadzam się. Xurka opowieści można słuchać bez końca. Mnie uwiódł i zafrapował z jej opowieści człek co "wiódł żywot szmatławy". Czyli co? Spróbowałabym.
              • ewa553 Re: xurek-cz. 4 18.10.18, 19:23
                moja historia wyjazdu jest tak banalna, ze by Was zanudzila. Ani takich przygod jak kan nie mialam, ani nie potrafie tak barwnie opowiadac jak Xur. Poza tym pozwole sobie nadmienic, ze historie dlaczego i jak wyjechalam, upublicznilam juz na swietej pamieci Klubie. Cieszcie sie lepiej ze ja, co wontkow (poza jednym) nie zakladam, podsunelam pomysl na tak swietny wontek co moglabym calymi dniami czytac:) Co mnie zaciekawilo: minni, co do ktorej tekstow mam stosunek powiedzmy ostrozny, we wspomnieniach ukazala mi sie zupelnie inna i sie zastanawiam kie licho? Ona czy nie ona:)
                • ania_2000 Re: xurek-cz. 4 18.10.18, 22:51
                  Mysle, ze Xurek razem z Chrisem powinni napisac ksiazke sensacyjna. Serio - bez zartow. Czyta sie jak thriller - ja was ogolnie podziwiam za wytrwalosc, odwage, upartosc i zawziecie! Kiedys to byly czasy co?:) teraz milenials jezdza jak chca w te i wefte i wogole nie docenija jak to onegdaj bylo. Ja nie mialam takich "przebojow" z dostaniem sie za zagranice, ale ja jechalam "za mezem" wiec moja sytuacja bylo prosta i bezbolesna - co nie znaczy, ze wyladowawszy na totalnym zadupiu musialam sie diametralnie przestawic kulturowo - a zawodowo to juz byla kompletna porazka, bo nie dosc ze pracy dla mnie nie bylo, to jej wogole nie bylo dla nikogo. Wtedy.
                  Ja tylko teraz zaluje ze wczesniej nie wyjechalam - bo w 1990. No ale mi emigracja to do glowy w szczeniecym rozumie wogole nie przychodzila.
                  • ania_2000 Re: xurek-cz. 4 18.10.18, 22:52
                    i jeszcze Kan w tej sensacyjnej historii ofcourse!
                    • chris-joe Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 00:04
                      Opowiesci o szoku na frankfurckim dworcu mnie nie szokuja.
                      Szalone dla mnie bylo przejscie graniczne na berlinskim dworcu Friedriechstrasse. Gdy wreszcie rano otwarto przejscie, stanalem w niewielkiej kolejce (glownie starsi ludzie, bo w jakims tam wieku enerdowcy mieli juz niekiedy prawo do odwiedzin rodziny na zachodniej stronie). Sam urzedas siedzial na wysokim podescie za szyba w waskim korytarzu, akurat na jednego czlowieka, petent stal pod nim, nisko. Podalem mu paszport, on go przestudiowal, ostemplowal. Przede mna, na koncu tej kiszki-korytarza, byly zelazne wrota, ktore zapiszczaly, gdy urzedas przycisnal jakis guzik. Byly otwarte, chyba musialem je najzwyczajniej pchnac. A za tymi drzwiami, bylem juz w korytarzu miedzy peronami zachodniego S-bahnu. I wsrod normalnych zachodnich berlinczykow. To byl szok, przez drzwi na Zachod! Magiczne wrota. Pamietam kioski tego dworca, mnostwo lsniacych kolorowych zurnali, duzo nagich cyckow, papierosy "jak w peweksie", napoje, podzerki. S-bahn jechal przez Szprewe jeszcze do 'wlasciwego' Berlina Zach. A ja wlepiony w okno, chyba jednak przezarty peerelowska propaganda, bo nieswiadomie wyczekiwalem strzelanin, biedy, gangsterow ;)

                      Ta trase wykonalem po latach kilkakrotnie, zawsze probujac odtworzyc ten pierwszy raz. Tylko przejazd nad Szprewa mi wychodzi, cala reszta juz jest inna, wlacznie z, oczywiscie, nowym berlinskim Hauptbahnhoffem, dokad wiedzie S-bahn ze stacji Friedriechstrasse.

                      Na zachodniej stronie wrocilem jeszcze wtedy w lipcu 1985 pod Mur, przy Tiergarten, wlazlem na ten drewniany podest, z ktorego mozna bylo zerknac na Ost Berlin, tuz za Brama Brandenburska. Mialem foty z obu stron z tego czasu, ale przepadly.
                      • ania_2000 Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 00:37
                        Moje wrota na zachod prowadzily przez Okecie. Do Ameryki lecialam samolotem linii PANAM.

                        bardzo ten lot zapamietalam z jednego wzgledu - palilam sobie papierosy. Kiedy tylko chcialam - hahaha !!! szok jak sobie teraz pomysle.
                        • chris-joe Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 00:41
                          Ostatni raz palilem w samolocie linii pakistanskich z Bangkoku do Singapuru. Rok byl bodaj 1999 :)
                        • minniemouse Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 01:29
                          ania_2000 napisała:
                          > Moje wrota na zachod prowadzily przez Okecie. Do Ameryki lecialam samolotem lin
                          > ii PANAM.
                          > bardzo ten lot zapamietalam z jednego wzgledu - palilam sobie papierosy. Kiedy tylko chcialam - hahaha !!! szok jak sobie teraz pomysle.


                          wow Panam..
                          a tak z ciekawości - palisz dalej Aniu?
                          pytam, bo w te stronę palił prawie każdy. ja tez paliłam, głownie Dunhille, Marlboro i czasem du Mauriery (btw kanadyjskie miały inny smak niż amerykańskie!) ale dość szybko większość moich znajomych, i w ogóle Polaków jakich znam, po kolei rzucała palenie. do dziś większość skutecznie.

                          Minnie
                          • ania_2000 Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 02:35
                            nie, nie pale - rzucilam palenie w 1991 :)
              • minniemouse Re: xurek-cz. 4 18.10.18, 23:27
                ja tez. wyczuwam w Xurku talenty artystyczne, w Kanie i w tobie zreszta tez. Chris tez ma pewne zadatki.



                <
                • chris-joe Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 00:20
                  Xcuse me, a to jakis konkurs jest?... Nie uczestnicze...
                  • chris-joe Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 00:31
                    Minnie, tu sie flaki wlasne wypruwa, a ty jakies ratings... Moze wroc do American Idol, czy cos... ;)
                    • minniemouse Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 00:57
                      ojtam ojtam mowie tylko ze my tu to nawet flaki artystycznie wypruwamy... ;)
                      • minniemouse Re: xurek-cz. 4 19.10.18, 01:32
                        tzn wy, bo mnie to jak święta wena natchnie po prostu udadzą się jakieś lepsze krótkie wypociny LOLOLOL
                        ale książki bym nie napisała choćbym nie wiem jak chciała. wiem bo próbowałam :)
                    • iwannabesedated Ditto Chris - to nie "Taniec z gwiazdami" a... 19.10.18, 01:34
                      ... Ty nie juror Min.

                      Umówmy się, że już dawno odkryliśmy - iż siedzą tu "znakomite pisacze". Ertesa reportaże podróżne, również opisy wyjazdów Marysi i Ewy, znakomite kroniki madryckie Bluesa, świetne codziennki Pytona, gawędy kulinarne Rose, ja nawet gustowałam w Swiatla wybuchach grafomanii (np. Luiza w objęciach z jakąś laską i facetem i spadająca na nich ściana ognia to było coś) - więc proszę Min, powstrzymaj się od roli oceniacza i może sama się dołącz do "zawodów" - co?
                      • kan_z_oz Re: Ditto Chris - to nie "Taniec z gwiazdami" a.. 19.10.18, 05:33
                        Moje wrota to na swiat to byl przelot samolotem LOT-u z Warszawy do Delhi w klasie dla niepalacych. Palacy przedzial byl z tylu samolotu za kurtyna.

