xurek
06.08.07, 13:14
Ledwie wyladowalam i otrzepalam z siebie kurz podrozy a juz dorwala mnie moja
nieslychanie niecierpliwa rodzicielka trujac, iz musze natychmiast udac sie
do kolejki w celu zmiany dowodu osobistego, bo kolejki potwornie dlugie a
dowod nowy rzecz niezbedna, bo od stycznia starych nie beda juz honorowac i
nie bede mogla nigdzie nic zalatwic lacznie z dysponowaniem moim kontem
bankowym.
Trula tak, iz mimo planowanych 8 dni pobytu (czyli tzw. kupy czasu) juz dnia
trzeciego (te dwa pozostale to sobota i niedziela) udalam sie grzecznie do
Swiatyni Urzedu Miejskiego w Bytomiu w celu zalatwienia tej moim zdaniem
banalnie prostej sprawy, zaopatrzona w dowod i tone moim zdaniem zbednych i
zbednie z rozkazu rodzicielki na polski przetlumaczonych dokumentow takich
jak akt slubu, akt urodzenia dziecka a nawet akt rozwodu.
Dla swietego spokoju przed truciem wstalam skoro swit i juz o siodmej rano
stanelam przed Swiatynia Dowodow stwierdzajac zaszokowana, iz nie jestem
pierwsza, ani nawet druga, ani nawet piecdziesiata tylko stoje w oddaleniu
dobrych 200 metrow od dzwierzy do dowodowego raju.
Po czterech godzinach spedzonych na rozpaczliwym szukaniu fotografa w poblizu
i natychmiast (moje zdjecia byly bez wywalonego lewego ucha co zgodnie z
pouczeniami przykejonymi na scianach mojej krzyzowej drogi dyskwalifikuje
kandytata na dowod – ktora to wiadomosc zawdzieczam zreszta tylko i wylacznie
Allahowi (niech wieczne mu beda dzieki) i zwyczajowi jego wiernych zakladania
chust na bialoglowy, spod ktorych to owo ucho wystaje tak nahalnie i
groteskowo, ze nie sposob go nie zauwazyc nawet w najglebszym kolejkowym
stuporze), kupowaniu i braterskim konsumowaniu kanapek wdziecznosciowych za
przytrzymanie mojego miejsca w kolejce i dokladnym przeczytaniu Gali,
Przyjaciolki i „Poradnika dla pan“ (tytul mi ulecial) przeplatanym czestymi
wizytami w ubikacji z racji stresowej biegunki spowodowanej panicznym
pytaniem „czy zdaza mnie przyjac przed dwunasta“ (po poludniu tego dnia
okienko owo mialo w planie inne roboty niz przyjmowanie petentow) stanelam
przed Kaplanka Dowodow, rozkladajac szeroko moje dokumentowe dary.
Kaplanka przejrzala papiory, zmarszczyla nos i powiedziala „prosze pania,
pani tutaj ma nieumiejscowiony zagraniczny akt slubu, wiec ja pani wniosku
przyjac nie moge. Prosze akt umiejscowic w USC i przyjsc ponownie“.
NIE UMIEJSCOWIONY !!!!! Powialo masoneria, CIA i KGB w jednym. Padajac prawie
na kolana prosilam Dowodowe Bostwo, by sprawe jeszcze raz przemyslala, bo akt
co prawda zagraniczny, ale Unijny i na jezyk przodkow przetlumaczony i
przypieczetowany. Kaplanka niestety jednak sie zaciela i powtarzala jak
katarynka „prosze umiejscowic i znow przyjsc“. W tajemnice slowa
umiejscownienie rowniez nie chciala mnie wdrozyc, kazac dowiedziec sie u
zrodla w USC.
Pedzac jak rakieta o godzinie 11:45 stanelam u bram Swiatyni Umiejscawiania
(tym razem zero kolejki) i rozkladajac przed Kaplanka Slubow dokumentowe dary
poprosilam pokornie o laske Umiejscowienia. Kaplanka spojrzala na papiery,
potem na mnie, potem wyszla a potem wrocila mowiac „prosze pania, to moze
zalatwic tylko kierowniczka a ona dzisiaj udziela slubow, wiec nie moze.
Prosze przyjsc JUTRO!!!“
Z widmem nowej czterogodzinnej kolejki do Swiatyni Dowodow przed oczami
blagalam pokornie i placzliwie o natychmiastowa audiencje a pozniej juz tylko
o skromna informacje, czy aby mam naprawde wszystkie papiory, ktore
potrzebuje kierowniczna, ale i ta kaplanka sie zaciela powtarzajac jak
katarynka „prosze przyjsc jutro, kierowniczka wszystko pani wyjasni“.
