wkrasnicki
22.03.05, 09:31
Dawno nikt nie opiewał Bieszczadów. Gdzie jest do cholery Murarz do którego ta robota była
przynależniona jak do rzyci bat?
Znów mną targnęła nostalgia i rzuciła o ścianę, bo nie ma to lato w Bieszczadzkich lasach przeżyć, a
czas-sadysta nie pozwala.
A przecież tylko tam można burzę prawdziwą przeżyć, szacunek do Natury czując i dziękując, że jej
największego psuja oszczędziła litością dla pariasa sparta. Piękny to obraz, gdy las się zdaje walić, a
bijące pioruny rozświetlają wszystko wokół i powodują, że nawet pnie starych drzew stają się
przeźroczyste.
A cóż lepszego niż dreptać godzinami po niby-szlakach do upadłego, szukając niczego. Z gąszczu
drzew, krzewów czym pora późniejsza, tym więcej przecher różnych wyziera, kroki wędrowcowi
myląc, plącząc ścieżki i stracha próbując napędzić.
Wiele tam nierozpoznanego, jak głosy, których do niczego przypisac nie sposób, a powodujących,
że trzeba w tym kierunku ciekawością powodowanym podążać aż do momentu gdy brnąc dalej nie
sposób - chichot diablika usłyszeć.
Czas tam płynie inaczej a noc spada jak jastrząb, choć dopiero co świtało. Przyschnięte kanapki
przezornie zabrane, a popite czymkolwiek, smakują jak najbardziej wykwintna potrawa.
Po przejściu zaś dystansu jakiegoś, wystarczy położyć się na chwilę, by sen dopadł jak chart rączy,
a po przebudzeniu trzeba jeszcze długo polegiwać, by nie psuć tej harmonii ptasio-owadziej i z
zapachu ziól oraz chabazi ochłonąć. Nazajutrz zapominając o zakwasach, znów w gąszcz i znów...
PS. Tam nawet komary łagodniej kąsają i bzykają (piszę o soundzie) czyściej. ;-)