                        W Delhi byla przesiadka na samolot Qantas do Sydney. Pamietam tylko, ze na lotnisku w Delhi poszlam do ubikacji, ktora byla platna. Mialam banknot 50UDS, jako jedyna walute. Pan machnal reke i nie zaplacilam. Byl to poczatek 1992 roku.
                        • ewa553 Re: Ditto Chris - to nie "Taniec z gwiazdami" a.. 19.10.18, 08:41
                          w mojej jezdzie na Zachod byly dwa tzw. momenty. Najpierw z honorami zostalam usadowiona w Warszawie w pociagu Moskwa-Paryz, oczywiscie pierwsza klasa. Jeszcze nie ruszylismy, a przyszedl konduktor i kazal mi sie przeniesc do drugiej klasy, bo w pierwszej nawalilo ogrzewanie. Byla polowa lodowatego stycznia 1975. W drugiej klasie byly dzikie tlumy, ciasno i niezbyt swieze powietrze. Potem jazda i pierwszy wazny przystanek: Berlin Wschodni. Byla noc. Panowie z groznymi minami, z psami na smyczy, zakaz wychylania sie z okien i opuszczania miejsc. Panowie na zewnatrz idacy wzdluz pociagu, a ich psy sprawdzajace pod wagonami....Dalej jazda przez ciemny Berlin i nagle luna swiatel, cudownosci, oswietlone ulice a na nich ruch samochodowy, jakiego sobie nawet wyobrazic nie moglam. Takie mialam pierwsze spotkanie z Zachodem.
                          • kan_z_oz Kan cd 2 19.10.18, 10:23
                            Rok 1989 w Polsce byl szalony. Jeszcze bardziej dla nas. Ktos powiedzial, ze Australia przyjmuje na legalna emigracje. Pognalismy wiec w tym samym tygodniu do ambasady. Byla na Saskiej Kempie. Bardzo blisko ambasady US. Minelismy dziki tlum i groznie wygladajace ogrodzenie i dotarlismy do naszej. Kolejka byla ale niewielka. W okienu Pani nie mogla wiele powiedziec oprocz, ze Australa chyba nauczycieli wf nie potrzebuje. Wzielismy jednak apilikacje i cale szczescie.

                            Czytalismy i czytalismy. Zaczelismy liczyc punkty, ktore byly wymagane. Po bardzo uwaznym i wielokrotnym czytaniu i liczeniu wyszlo, ze nam brakuje. Za wiek bylo maksymalnie, za znajomosc b.dobra Pana meza maksymalnie, ze miasto maksymalnie, za wyksztalcenie wyzsze z doswiadczeniem malo, bo byly wymagane pelne trzy lata w zawodzie. Pan maz dopiero zaczal trzeci rok, ja drugi.

                            Postanowilsmy poczekac ze zlozeniem alpikacji do konca roku szkolnego czyli lipca 1990. Auc
                            W tym samaym czasie dostalismy w koncu to nasze obiecane M2. Urzednik miasta sie ulitowal znajac lokalna klike. Moja ksiazeczka mieszkaniowa okazala sie nie wystarczalnym wkladem. Musielismy wiec gdzies, jakos i szybko zrobic jakas doplate.

                            Pamietam, ze spienierzylam jakies futro matki w ktorym nie chodzila bo bylo zbyt ciezkie. jakies lisie ogony, ktorych tez nie nosila, czapke...sprzedalam w lokalnym hotelu Rosjanom, ktorzy zaczeli przyjezdzac do Polski na handel. Wymienilam na wielki i gruby zloty lancuch, majac nadzieje, ze mnie nie orzneli. Taki kawal zlota widzialam pierwszy raz w zyciu.

                            Ten lancuch nastepnie matka sprzedala znajomej, ktora inwestowala spadajaca polska zlotowke w zloto. Pare miesiecy pozniej sie okazalo, ze w wyniku zaistnialej prywatyzacji mozemy to mieszkanie wykupic. Wymyslilismy z Panem mzezem, ze zrobi kurs pilota wycieczek zagranicznych i zacznie jezdzic na handel. Zacznie tez dawac korepetycje z jezyka angielskiego.
                            Wykup mieszkania nie byl az tak straszny finansowo, bo ksiazeczka i doplata pokryly lwia czesc pare miesiecy wczesniej. Uprzedzono nas, ze blok jest wykonczony ale wokol chodniki i trawniki jeszcze nie. Za te tez bedziemy musieli zaplacic.

                            Na poczatku 1990 przyslano nam rachunek...wiekszy niz doplata do mieszkania, bo wszystko zzarla szalejaca inflacja. Pozyczylam od matki, ktora pozyczyla od kolezanki od zlotego lancucha czesc i czesc od kolezanki skad pochodzily futro i lisie ogony.

                            W wakacje tez zlozylismy aplikacje do ambasady o emigracje i znowu musielismy pozyczyc bo nie byla tania.

                            Pan maz musial wiec wyruszyc z jakas wycieczka i gdzies bo nas cisnelo z kazdej strony. Dostal pierwsze zlecenie - trzy tygodnie autokarem do Syrii. Trasa 20 osob z polowa wyjetych siedzen w autokarze przez Rosje, Bulgarie Rumunie, Turcje. Przejazd przez granice gorska z Syria. Cel Damaszek i Alepo.
                            • xurek Re: Kan cd 2 19.10.18, 10:43
                              ten watek jest cudowny. Czyta sie jak bajki z 1000 i jednej nocy. Dziekuje Wam wszystkim za superwrazenia i prosze tych Milczacych do dopisania wlasnych losow.
                              • ewa553 Re: Kan cd 2 19.10.18, 10:45
                                kanie, zuastanawiam sie dlaczego ludzie (bo nie tylko Wy) wyjezdzali jeszcze w momencie kiedy skonczyla sie komuna i inni ludzie byli pelni euforii. Nie wierzyliscie w zmiane?
                                • kan_z_oz Re: Kan cd 2 19.10.18, 11:28
                                  Nie wierzylismy w zmiane w zadnym momencie.
                                  Solidarnosc zaczela przylaczac kazdego kto chcial nalezec. Czlonkowie KCPZPR nagle stali sie dzialaczami Soilidarnosci w pol roku. Widac bylo calkowity rozpad systemu i kolo zataczajacze kregi w tym samym kierunku. Zmiana nie nastapila dla mnie.
                            • kan_z_oz Re: Kan cd 3 19.10.18, 10:58
                              Wycieczka byla interesujaca. Przejazd do Syrii z pustym autokarem byl latwy. Alepo i Damaszek wedlug opowiesci Pana meza byly barwne, tetniace zyciem dlugo po zachodzie slonce. Zycie toczace sie na ulicach przy lokalnie smazonych potrawach. Polacy byli znani i wymiany handlowe cienione z nimi.
                              Rezim rodziny Asadow trzymal wszystko za pysk. Wymiana Ud dolara na lokalna walute byla nielegalna i karana smiercia. Pan maz mial w autobusie 150 tys USD do wymianu na wycieczce w stylu 'tramping'. Nic zorganizowanego oprocz turystow i autobusu. Nic oplaconego.

                              5tysUSD dawalo trzy relkamowki lokalnego papieru. Wiecej rady na raz nie dalo wymienic, ze wzgledu na objetosc bagazu. Wypraw bylo wiec bardzo duzo i wszystkie z eskorta lokalnych pilnujacych biznesu oraz Pana meza. Piekny narod i bardzo zyczliwy - tak go pamieta.

                              Powrot byl trudniejszy. Autobus byl pelen towaru. Na gorskiej granicy tafili sie Kurdow, ktorzy wsadzili kaszanikowa w twarz Pana meza z zadaniem absurdalnego okupu. Po negocjacjach, ktore ulatwily natychmiastowe paczki Malboro oraz butelki zachodniej whisky poszlo lepiej. Polski...aaa...nie zachod i nie amerykanie. 4000 USD zalatwilo sprawe.

                              Gorska granica miedzy Turcja a Syria byla w nocy zamknieta. Autobus sie spieszyl. Pan maz ruszyl drzwi celnikow, zastawione krzeslem pod klamke. Klamka opadla i drzwi sie otworzyly. W pokoju stal stol za ktorym siedzialo 4 -ch uzbrojonych straznikow oraz fura banknotow US na stole.
                              Krzyki i na szczescie awf-owskie przygotowanie do biegania. Bieg do sznura autokarow ustawionych w kolejce na przejsciu. Na szczescie baaardzo dlugiej kolejki. Do samego rana szukali kto ich podejrzal. Na szczesie nie znalezli.