Godzac sie z mym tragicznym losem i znoszac pokornie jazgot rodzicielki „ a
mowilam ci sto razy ze...“ dnia nastepnego o godzinie osmej stawilam sie
przed oltarzem Swiatyni Umiejscowienia. Najwyzsza Kaplanka osobiscie
przejrzala moje dary, otwarla wielka magiczna ksiege i powiedziala „prosze
pania, pani juz raz byla mezatka i nie uprawomocnila rozwodu, wiec ja nie
moge tego slubu uniewaznic i umiejscowic nowego, dopoki rozwod nie zostanie
uprawomocniony“. Przekonana, iz nie wyrazam sie wytarczajaco precyzyjnie a
tlumacz co te wszystkie papiory na jezyk przodkow tlumaczyl byl totalnym
idiota do dupy z usmiechem osobnika Omega plaszczacym sie przd osobnikiem
Alfa na twarzy wytlumaczylam Najwyzszej Kaplance, iz ow rozwod to juz jest
osiem lat stary, wiec te dwa miesiace potrzebne do jego uprawomocnienia juz
dawno minely i ze ten sam kraj, ktory mi go udzielil udzielil mi pozniej
slubu, uznajac go tym samym za niezbicie prawomocny a ze krajem tym nie byla
ani Wolta Gorna ani inne Timbuktu, tylko Bundesrepublik Deutschland, czlonek
tej samej Unii, to chyba mozna mu zaufac, ten stary i dawno przez wszystkich
zapomniany slub anulowac, nowy umiejscowic by w koncu pozwolic mi zajac sie
celem glownym, czyli zlozeniem podania o dowod.
Rozsierdzona Najwyzsza Kaplanka zapytala, czy ja uwazam ja za glupia albo
mysle, ze ona na prawodawstwie polskim sie nie zna? Ona wie, ze rozwod musi
byc W KRAJU uprawomocniony, a kto go wydal, to ja malo obchodzi, bo tu prosze
pania jest Polska a nie zagranica i jak chce miec ten dowod, to mam nie
zawracac gitary, tylko zbierac manatki do Sadu Wojewodzkiego w Katowicach,
ktory to ma ten rozwod uprawomocnic, coby ona mogla slub jeden anulowac a
drugi umiejscowic, cobym ja mogla zlozyc podanie na dowod osobisty. Grzmiac w
swietym oburzeniu Kaplanka wyjasnila mi rowniez, ze zadzwonic do tych Katowic
nie jest rzecza normalna ani mozliwa – jak petent cos chce, to jedzie i pyta
osobiscie!
Niczym dwa Szumachery pokonalismy odleglosc Bytom – Katowice zaopatrzeni od
rogatek miasta w miejscowego przewodnika w postaci mojego kumpla, co musial
wyjsc z pracy coby nam umozliwic przybycie na czas do Swiatyni
Uprawomocnienia.
Prawda jest, ze im wyzszy Olimp, tym bardziej stroma droga i bolesniejszy
upadek. Po przejscu co najmniej dziesieciu roznych pokoi stanelam wreszcie
przed obliczem Wojewodzkiego Boga Uprawomocnienia.
Tutaj w trakcie dyskusji rownie dlugiej co burzliwej (nie majac juz nic do
stracenia stracilam wszelka pokore i cierpliwosc a Bozyszcze wystraszone
wezwalo posilki w postaci dwoch wspierajacych urzedasow) dowiedzialam sie co
nastepuje:
1) ten rozwod to prosze pani jest sprawa niejasna, bo niby zostal wydany
i niby zostal mi pozniej udzielony slub, ale na rozwodzie tym nie ma
pieczatki, ze sie po uplywie dwoch miesiecy uprawomocnil. Ze Niemcy
automatycznie wydaja taki dowod dopiero po uplywie okresu uprawomocnienia,
wiec pieczeci takowej nie daja nie obchodzi tutaj nikogo i jezeli chce ten
dowod, to w moim dobrze pojetym interesie mam zmusic sad rodzinny w
Remscheid, coby taka pieczatke przypieczetowal a jezeli nie ma, to najpierw
wyprodukowal a potem przypieczetowal. Ze rozwod i slub „unijny“ tez
nieprawda, bo oba udzielone przed wejsciem Polski do Unii, wiec inna bajka i
inna Unia i wszystko nieprawda.
2) jak juz bede miec te pieczec, to potrzebny jest adres meza (tak z
uporem godnym lepszej sprawy nazywany byl przez urzedasow moj osmioletni i
nowozonaty Ex), coby mozna go powiadomic o moim zamiarze uprawomocnienia
rozwodu i otrzymac jego zgode na takowyz. Co jezeli sie nie zgodzi? Jasne jak
slonce: nie da sie uprawomocnic. Nie mam jego adresu? Nie utrzymuje
kontaktow? Mam natychmiast przestac sie nad soba rozczulac, bo tutaj prosze
pani to sa petenci, co np. po 25 latach swego „malzonka“ odszukac musza i im
sie udaje i sie nie mazgaja, wiec ja z tymi idiotycznymi osmioma to nikogo
tutaj nie wzrusze.
3) Jak juz zalatwie pieczec, adres, akt slubu (tego starego i
umiejscowiony oczywiscie) i uiszcze PLZ 300 to mam zlozyc podanie o
uprawomocnienie w sadzie.... w Warszawie!!!