przyjechała zabrać dzieci i miałyśmy okazję podać sobie ręce i wymienić
zdawkowe trzy zdania. standard

))
ładna, zadbana, wulkan energii (już wiem po kim ma temperament Mała). z
pozoru powinni idealnie do siebie pasować z M. ja stałam skrępowana i cicha i
w końcu wyszłam na jakąś cholerną doktor Zosię z serialu, albo uległą
Azjatkę - idealną dla tego trutnia, jej byłego M

))
przy okazji dowiedziałam się czegoś o sobie. M stwierdził, że teraz wreszcie
wiem dlaczego im nie wyszło - oboje są uparci i żadne nie ustąpi na krok. tu
poczułam się urażona - przecież ja też jestem stanowcza i asertywna! "ty
stosujesz bierny opór" - usłyszałam... poczułam się jak Gandhi tego związku.
kiedy on krzyczy i tupie, ja się obrażam, zamykam w sobie, w drastycznych
przypadkach przenoszę do drugiego pokoju i po jakimś czasie, kiedy on się
uspokaja, zaczynam rozmowę. jemu się pewnie wydaje, że postawił na swoim

tylko, że ja też mam czasami ochotę - jak młodszych latach - wrzasnąć, rozbić
kilka talerzy o ścianę. dlaczego to kobiety muszą dorastać?