                              Po tym wydarzeniu wycieczki sie zakonczyly bo nie mialam zamieru zostac mloda wdowa.

                              Pan maz poznal tez ksiecia Bashara, ktory zajmowal sie spowadzaniem mercedesow z RFN-u i chcial go zaangazowac w biznes.
                              Te oczywiscie byly kradzione w RFN-ie, numery byly przebijane w Polsce i dalej szly na wschod....haha

                              Dobrze, ze mieszkamy w QLD to nam glowy juz pewnie nikt nie urwie...hlehle
                              • chris-joe Re: Kan cd 3 19.10.18, 20:14
                                Gdy wy, Kanie, kombinowaliscie jak emigrowac z Polski, ja wlasnie kombinowalem, jak Polske wreszcie odwiedzic.
                                Caly rok 89 z wypiekami obserwowalem w Vancouver wydarzenia w Europie Wschodniej.
                                Mur runal, zmienial sie rezym, choc prezydentem byl nadal Jaruzelski. W 1990 Polska szykowala sie do pierwszych prawdziwie wolnych wyborow prezydenta i parlamentu.

                                Nad Pacyfikiem mialem garsc polskich znajomych. Przez nich zaczely do mnie docierac wiesci o tych polskich zuchach, ktorzy pojechali z Kanady do Polski- i WROCILI bez problemow. Ja nadal mialem pietra. Tych wiesci bylo jednak coraz wiecej.

                                W pazdzierniku 1990 wyslalem moj martwy peerelowski paszport (ten, ktory wyrwalem klika lat wczesniej z biurka polskiego konsula w Atenach) do konsulatu w Toronto. To bylo z mojej strony 'obmacywanie sprawy'. Ku memu zdumieniu odeslano mi paszport przedluzony, reanimowany, cudownie do zycia przywrocony!

                                https://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/cd/kj/u2vx/GEPE5YahU3QBHG9zBB.jpg[/img]

                                (zauwazcie, ze polski konsulat nadal poslugiwal sie pieczatka PRL-u!)

                                Zaraz wiec, caly podekscytowany, zakupilem bilet w jakims polskim biurze podrozy. Pamietam, ze facet przywiozl mi ten bilet do domu, placilem mu zas gotowka. Pokazywalem ten bilet moim polskim znajomym jak relikwie: Vancouver - Amsterdam - WARSAW! Wsrod moich nielicznych polskich znajomych bylem pierwszy tak odwazny. Moja bliska przyjaciolka, ktora z PRL wypieprzyli, caly czas nie byla pewna, czy podjalem sluszna decyzje.

                                W Holandii spedzilem kilka dni, spotkalem 'mojego' greckiego Holendra i jego dziewczyne. Razem pojechalismy na cmentarz zolnierzy kanadyjskich, ktorzy wyzwalali Holandie, bo akurat byl 11 listopada, Remembrance Day.

                                Po czym wpakowalem sie w samolot do Warszawy... Pamietam, jak wklejony bylem w okno samolotu, gdy podchodzilismy do ladowania. Dzien byl plugawy, bury, jak to w listopadzie, a ja widzialem pod soba te smutne peerelowskie szosy i male fiaty. A pozniej zimna gebe mundurowca, ktory mi stemplowal paszport na powitanie i pytal kiedy z Polski wyjechalem, gdzie mieszkam, kiedy zamierzam wyjechac. I zolnierzy za szyba lotniska z karabinami na ramieniu.
                                To bylo to stare, koszmarne peerelowskie Okecie. Po odprawie i odebraniu bagazu szlo sie przez jakies takie szklane parawany o porysowanych, ledwo przezroczystych szybach prosto w tlum czekajacych. Tlum gesty, buro-szary, sklebiony, podniecony. A w nim moi rodzice :)
                          • chris-joe Re: Ditto Chris - to nie "Taniec z gwiazdami& 20.10.18, 00:47
                            Ewa! :)
                      • minniemouse Re: Ditto Chris - to nie "Taniec z gwiazdami" a.. 20.10.18, 00:19
                        ale mnie tu wtedy nie było. albo nie pamiętam. ja jedynie pamiętam - ledwo, bo mam postępującą krótkoterminowa sklerozę - sprzed dwóch czy trzech lat wasze fake biografie czy coś które ktoś tu pisał, takie śmieszne. wiec przyjmijcie po prostu moje komplementy i cicho już.

                        Minnie
    • maria421 Re: Jakie mieliscie plany 19.10.18, 20:44
      Jednak troche tez napisze.

      Wyjechalam z Polski 12 marca 1982 roku, czyli w pelni stanu wojennego. Wyjechalam na zaproszenie British Council, na dwutygodniowe seminarium do Wielkiej Brytanii. Wyjazd byl planowany jesienia 1981 mial sie odbyc na poczatku lutego 1982, ale w miedzyczasie Jaruzelski oglosil stan wojenny, paszport ktory juz mialam zostal anulowany, po roznych perypetiach wydano mi nowy , tylko na 3 miesiace. Zeby dostac wize brytyjska w ambasadzie w Warszawie, musialam najpierw dostac przepustke na wyjazd z Lodzi do Warszawy, pamiatam ze ambasada byly otoczona zasiekami i posterunkiem ZOMO czy innej formacji. Poniewaz samolot odlatywal z Warszawy wczesnie rano (pamietam ze bylo to w niedziele) , do Warszawy pojechalam juz w sobote, spalam w jakims hotelu. Do godziny 5 rano obowiazywala godzina milicyjna. Chyba o 5.15 bylam juz w recepcji, a tam, na kanapie spal jakis mlody zolnierz i karabinem polozonym obok siebie. Pamietam ze czekalam na autobus na lotnisko, patrzylam na Forum, na Sciane Wschodnia, na PKN i myslalam " a tak mogloby byc tutaj fajnie....". Na lotnisku czolgi, malo ruchu, przetrzepali mnie dokladnie, w samolocie byli glownie cudzoziemcy lub Polacy z obcymi paszportami, czy tez z konsularnymi paszportami. Lecial ze mna do Londynu Tony, amerykanski lektor na naszym uniwersytecie i powiedzial mi ze jak mnie za miesiac znow na uczelni zobaczy , to sie poplacze... I "zrob to dla twoich przyszlych dzieci".

      Wrocilam po 9 latach, z mezem i 6 letnia wowczas corka. Wracalam z nowym polskim paszportem, przez granice niemiecko- polska w Swiecku. Scisniete gardlo na widok polskiego WOPisty i ten wywieziony z PRLu strach ....

      Co do planow- spelnily sie :-)
      • chris-joe Re: Jakie mieliscie plany 19.10.18, 21:43
        Maryska sie jednak przelamala! :)
        Czy juz wiedzialas, ze nie wrocisz, czy to stalo sie pozniej, tam?
        • maria421 Re: Jakie mieliscie plany 20.10.18, 08:18
          chris-joe napisał:

          > Maryska sie jednak przelamala! :)
          > Czy juz wiedzialas, ze nie wrocisz, czy to stalo sie pozniej, tam?
          >

          Bilam sie z myslami. To, czy w koncu zostane czy wroce nie zalezalo tylko ode mnie.

          Jak sie znow przelamie, to moze wiecej napisze. Bardzo rzadko te przejscia wspominam.
    • roseanne Re: Jakie mieliscie plany 19.10.18, 22:48
      przy tych Waszych opisach, toc my mielismy wycieczke do resortu wrecz

      umowa na prace M podpisana z wyprzedzeniem w Wawce,
      badanie medyczne przed, krotka rozmowa M w konsulacie kanadyjskim
      wiza dodatkow do Usa z marszu - urzednik sie wybral sprawdzac papiery wsrod ludkow, potem sie okazalo ze to konsul byl, niby co jeszcze trzeba donies , co niewazne itd itp - od reki podpisal, ze praca w Kanadzie, rodzina i juz, M pojechal pozniej odebrac kwitek

      firma zatrudniajaca M zaplacila za bilety lotnicze dla $, oraz oplacila hotel na tydzien z hakiem - d czasu znalezienia lokalu

      wspolpracownicy przeotwarci, wszyscy emigranci z kads, najdalej drugie pokolenie, chetnie obwozili po okolicy, pomagali znalezc lokum, zapisac dzieciatka do szkoly, wskazali gdzie lekcje jezykowe
      kanadyjski na dzien 1 byl i nadal jest wielce inny od brytyjskiego ang, nieosluchani nie rozumieja i juz, w obie strony

      wieksza nerwowka byla przy skladaniu ppierow na staly pobyt, zaszczycono nas na rozmowe w najblizszym konsulacie, czyli NY, prawie nas odrzucono, ze niby za malo kasy mamy..
      no ale pani nam przybila odpowiednie pieczatki, a potem juz z gorki, odczekac odpowiednio dlugo by aplikowac o obywatelstwo, prosty test, dzieci, jako maluchy wciaz dostaly kan paszport z marszu
      • chris-joe Re: Jakie mieliscie plany 19.10.18, 23:14
        Bo o ile my to emigranci, to wy juz- expaci :)
        • iwannabesedated Who is who? 20.10.18, 00:29
          Już mi się pokićkało wewnętrznie wszystko ze wszystkim i ze wszystkimi. Kto ekspaty, kto emigranty, kto jechał czym i dokąd. Wyłania się wrażenie ludzi gnanych jakimś imperatywem, chociaż jednostki normalne i kulturalne okazuje się - są wśród nas - i poleciały normalnie sobie samolotem rejsowym. Czyli być normalnym się zdarza i jest to osiągalne oraz możliwe choć rzadkie jak biały kruk na pustyni Gobi.
          • kan_z_oz Re: Who is who? 20.10.18, 03:07
            Jestem emigracja ekonomiczna. Wize pobytu stalego uzyskalismy poprzez zalatwienie formalnosci w Polsce. Ambasada Australii wydala nam ja pod koniec 1991 roku. Obowiazywala na rok i musielismy poleciec razem.

            Sprzedalismy wiec mieszkanie siostrzencowi znajomej ze szkoly. Siostrzeniec prowadzil jakies biznesy i szukal inwestycji. Podjechal dobrym samochodem i zawiol nas do urzedu w celu zalatwienia formalnosci prawnych. Urzad mial juz wszystko przygotowane (o dziwo). Musilelismy tylko podpisac i przyjac zaplate.

            Podwiozl nas z powrotem do domu, gdzie ugoscilismy go herbata i kanapkami. Spytalam czy nie potrzebuje jescze czego z tego mieszkania bo musimy i ablo sprzedac albo zostawic. Wziall wersalke, ktora stala w naszej duzej kuchni. W zamian siostrzeniec sie spytal czy nie moglibysmy mu tych pieniedzy jeszcze na 10 dni pozyczyc, bo moglby je jeszcze obrocic i zarobic.
            Oczywiscie sie zgodzilam natychmiast. Po dwoch dnia nagle mnie spielo. Pobieglam do tej znajomej oczywiscie podziekowac za siostrzenca ale tez sie dowiedziec w jakim biznesie...skamienialam...siostrzeniec sprowadzal samochody z Niemiec Zachodnich.

            Kuzwa, stary, chyba nastepny lewy biznes zlodziejski...a co jak go zlapia??
            Poprosilismy o zwrot natychmiastowy. Powiedzial, ze obecnie nie ma ale beda za trzy czy cztery dni po sprzedazy. Te dni plynely cale wieki ale dokladnie po trzech czy czterech dniach dniach zjawil sie z koperta i zawartoscia za mieszkanie oraz wersalke.

            Bilet lotniczy musielismy kupic sami. W jedna strone wiec taniej. dostalismy na ta wize pozwolenie na bagaz dodatkowy. W sumie 120kg. Tyle tez zabralismy.

            Do tej pory bylo wiec normalnie i kulturalnie. Po wyladowaniu juz nie.
            Rano w piatek godzina 7 wyszlismy z bagazem na lotnisko sydnejskie, pchajac dwa pelne wozki, plus maly w wieku 3,9 roku.
            Przed wyjsciem sydnejskim z lotow miedzynarodowych zawsze klebia sie tlumy. Rodziny, znajomi, szoferzy, przyjaciele. kazdy czeka na kogos, kazdy jest witany czy odbierany i w tym wszystkim my - nikt nie czekal...haha

            Nie zapomne tego momentu. Ruszylo mnie straszliwie. Pierwszy moment, ze nie dosc, ze jestesmy sami to co dalej? Gdzie sie udac w miescie, ktorego nie znamy. Nie mamy nawet pojecia bladego jak daleko jest to lotnisko od czegokkolwiek.
            Pewnie gdybym byla sama to usiadlabym na podlodze i pozwolila sobie na dlugie szlochanie.
            Maly zaczal marudzic. Chcialo mu sie pic i byl glodny. Pan maz mial obled w oku nie mniejszy od mojego.

            Trzeba bylo wymienic walute i kupic cos dla marudzacego dziecka. Zostalam wiec z bagazem, wyciagajac pare zabawek, ktore mlody mial w swoim plecaku. Pan maz odplynal. Wrocil z kolorowymi papierkami czyli australijska waluta. Bardzo smieszna od lat.

            Mielismy jeden numer telefonu od naszej znajomej polonistki ze szkoly. Byl to numer gdzies w Sydney do jej siostrzenicy - jakby co. Musimy zadzwonic aby chociaz gdzies zostawic bagaz i zrobic cos. Stanelismy przed budka telefoniczna i nie potrafilismy wykonac telefonu. Moneta byla wrzucana i wypadala. Raz po razie. Musimy kogos spytac.
            Zaczepiony ciemnoskory chlopak sie zaczal smiac. Do rozpuku ale serdecznie. Aaa wrzucacie za malo. Musi byc 50 centow nie 20. Byla ostatnio podwyzszka oplat.

            Po drugiej stronie ktos byl. Glos mlodego mezczyzny starajacego sie z trudnoscia zrozumiec kto do niego dzwoni. Mial delikatny akcent, chociaz mowil bardzo dobrze po polsku. W koncu podal E do telefonu. E dala nam adres niewiele dodajac i nakazala zlapac taksowke...

            Bylismy w Australii. W taksowce o godzinie 8mej jadac gdzies, do kogos z polowa bagazu w bagazniku i druga na tylnym siedzeniu. Maly ucinal drzemke oparty o ten bagaz ze mnie przylepiona do okna.
            • ewa553 Re: Who is who? 20.10.18, 08:03
              Krzysiek, nie badz namolny. Moj wyjazd byl tak nudny w opisie ze hej! Wyjechalam ze wzgledow bardzo osobistych. Bylam przygotowana: najpierw byla ciotka z Braunschweigu w odwiedziny i zabrala czesc waznych rzeczy, potem bylam z psipösiolka w Budapeszcie, gdzie ja odebral narzeczony z RFN i on zabral wszelkie moje swiadectwa i inne dokumenty. Mialam promese wizy, wiec dostalam ja bez problemow. Ciekawe ze po tych 43 latach nie pamietam kto i jak ja zalatwial w Warszawie. Pojechalam pociagiem z Warszawy do Braunschweig gdzie mnie po polnocy odebrala ciotka. Nastepnego dnia zawiozla mnie do Friedlandu (wspomnianego juz przez Xurka), ktory opuscilam po paru dniach. Plany dla mnie miala kochana ciotka przerozne, ale zupelnie nie w moim guscie. Wiec powiedzialam we Friedlandzie ze nie chce jechac do Braunschweig tylko do Mannheim, gdzie mieszkala juz wspomniana psipsiolka. No i tu mieszkam tyle lat. A nie mowilam ze nudne??
          • minniemouse Re: Who is who? 20.10.18, 23:48
            ja emigrant, nadal w K
            • kan_z_oz Deweloperka 21.10.18, 14:14
              Wiem jak dziala, operuje i istnieje tutaj.

              Jest to rodzial po tym jak moja matka wyjechala i my zaczelismy sie zastanawiac jak tego dlugu na ten w sumie gownianio zbudowany dom sie pozbyc.
              Jest to rodzial o tym jak zrezygnowalam ze stalego zatrudnienia w szkole na rzecz zwiazania sie z praca u faceta, ktory budowal domy.

              Obejrzalam wiec caly sytstem bankowy od srodka oraz jak funkcjonuje. Caly i bez wyjatku. Wszystkie banki chyba ponad 20. Wymagania, limity i cala sfere czarna wokol takowych.

              Jest to oczywiscie bardzo dziwny swiat w ktorym o dziwo dzieki mojemu brokerowi finansowemu wyladowalam dosyc wygodnie. Wally, urodzony w Sydney. Na jego nieszczescie w rodzinie libanskiej.
              Po 9/11 zaczely sie klopoty. Facet zaczynal sie bac aby zyc. Zaczal byc zatrzymywany w ramach jetskiing na rzece z kolegami. Byl wsadzany do pierdla za grupowe polowanie na dzikie swinie na podstawie konsumowania humsus.

              Moje finanse zaczynaly cierpiec. Uderzyly apogeum w 2007. Cztery podwyzszyki banku cenralnego polaczone z czteroma osobnymi bankowymi. Odsetki poszybowalyw gore 100%.
              Z jedynego biznesowego 40tys na rok do 80tys na rok.

              Nie mam nawet checi opisywac tutaj poziomu stresu. Skladanie co dwu-miesiecznyh poprawek do skarbowki aby pokryc koszty i szarapanie sie z powolnym procesowanim tych poprawek. Oddzielny rodzial.
              Mam wiec jako nawyk zawodowy obeserwowanie tutejszego rynku. Jestem w punkcie najwyzszej niepewnosci i alertu co takowy robi.

              Osobiscie mi wisi, bo nic nie zalegam. Ale w sumie nie o to chodzi. Ludzie zalegaja i krawie bo widze gdzie to pojdzie.

              Nie narzekam na biede. Moge ubezpieczyc moja chalupe bez problemu na milion bez ziemi pod takowa. Czy to jest milion czy polowa - dont care.
              Co sie dzieje wokol na planecie mnie natomiast martwi. Czy jest tutaj jeszcze ktos w tym temacie?
              • minniemouse Re: Deweloperka 24.10.18, 11:14
                Po wysiadce we Frankfurcie reszta dnia to dzisiaj blurr.
                Pamiętam tylko jak przez mgle, ze spędziliśmy go na lataniu od miejsca do miejsca w poszukiwaniu dla mnie noclegu. Frankfurt miał jeden tani katolicki hotel dla międzynarodowych studentów, do którego w owym czasie przyjmowali również politycznych uchodźców. postanowiliśmy zatem spróbować tam szczęścia.
                Kuzyn, który już tam mieszkał i trochę tez "szprachał" po niemiecku, poszedł do recepcji załatwiać formalności. niestety, okazało się ze w części dla kobiet nie ma już wolnych miejsc wiec się tam nie załapię. mówili żeby w przyszłym tygodniu znowu próbować.
                Kuzyn uradził wiec, ze w takim układzie mój bagaż zostanie u niego, ja się tez u niego przebiorę, wezmę co trzeba i najpierw pójdziemy założyć dla mnie konto w banku coby mi nie zginęła moja cenna gotówka. W ogóle nie rozumiałam co on mówi.
                Bank, konto, moje pieniądze, wpłacić, ja - w jednej sentencji? hihihihihi, jak to śmisznie brzmi. "Serio, Misia!, musimy ci otworzyć konto żebyś z ta cala gotówką wszędzie nie chodziła. przecież to cały twój dobytek, co zrobisz jak ci ukradną?" - oprzytomniałam.
                on rzeczywscie to całkiem poważnie mówi. "Kuz', no ale jak to? ja przecież nie mogę tu otworzyć konta, ja nie jestem stad!" "możesz, możesz, każdy moze" "ale zobaczysz ze nie, będą kłopoty, bo ja nie mam obywatelstwa!" "Misiu, mowie ci ze nie potrzebujesz, " tłumaczył cierpliwie Kuzyn -"przecież ja sobie otworzyłem".
                Ciągle nie chciało mi się w to wierzyć.. skąd ja im wezmę zameldowanie, na przykład?, a zaświadczenie ze pracuje? nie mam nawet prawa do pracy, o czym tu mówić!
                Nie zdawałam sobie sprawy ze ciągle myślę kategoriami komunistycznymi. (długo i mocno jeszcze to będzie we mnie zakorzenione, ta potrzeba zbierania, przygotowywania, wyciągania i pchania pod oczy bez potrzeby różnych, nawet najdrobniejszych zaświadczeń, dowodów, rachunków, faktur, po prostu przeróżnych Ważnych Świstków i Papierków byle był jakiś podpis, data, pieczątka. 3/4 z tego w ogóle niepotrzebne. na koniec, już w Kanadzie, pewne bardzo ważne dokumenty, jak np mój 'bezcenny' akt urodzenia, najzwyczajniej w świecie zgubiłam :/)
                W końcu dałam się przekonać i wyszliśmy szukać Sparkasse.
                Byla to zarazem moja pierwsza wycieczka do Frankfurckiego Innenstadt.
                A także moja pierwsza przejażdżka frankfurckim U-bahnem i S-bahnem. i moje pierwsze zetkniecie się z zachodnim luksusem zachodniej komunikacji miejskiej.
                RFN-owski Ubahn, począwszy od prosto i sprawnie zorganizowanych czystych stacji kolejki miejskiej, łatwych do odczytania map, oraz prościutkich w obsłudze - a co ciekawsze- zawsze czynnych - automatów biletowych, był dla mnie jednym z epitomes zachodu.
                - to dla ludzi? zwykłych ludzi? nie moglam się nadziwić jak to możliwe iż automaty nie tylko się nigdy nie zacinały i zawsze wydawały bilety, ale jeszcze - i to dla mnie było nie do pojęcia jak - wydawały resztę!
                Jakim cudem ta kolejka naprawdę zawsze przyjeżdżała zgodnie z harmonogramem na czas, i co sprawiało ze wagony w środku były czasem wyłożone miękka welurowa tkanina (jak oni to robią ze ona jest taka czysta??), i dlaczego tu nikt nigdy nikogo nie szturcha torbami w głowę by mu ustąpić miejsca, ani nie złorzeczy za zignorowanie starszego??...
                (w głowie przelatywały mi migawki z PRL skrzypiących przegubowców z twardymi siedzeniami, prymitywnymi kasownikami, awarie, wypadanie linii z obiegu i długie czekanie na następny...)
                We Frankfurcie niektóre stacje wychodziły na mini centra handlowe, na niektórych międzynarodowi artyści-nomadzi dodawali egzotyki i rozrywki szukając szczęścia, przygód i gotówki dając koncerty bądź wystawiając mini teatrzyki. Np w podziemiu Hauptwache (bo jeszcze był długi deptak na zewnątrz ) mozna było niekiedy spotkać przeróżnych grajków i śpiewaków. Przyglądałam im się zachwycona i szczęśliwa i z niesamowitym uczuciem ze to ja, własnie ja patrze na to z bliska, ze tu jestem, o tu, na wyciągnięcie reki.. wokół zebrał się tłum, obok ludzie przechodzą tu i tam, jedni sie spiesza, jedni przystają posłuchać. ja przysuwam się bliżej, bliżej, coraz bliżej, wyciągam rękę jak w półśnie, ukradkiem muskam kurtkę grajka, szybko cofam rękę zanim zauważy. cala drżę. to nie sen... uśmiecham się, ale i chce mi się płakać. nie wiem czemu, nie rozumiem co się ze mną dzieje, czemu rozkleja mnie zwykły brudny obszarpany country player na stacji U-bahna, przecież jestem dokładnie tam gdzie marzyłam żeby być, ludzie!
                Mając wrażenie ze wyszłam z siebie i sama siebie obserwuje, wyciągałam pół marki albo markę z mojego wielkiego skórzanego portfela i wrzucam to do futerału na posadzce. to ja mówiłam Bitte, to do mnie było Danke, to na mnie patrzyły uśmiechnięte oczy wdzięcznego gitarzysty, to ja się uśmiechałam odchodząc, to moja ręka machała Auf Wiedersehen...
                Nigdy w życiu nie widziałam na Dworcu Głównym wędrownych artystów. ani w Rynku, ani na Placu Solnym. Jakiekolwiek kolorowe zachodnie ptaki, które kiedykolwiek pojawiły się na moich oczach w PRL-u, bardzo szybko zostawały stłamszone i przepędzone przez niebieskie mundury. cały ich występ to był zazwyczaj trick magiczny pt "paszport proszę" - i oni, nieświadomi zagrożenia, ci długowłosi w dżinsowych dzwonach, kwiaciastej koszuli i zamszowej kamizelce, złowieszczo otoczeni dwoma lub trzema mundurowymi, przepasanymi czarna kabura pistoletu. Wolność vs Reżim. Wolność vs Opresja. Wolność vs Dyktatura. Wolnosc vs Powolne Umieranie Z Braku Mentalnego Powietrza... Wolność, którą w tym kraju mozna stracić szybko jak palcem pstryknąć, bez podania powodu, bez słowa, bez nadziei. a w tym ci się ona należy, w tym nie wolno ci jej odebrać, w tym możesz robić co chcesz, nawet być beztroskim kolorowym ptakiem i śpiewać na stacji metra. Na Dworcu Głównym w PRL nie słyszałam nigdy aby ktoś przy akompaniamencie gitary śpiewał o 'kisses' w łanach kukurydzy i piciu whisky z tęsknoty za 'girlfriend'. na Dworcu chwiały się i kłóciły podpite prostytutki, zaczepiali pijacy, śmierdziało uryna, trzeba było dobrze pilnować torebki żeby przypadkiem pieniędzy nie ukradli.
                We Frankfurcie na jednej z dużych stacji mozna było kupić świeżutkie naleśniki wprost z wózka prowadzonego przez sympatycznego, ciemnawego Egipcjanina. ogromne, smażone na poczekaniu na specjalnej płaskiej wielkiej patelni, cieniutkie, złociste i mięciutkie. Mial do wyboru różne nadzienia, słodkie i niesłodkie. ja nieodmiennie zamawiałam ze słodkim serem. lecz jeśli byłam bardzo głodna a do centrum wybierałam się bez śniadania, to wysiadałam na innej stacji bo tam był świetny bar szybkiej obsługi z sama ryba. "Was wollen Sie?" spytała mnie uprzejma, ładna, młoda Niemka, a ja zamówiłam prosta i wspaniała białą rybę, smażoną całkiem jak w Polsce w bułce tartej, do tego wybrałam wyjątkowo udana Kartoffelnsalat z koperkiem, nie za kwaśna i bez cebuli. Niebo w gębie!! Czasami zajeżdżałam tam nie mając wcale a wcale po drodze, tak mi ta ryba z koperkowym Kartoffel Salat smakowała :)
                Bardzo szybko zorientowałam się ze Niemcy kochają kiedy chwali się ich a/ jedzenie - gut essen, sehr gut essen! ! b/dobrze posprzątane - gute putzen, sehr sehr gut putzen, sehr gut sauber, c/ dobra robotę - sehr sehr gute arbeit!
                czasami mówiłam "wunderbar essen, putzen, arbeit" - i tym sposobem zjednywałam do siebie inaczej krzywo nastawionych na auslanders Deutsche Leute.
                Ale przydługie dygresje robię..
                no wiec Kuzyn zadecydował iż konto dla mnie zakładamy w Commerzbank albo w Reisebank. (po tylu latach nie pamiętam dokładnie w którym, ale któryś z z nich. chyba.)

                cdn
    • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 24.10.18, 12:55
      Budynek znajdował się gdzieś niedaleko stacji Ubahn przy Hauptwache, kolo nowoczesnych, wysokich, budzących respekt i podziw lustrzanych wieżowców, dla mnie żywcem wyjętych z jakiejś Pogody dla Bogaczy, Dynastii albo Wszystkich Ludzi Prezydenta.
      Gdy tak wyszłam z podziemia kolejki i nagle ujrzałam te wysokie błyszczące, luksusowe drapacze chmur, drogie Mercedesy, Volva, Bmw, Audi, Ople, Porsche, a nawet amerykańskie fury (kolo Frankfurtu jak się później dowiedziałam, była amerykańska baza wojskowa) pędzące ulicami, Zachodnich Niemców kolorowo poubieranych i spacerujących z luzikiem - gwałtownie przeniknęło mnie do szpiku kości ze to co przed sobą widzę to jest przecież FRANKFURT am MAIN, a ja stoję w samym jego centrum...i to stało się tak realne ze aż nierealne.
      Po raz drugi tego dnia wyrwał sie ze mnie gwałtowny szloch, po raz drugi rozmazał mi się tusz za 10zl od prywaciarza Arcancil, cieknąc czarnymi strugami po policzkach. Kuzyn już wiedział o moich przedwyjazdowych przeżyciach i perypetiach z pociągu, wiec pomógł mi się uspokoić. Zaprowadził mnie do pobliskiej knajpy (jakich tam było mnóstwo) napić się kawy i drinka żebym doszła do siebie, nie zapominając przy tym skrupulatnie policzyć ile ubyło nam gotówki. "musimy być bardzo oszczędni, Misia. nie możemy szaleć, bo nie wiadomo na jak długo nam ta kasa musi starczyć". zaczęłam znowu płakać. boże co ja zrobiłam, po co wyjechałam. jak ja sobie poradzę. "ach nie nie, aż tak źle nie będzie, tu są różne social-amty" pospiesznie zaczął mnie pocieszać. " z głodu nie umrzesz. dostaniesz zapomogę. ale lepiej znaleźć prace. na czarno". (rzeczywiście dwa tygodnie później trafiła mi się praca w Gaststate i Meztgerei).
      Gdy już się uspokoiłam i doprowadziłam twarz do porządku, wypiłam kawę z koniakiem, wreszcie poszliśmy do tego banku.
      Bank zrobił na mnie duze wrażenie. nie miałam pojęcia czego się spodziewać, nigdy wcześniej w banku nie byłam. nie miałam skali porównawczej. patrzyłam wiec na to świeżymi oczami. wysokie sufity, marmurowe ozdobne slupy, od ulicy szklane lustrzane ściany przez które nie widać co w środku, przestrzenne przegrody dla klientów. większość ludzi była w tym czasie w pracy wiec kolejki nie było. podeszliśmy do okienka. Kuzyn począł wyjaśniać urzędnikowi - mężczyźnie w średnim wieku, w garniturze, ze chce założyć konto oszczędnościowe z możliwością wypłat. Urzędnik zaczął mu coś tłumaczyć. trwało to już blisko 5 minut. byłam już pewna ze nic z tego, kiedy kuzyn zapytał ile mam pieniędzy. podałam sumę. teraz gadali na przemian kolejne 5 minut. zaczęłam ciągnąć go za rękaw hej, daj spokój, chodźmy, widzisz ze nie chce. kuzyn przytrzymał mnie - daj dokumenty. serio? moje zdumienie nie miało granic. czym prędzej powyciągałam paszport, akt urodzenia, książeczkę walutowa, jakaś chyba stara książeczkę zdrowia, książeczkę pko, lewe zaświadczenie z miejsca pracy ze u kogoś pracowałam, legitymacje ubezpieczeniowa, jakieś lekarskie zaświadczenia o chorobach i akt chrztu z kościoła. Kuzyn wysupłał z tego tylko paszport i podał urzędnikowi. na wszelki wypadek z bijącym sercem stałam z reszta pliku w garści, gotowa służalczo rzucić to wszystko urzędnikowi na skinienie palcem. (później tego typu i różne inne podobne zachowania np podświadomy silny respekt przed policja, niechęć do oddawania/wymiany towaru, postawa roszczeniowa 'czy się stoi czy się leży' itp nazwaliśmy atawizmem komunistycznym)
      W końcu formalności zostały zakończone i dostałam do reki moja pierwsza w życiu książeczkę bankowa. To był dla mnie kolejny "pierwszy krok" wstępowania w zachodnia cywilizacje.
      Założenie książeczki bankowej w RFN było dla mnie pierwszym oficjalnym, udokumentowanym przyjęciem mnie w szeregi państwa kapitalistycznego, potwierdzeniem, ze jestem tak samo dobrym obywatelem jak każdy inny stąpający po germańskiej ziemi emigrant.
      Będąc dopiero jeden dzień jeszcze nie dojrzałam do zrównania siebie z rodowitymi Zachodnimi Niemcami, na razie wciąż czułam się inna, niższą rasa, alienem.
      Poczucie własnej wartości, kim naprawdę jestem, a zwłaszcza w proporcji do innych narodowości - to przyszło później, duuuuzo później. lata później.

      Min
      • jutka1 Re: Jakie mieliscie plany 24.10.18, 13:45
        Minnie, przeczytałam Twoje wpisy z prawdziwą przyjemnością. Przybliżyłaś mi Twoją osobę, bardzo dziękuję.
        I nie wiedziałam (a może doktor Alojs mi ukradł), że jesteś krajanka. :-) Zresztą doktor Alojs też krajanin. :-)
        • ewa553 Re: Jakie mieliscie plany 24.10.18, 16:15
          I ja juz tu wspomnialam, ze wspomnienia minni zupelnie mi nie pasuja do jej dotychczasowej produkcji. Ciekawe jest poznac ta inna minni:) Jutka, ja myslalam ze Plac Solny jest w Gdansku?
          Ciekawa jestem dalszego ciagu minnie, ciekawi mnie jak i kiedy wyladowalas w Kanadzie.
          • ewa553 Jutka+Alois 24.10.18, 16:18

            zajrzalam do wiki Jutencjo, tak jak mi zawsze radzisz:) Alois uroidzil sie w Bawarii, umarl we Wroclawiu i pochowany jest we Frankfurcie/M.
            • jutka1 Re: Jutka+Alois 24.10.18, 16:31
              ewa553 napisała:

              > zajrzalam do wiki Jutencjo, tak jak mi zawsze radzisz:) Alois uroidzil sie w Bawarii, umarl we Wroclawiu i pochowany jest we Frankfurcie/M.
              **********
              O kurczę. To ja pół życia myślałam, że on krajanin... Jestem niepocieszona. :-(
              • ewa553 Re: Jutka+Alois 24.10.18, 16:34
                Nie martw sie, Biedactwo. Za to z cala pewnoscia Hirschfeld i Zamenhoff sa Twoimi krajanami:)
                • jutka1 Re: Jutka+Alois 24.10.18, 17:15
                  ewa553 napisała:

                  > Nie martw sie, Biedactwo. Za to z cala pewnoscia Hirschfeld i Zamenhoff sa Twoimi krajanami:)
                  ***********
                  No, czuję się trochę pocieszona... :-)
    • maria421 Re: Jakie mieliscie plany 24.10.18, 14:53
      Fajnie sie czyta Minnie pierwsze spotkanie z Zachodem :-)

      "Pierwsze spotkanie z Zachodem" to moglby byc temat na nowy watek, ale ja opisze swoje tutaj.

      Bylo to w roku 1975, moj pierwszy lot samolotem. Wsiadlam w Warszawie, wyladowalam na Le Bourget w Paryzu. W glowie mi sie zakrecilo od tej orgii swiatla i kolorow na zwyklym, mniejszym paryskim lotnisku. Przerozni ludzie, z roznych stron swiata, wszyscy jacys tacy na luzie. Tego samego dnia po poludniu ciotka zabrala mnie na zakupy do Auchan gdzie dostawalam oczoplasu nie wiedzac na co najpierw patrzec. Wszystko przyjemnie pachnialo, nie jak u nas w PRLowskich sklepach, gdzie do stoiska rybnego mozna bylo po zapachu trafic.
      Ludzie wydawali sie strasznie bogaci, no bo u nas tylko bogacz moglby zaladowac caly wielki wozek zakupow i za nie zaplacic :-)

      Moje pierwsza podroz do Niemiec miala miejsce w sierpniu 1980 roku, krotko przed strajkami. Pojechalam pociagiem do Berlina Zachodniego, oczywiscie przez Berlin Wschodni, przezd dworzec Friedrichstrasse, najdziwniejszy dworzec jaki pamietam- zamiast normalnego tlumu podroznych byla masa uzbrojonych po zeby zolnierzy. Byli to niby ci "dobrzy" z Ukladu Warszawskiego, ale strasznie mi sie kojarzyli z Wehrmachtem.

      Berlin Zachodni byl natomiast miastem-wyspa bogactwa i czystosci.

      Przez lata moja perspektywa sie zmienila, ale i Niemcy sie zmienily. Gdybys, Minnie, teraz pojechala na dworzec we Fraknfurcie, to bys chyby byla zawiedziona. Okolica wokol dworca , czyli Bahnhofviertel, to dzielnica narkomanow i prostytucji oraz przeroznych innych szemranych geszeftow. Bogactwo zaczyna sie troche dalej i rosnie, szczegolnie wzwyz, co mnie cieszy, bo Frankfurt to jedyne miasto wiezowcow w Niemczech i ma coraz piekniejszy sky line.

      • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 24.10.18, 22:37
        Dziękuje wam bardzo za cieple słowa. jak naprawdę was interesuje to będę dalej się po trochu produkować. niektóre rzeczy z trudem sobie przypominam, np to gdzie w końcu zamieszkałam przed wyjazdem na wieś do roboty. muszę pokonferować z kuzynem. moze on pamięta szczegóły.
        Ewo, Plac Solny jest we Wrocławiu zaraz kolo Rynku.
        • ewa553 Re: Jakie mieliscie plany 25.10.18, 16:36
          Ach minni, osiol jestem! Bylam przeciez koncem sierpnia we Wroclawiu i dopiero teraz sobie przypomnialam ten maly plac, ktory faktycznie przechodzi bezposrednio z Rynku. Mase kwiatow tam jest, znaczy sie panie sprzedajace kwiaty.
          • ewa553 Re: Jakie mieliscie plany 25.10.18, 16:41
            bede musiala chyba Twoje wspomnienia kanie wydrukowac i ustawic chronologicznie, bo sie pogubilam. Czy to mieszkanie (w jakim miescie) gdzie spaliscie z Malym na podlodze to bylo przed czy po odwiedzinach Twojej Mamy? A moze Ty skaczesz w czasie "mjenszajonc" mi w glowie??
      • minniemouse Re: Jakie mieliscie plany 25.10.18, 06:34
        maria421 napisała:
        > Przez lata moja perspektywa sie zmienila, ale i Niemcy sie zmienily. Gdybys, Minnie, teraz pojechala na dworzec we Fraknfurcie, to bys chyby byla zawiedziona.
        > Okolica wokol dworca , czyli Bahnhofviertel, to dzielnica narkomanow i prostytucji oraz przeroznych innych szemranych geszeftow. Bogactwo zaczyna sie troche dalej i rosnie, szczegolnie wzwyz, co mnie cieszy, bo Frankfurt to jedyne miast o wiezowcow w Niemczech i ma coraz piekniejszy sky line.


        Sic transit gloria Bahnhof:)
        dla mnie frankfurcki Dworzec był i będzie Sezamem co otworzył mi Wrota Wolności, Rajskim Ognistym Barwnym Ptakiem, Rogiem Obfitości, Edenem, Nadzieja, Nowa Przyszłością, Natchnieniem i w ogóle Reinkarnacja na Zachodzie.

        Minnie
        • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 25.10.18, 09:49
          Tez bardzo chcialbym dowiedziec sie Jutki wspomnien wszystkich a juz w szczegolnosci tych z Kanady, gdzie bylo zjadanie potrw z ludzmi dalekiej polnocy.
          Mario, fajnie, ze sie podzielilas. Niemcy wygladaly inaczej w latach 80-tych niz w pozniejszych. Jaka roznica? Kiedy zaczelo sie zmianiac i co spowodowalo. Pytam, bo mam podobne odczucia odnosnie mojego kraju.
          • kan_z_oz Kan cd 3 25.10.18, 10:36
            Z taksowki w koncu wysiedlismy. Zaplacilismy 35AUD za podroz i bylo to niesamowiecie duzo.
            E z mezem mieszkali w bloku. Weszlismy wiec do mieszkania ludzi, ktorzy sie nas nie spodziewali, nas nie znali a jednak zdecydowali wpuscic.
            E miala gosci z Polski. Rodzine. Od progu zapowiedzieli, ze nie ma mowy na nocleg. Bylo to ok, o 9-tej rano kto mysli o nocy.
            Maly padl. Niemniej byl tak glodny, ze rzucil sie do miski zupy pomidorowej w dzikim ferworze. Rozbroil oczywiscie rodzicow E, po czym zasnal.
            E i maz zabrali nas do znajomego agenta aby wynajal nam mieszkanie, po czym do banku. Konto bylo potrzebne do wynajecia.

            Popoludniu bylismy w swoim wynajetnym mieszkaniu z zestawem naczyn, ktorych E nie chciala jako przypadkowy prezent slubny. Do tej pory mam pare miesek i malych talerzykow z tego zestawu, ktory absolutnie uwielbialam.

            Lezelismy wiec na podlodze w pustym mieszkaniu delektujac sie wolnoscia. Zblizal sie weekend. Nic nie funkcjonowalo, wszystkie urzedy byly zamkniete, na zewnatrz zapowiadal sie wsciekily lutowy upal.

            Nie mielismy lozek, lodowki, garnkow. Mielismy duza skore barania oraz pare kocow, poscieli w ramach tego 120 kg bagazu. W sklepie naroznym zrobilsmy zakupy i od tego momentu bylismy wolni i niezalezni.
          • maria421 Re: Jakie mieliscie plany 25.10.18, 10:40
            Kanie, wszystkim nam sie chyba zmienila perspektywa. Wyjechalismy z PRLu gdzie byla powszechna bieda , puste polki i zywnosc na kartki na Zachod, gdzie byl powszechny dobrobyt.
            Szybko do tego sie przyzwyczailismy i zaczelismy dostrzegac mankamenty.

            Niemcy z lat 80-tych pamietam jako kraj bezpieczny, przyjazny i mlekiem i miodem plynacy. Wspaniale swiadczenia zdrowotne- czy ktos potrzebowal czy nie, mogl raz na kwartal wziac 6 masazy na recepte, za darmo. Kasy chorych pokrywaly 100% kosztow klamer na zeby dla dzieci, przerozne wakacje "matki z dzieckiem", sanatoria dla mezczyzn przechodzacych na emeryture, transport taksowka na operacje czy ze szpitala. Im wiecej ludzi sie do Niemiec zjezdzalo, tym bardziej kasy chorych ograniczaly swiadczenia.

            Niemcy lat 80-tych byly bardziej tradycyjne, co prawda Niemcy juz wtedy chodzili chetnie "do Wlocha" na pizze i na lody, ale chinskie restauracje, bary sushi czy wszelkie inne swiatowe pojawily sie troche pozniej. Najwieksza grupe imigrantow juz wtedy stanowili Turcy, ale nie rzucali sie tak w oczy jak teraz. Kobiet w chustach bylo zdecydowanie mniej i byly to na ogol starsze panie. Nie bylo meczetow, nie bylo zadnego specjalnego traktowania muzulmanow. Nie bylo "no go areas" gdzie nawet policja boi sie pokazac. To wszystko zaczelo sie jakies 15-20 lat pozniej.

            Kiedy zaczelo sie zmieniac na gorsze? Po rozpadzie Jugoslawii, kiedy Niemcy przyjeli najwiekszy kontyngent uchodzcow.
            Potem po roku 2001 kiedy ze strachu zeby nam tu nie urzadzili kolejnego 9/11, Niemcy rozpoczeli polityke apeasementu wobec coraz wiekszej liczby muzulmanow. Szczyt mial miejsce trzy lata temu, w 2015 roku, kiedy Merkel wpuscila nieograniczona liczbe uchodzcow czesto niewiadomego pochodzenia. Skutek jest taki, ze drastycznie zmalalo bezpieczenstwo, sluzba zdrowia sie pogarsza, brakuje mieszkan w rozsadnych cenach, pogarsza sie poziom w szkolach, szczegolnie w takich, gdzie niemieckie dzieci stanowia tylko 10-20%.
          • jutka1 Re: Jakie mieliscie plany 25.10.18, 14:52
            kan_z_oz napisała:

            > Tez bardzo chcialbym dowiedziec sie Jutki wspomnien wszystkich a juz w szczegol
            > nosci tych z Kanady, gdzie bylo zjadanie potrw z ludzmi dalekiej polnocy.
            *********
            Potrawami bym tego nie nazwała. Surowe/mrożone kawałki foki, ryb czy karibu, właściwie bez przypraw. To były te najdziwniejsze dla mnie, ale ich tradycyjne. Za surową wątrobę karibu, jak mi zaproponowano, podziękowałam. Inne jedzenie też było, przywożone z południa.

            A w ogóle to był dla mnie dość niemiły czas i nie lubię do tego wracać.
            • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 29.10.18, 05:57
              Poczatki w Australii byly dziwne. Kraj wychodzil z glebokiego kryzysu spowodowanego zalamienim sie ekonimii po koniec lat 80-tych. Sasiedzi w bloku byli pomocni. Trafilismy na pare z Libanu z dwojka bardzo dobrze wychwanych i grzecznych nastolatkow. Goerge pracowal na lotnisku, Sonya na poczcie. Byli szczesliwymi i nieszczesliwymi posiadaczami mieszkania tuz obok i podobnego do tego, ktory my wynajelismy.

              Kupili mieszkanie pod koniec boomu. Zaplacili w 1987 roku 190 tys AUD. W 1992 bylo warte polowe. Odsetki ich wykanczaly. Wciaz pozwolili nam skorzystac z ich pralki dwa razy po czym poprosili poprosili abysmy sobie cos zorganizowali aby im nie wysiadla.

              Nie widzialam kryzysu. Jakiego? Dla mnie bylo to przeniesienie sie z dwoch prac nauczycielskich, pelno-etatowej pracy, placenia rachunkow do ukladu, gdzie moglismy robic to samo czyli kursy, sie doksztalcac bez wiekszego stresu. Bylam wiec w raju w centrum kryzysu.

              Zerknelam niedawno na te mieszkania i okolice gdzie zaczynalismy. Mozna taki 'apartamencik' obecnie zakupic 30 lat pozniej 500 tys AUD.

              Sonya i Goerge wyladowali w mieszkaniu komunalnym. Odsetki ich zarznely. Nie bylo zadnej szansy aby to splacic.
              • kan_z_oz Re: Jakie mieliscie plany 29.10.18, 06:27
                Weekend sie konczyl. Mieszkanie bylo puste. Nie mielismy lozek, mebli, sprzetu. Wszystko co zostalo podlaczone wymagalo solidnych kaucji; elektrycznosc, gaz, telefon i oczywiscie zaplacone juz wczesniej 4 tygodnie kaucji za mieszkanie plus 2 tygodniowa zaliczka w przod. Zaczynalismy robic bokami w pierwszym tygodniu.
                Spedzilismy pierwszy tydzien na szalonym biegu miedzy roznymi urzedami. Pan maz z malym na plecach.
                Okazalo sie, ze wszystkie nasze papiery przetlumaczone przez tlumacza bieglego z Polski sa o kant sie rozbic.
                Musielismy zaczac od poczatku. Tlumaczenia wszystkich papierow, dokumentow.

                Po tym zaczac, ze wszystki te przetlumaczone papiery musza zostac zlozone w odpowiednich urzedach aby uznac nasze kwalifikacje, doswiadzczenie. Znalezlismy sie w kolku niekonczacej sie biurokracji. Opieka nad mlodym padla. Ryczal jak bobr kazdego ranka. Zostalismy zmuszeni aby usunac go z opieki wloskiej do australijskiej.

                Wysluchalam tez przy okazji o emigrantach wyzyskujacych caly system. Bylo to zgodne z tym co uslyszalam jakies dwa-trzy tygodnie po wyladowaniu w Sydney. Jestem parasite na systemie. Tlumaczenie, ze jestem tutaj tylko od dwoch tygodni nie dzialalo.

                Nie zapomne tych dni nigdy. Te dni mnie uksztaltowaly oraz moje podejscie do ludzi, swiata i calej planety.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka