Dodaj do ulubionych

pochwała macochy

15.03.05, 23:13
Witajcie, macochy, dawno tu nie zagladałam, ale tym razem mam wielka
potrzebe, zeby to napisac.
Moje dziecko ma wspaniałą macochę. Mądrą, ciepłą, taktowną. I zwyczajnie po
ludzku dobrą. Cieszę sie po prostu, ze tak jest, Serdecznie wszystkich
pozdrawiam. N.
Obserwuj wątek
    • lilith76 Re: pochwała macochy 16.03.05, 09:12
      dzięki, za ciepłe słowa.
      a nie dałby się założyć ten sam wątek i na "samodzielnej mamie"? wink
    • darcia73 Re: pochwała macochy 16.03.05, 11:08
      jestem ciekawa czy macocha dziecka nangaparbat3 była tzw "katalizatorkiem"
      rozpadu związku?
      • natasza39 Re: pochwała macochy 16.03.05, 11:30
        darcia73 napisała:

        > jestem ciekawa czy macocha dziecka nangaparbat3 była tzw "katalizatorkiem"
        > rozpadu związku?

        Hehe, to zalezy od zwiazku, a nie od "katalizatorka".
        Ja osobiscie uwielbiałabym "katalizatorek", jakby tylko chciał zajść
        w "reakcję" z moim starym i wziął go sobie z dobrodziejstwem inwentarza.
        Jednemu takiemu "katalizatorkowi", z którym czasem zachodził w "reakcje",
        proponowałam (nawet za wynagrodzeniem)odstapienie mojej "połóweczki", ale cos
        nie chciał....

        A tak na powaznie...
        To wszystko zależy od ludzi i w jaki sposób sie rozstaja i jak im się po
        rozstaniu układa.
        Jak po "rozstaniu" jestesmy szczęśliwi, bo jest nam lepiej samemu, albo
        jesteśmy szczęsliwi w nowych zwiazkach, to dlaczego nie mamy tolerować czy
        nawet lubić nowej partnerki exa, tym bardziej jak jest dobra dla naszych
        potomków?
      • balladynka Re: pochwała macochy 16.03.05, 11:30
        a co to ma do rzeczy?
      • m-m-m Re: pochwała macochy 16.03.05, 11:31
        Dlaczego szukasz dziury w całym?

        A tak swoją drogą co to znaczy "katalizator " rozpadu? że gdyby jej nie było,
        to związek nadal by trwał? Nic bardziej mylnego. To facet już nie jest
        zainteresowany i to od dawna, tyle że zwykle kobiety bagatelizują wszelkie
        sygnały i zresztą wygodniej jest powiedzieć, że przez tę tak, siaką i owaką
        takie wspaniałe małżeństwo/związek się rozpadło. Jest kozioł ofiarny, jest na
        kogo wylać wszystkie żale i kubeł innych pomyj, bo to oczyszcza porzuconą z
        odpowiedzilności za rozpad zwiąku jako takiego. Wtedy nie szuka ona problemów w
        swoich relacjach z mężem/partnerem, czy też w swoim lub mężowskim charakterze,
        tylko ma gotowe wytłumaczenie swoich niepowodzeń uczuciowych - jest ta zła
        baba, to jej wina. Tak najłatwiej.
        • natasza39 Re: pochwała macochy 16.03.05, 11:35
          No własnie m-m-m tego mi brakowało...
          Oj cos mi się wydaje, że znowu będzie "wojna poglądów" i nastapi odsądzenie od
          czci i wiary wszystkie te, które są "katalizatorami".

          Acha w sensie chemicznym to bez sensu, bo katalizator nie zachodzi w reakcję z
          żadnym ze składników.
          • m-m-m Re: pochwała macochy 16.03.05, 11:39
            znowu będzie "wojna poglądów" i nastapi odsądzenie od
            czci i wiary wszystkie te, które są "katalizatorami".

            Bo tak jest najłatwiej i najwygodniej.
          • mikawi Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:04
            hehe, w sensie chemicznym katalizator nie wchodzi w reakcję, ale ułatwia
            zajście tej reakcji, stwarza warunki bez których dana reakcja zachodzi znacznie
            wolniej lub nie zachodzi wcale. I stąd porównanie.
        • e_r_i_n Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:04
          Podpisuję się rękami i nogami. Mam identyczne odczucia.
        • kicia031 Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:18
          M-M-M musze sie znowu z toba nie zgodzic. Owszem, czesto jest tak, ze ruina
          zwiazku poprzedza zdrade. Ale tez czesto jest tak, ze "ta druga" jest po prostu
          zdecydowana "wyjac" faceta i nie licza sie dla niej zadne wzgledy. W
          malzenstwie bywaja lepsze i gorsze chwile, a jesli kochanka pojawi sie w takim
          wlasnie gorszym momencie, to czesto potrafi przekonac mezczyzne, ze zamiast
          inwestowac w naprawde aktualnego zwiazku lepiej po prostu zaczac nowy -
          przyznaje, ze jest to opcja kuszaca i wygodna, duzo wygodniejsz niz nudna
          codzienna praca u podstaw nad utrzymaniem malzenstwa.
          Sama mialam doczynnienia z taka sytuacja - kochanka mojego pierwszego meza
          zaszla z nim nawet w ciaze, by wymusic odejscie od rodziny. Efekt: jej dziecko
          wychowuje sie bez ojca, moje dziecko wychowuje sie bez ojca, a moj ex placi
          alimenty na oboje dzieci i ulozyl sobie zycie zupelnie z kims innym.
          Znam tez kogos, kto potwierdza swoja wartosc jako kobieta probujac rozbijac
          malzenstwa - najchetniej te w miare udane. Zdziwilybyscie sie jak wielu
          mezczyzn jest gotowych ulec pokusie, nawet niespecjalnie atrakcyjnej...
          Ze wzgledu na to, to widzialam i o czym wspomnialam powyzej, mam bardzo
          negatywne opinie o kobietach, ktore wiaza sie z zonatymi mezczyznami (no chyba
          ze malzenstwo sie juz rozpadlo i nastapila faktyczna separacja). Oczywiscie nie
          oznacza to, ze usprawiedliwiam zdradzajacych mezczyzn, wrecz przeciwnie.
          I jeszcze dodam, ze nie masz racji twierdzac, ze malzenstwo i tak by sie
          rozpadlo, niezaleznie od pojawienia sie kochanki. Mezczyzni sa wygodni i na
          ogol nie decyduja sie na rozwod, dopoki nie uwili sobie nowego gniazdka. Czesto
          zwiazek mozna naprawic - dopoki nie pojawi sie jakas wygodniejsza alternatywa.
          • m-m-m Re: pochwała macochy 17.03.05, 10:09
            malzenstwie bywaja lepsze i gorsze chwile, a jesli kochanka pojawi sie w takim
            > wlasnie gorszym momencie, to czesto potrafi przekonac mezczyzne, ze zamiast
            > inwestowac w naprawde aktualnego zwiazku lepiej po prostu zaczac nowy


            Siła jej przekonania jest ważna wtedy, gdy facet ma słaby związek z obecną
            kobietą.
            I to się zgadza z Twoim stwierdzeniem, że faceci są szalenie wygodni i z tego
            tez powodu często długo się na rozwód nie decydują (pomimo żekomycgh zachet ze
            strony tej "drugiej"), jeśli decyduja sie szybko, to:
            a) sami czekali na okazję i sie taka pojawiła;
            b) doskonale wiedzą, że obecnej kobiety nie kochają, ale mają wygodę w życiu
            codziennym i musi im być z ta kobieta niezwykle nie wygdonie, skoro się na
            rozwód decydują.
            Facet jest z reguły jednostką myślącą i nie sądzę, by przesądzały o jego
            postępowaniu emocje: zła chwila z żona to już hop, siup koniec układu. Ten
            układ rdzewiał dawno, tylko kobieta tego nie widziała (nie chciała widzieć).

            I jeszcze dodam, ze nie masz racji twierdzac, ze malzenstwo i tak by sie
            > rozpadlo, niezaleznie od pojawienia sie kochanki. Mezczyzni sa wygodni i na
            > ogol nie decyduja sie na rozwod, dopoki nie uwili sobie nowego gniazdka.
            Czesto
            >
            > zwiazek mozna naprawic - dopoki nie pojawi sie jakas wygodniejsza alternatywa



            Ale to wina mężczyzny, a nie tej kobiety. To on był na zakusy podatny, mógł
            odmówić. Gdyby mu na żonie zależało to niezależnie od chwilowego kryzysu w
            związku nie poszedłby do drugiej, trzeciej, czy dziesiątej, bo za dużo by miał
            do stracenia (z czystej wygody).


      • nangaparbat3 Re: pochwała macochy 16.03.05, 22:25
        Nie była, na pewno nie jest to bez znaczenia. Ale tez rozpadlismy sie nie
        czekajac na katalizator, co w wielu znajomych budzilo zdumienie (niepije - nie
        bije - nie zdradza - to o co chodzi?), a ja Panu Bogu dziekuje, ze na czas.
    • kammik Re: pochwała macochy 16.03.05, 11:51
      Przepraszam, ze OT, ale mnie sie post skojarzyl z ksiazka pod tym samym
      tytulem. Ale tresci raczej nie bede opowiadac smile
      • natasza39 Re: pochwała macochy 16.03.05, 11:57
        kammik napisała:

        > Przepraszam, ze OT, ale mnie sie post skojarzyl z ksiazka pod tym samym
        > tytulem. Ale tresci raczej nie bede opowiadac smile
        Nie czytałam, ale jak mniemam, nie jest to pochwała, ale "pochwała"
        • kammik Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:01
          No niezupelnie, pasierb byl baaaardzo zadowolony smile
          • natasza39 Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:06
            kammik napisała:

            > No niezupelnie, pasierb byl baaaardzo zadowolony smile

            hehe, ulżyło mi, mój M nie ma syna!smile
            • ashan Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:26
              Hi, hi, hi, to chyba Twojemu M. powinno ulżyć wink

              pozdrawiam
              a.
              • natasza39 Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:46
                ashan napisała:

                > Hi, hi, hi, to chyba Twojemu M. powinno ulżyć wink

                No faktwink
                Mnie tam ulzyło podwójnie, bo tez nie mam córkiwink

                Też pozdrawiam
          • nangaparbat3 Re: pochwała macochy 16.03.05, 22:29
            A cztałas ciąg dalszy? dzienniki don Rigoberta.
            • kammik Re: pochwała macochy 16.03.05, 22:41
              O, nie wiedzialam, ze jest dalsza czesc. Poszukam, dzieki.
    • nareene Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:01
      Jak w końcu ktoś napisał coś pozytywnego to oczywiście trzeba to rozgrzebać
      doszukując się "ciemnych stron". Po co?
      • darcia73 Re: pochwała macochy 16.03.05, 12:54
        zeby macochy nie wpadły w niezasłużony samozachwyt wink
        • natasza39 Jak fajnie jest gdy mozna sie nie obrzucac błotem! 16.03.05, 12:58
          No i fajnie!!!
          Mozna mieć rózne zdania i sie nie pożerać nawzajemwink
    • lilith76 Re: pochwała macochy 16.03.05, 14:16
      odzywają się nożyce:
      darcia, nangaparbat napisała, że jej dziecko ma wspaniałą macochę, a nie że
      kolejna partnerka jej byłego jest fajna i super. nad relacją eks-M-next
      nadrzędna jest relacja każdej z tych osób z dziećmi. nawet "katalizator"
      potrafi być empatyczny i pełen zrozumienia dla pasierbów, mieć z nimi dobre
      relacje. czy to kolejna zdrada dla kobiety-eks?
      • darcia73 Re: pochwała macochy 16.03.05, 15:13
        lilith - czyzby masz wyrzuty sumienia z powodu bycia "katalizatorkiem"?
        A tak na serio.
        Fajna macochą DLA MOJEGO DZIECKA moze byc jedynie ta, która nie przyczyniła się
        do rozpadu mojego małzenswta. A ze panienka, która "odbiła" mi mężusia poszła w
        już w odstawkę moge domniemywać, ze moje dziecko ma szansę na to by miec fajna
        macochę.
        Bo ja naprawdę chciałabym, zeby moj eks był szczęsliwy i on sam o tym dobrze
        wie i jego partnerka również. My już oczyczyścilismy się ze złych emocji.
        Co nie przeszkadza mi, ze nie cierpię "katalizatorków". Chyba zadna z Was nie
        byłaby szczęsliwa, gdyby ktos "zabrał" Wam ukochanego mężczyznę. Ja swojego
        męża kochałam, i to ślepo niestety.
        • darcia73 Re: pochwała macochy 16.03.05, 15:22
          dodam tylko, ze z jednej strony powinnam byc wdzięczna
          swojemu "katalizatorkowi", bo dzieki tej strasznje sytuacji jestem z moim
          obecnym M. I nawet nie wyobrażałam sobie, ze w zwiazku mozna byc tak
          szczęsliwym. Pomimo, ze kochałam byłego męża, musze przyznać, że dopiero
          znalazłam swoją drugą połowę, bo z eksem nie mogłam się tak dogadać.
          Co nie wyklucza, ze gdyby katalizatorek się nie pojawił i nie przystąpił do
          ataku mojego dawne małzenstwo nie byłoby szczęsliwe. Bo ja umiem sie dostosowac
          do róznych sytuacji.
          • lilith76 Re: pochwała macochy 16.03.05, 16:01
            a tak się odezwałam, bo jestem chyba jedynym "katalizatorem" na tym forum i nie
            chcę, żeby potem komisja śledcza mi wypominała fakt ukrycia tego lub
            mataczenie smile

            ale tak się lekko przyczepię:
            jeżeli dziecko dobrze się czuje z macochą "katalizatorem", ma z nią poprawne
            relacje, to trzeba koniecznie wbijać mu do głowy, że źle czuje i osoba "dobra"
            dla niego nie jest w rzeczywistości dobra? nie pisze tu o postawie macochy, ale
            subiektywnym odczuciu dziecka. co do odczuć jego matki, to inna historia - to
            co piszesz jest ok, ale gorzej jeśli przy takiej postawie matka wymaga od
            dziecka aby ono jej kibicowało.
            kobieta rozbijająca rodzinę z założenia nie daje dzieciom z tej rodziny
            podręcznikowo udanego dzieciństwa, bo naraża je na traumę rozwodu. czy
            późniejsza rehabilitacja jej jest niemożliwa? wierz mi dzieci z małżeństw,
            których małżonkowie "umieli się dostosować do różnych sytuacji", czyli trwają
            ze sobą, też nie są podręcznikowo szczęśliwe.

            kurczę, jeden optymistyczny wątek na forum i prawie natychmiast podryfował ku
            kolejnej mało optymistycznej dyskusji. dobrze, że jeszcze nikt się z nikim nie
            pokłócił. a być może autorka wątku przyznała by ci rację, bo np. jej związek
            umarł śmiercią naturalną na długo przed poznaniem kolejnych partnerów.
            • madalenka25 Re: pochwała macochy 16.03.05, 17:03
              ja Cie bardzo przepraszam ale nie jesteś jedynym katalizatorem - kurna
              normalnie polubiłam juz to słowo - jest takie cieplutkie i "tajemnicze" smile

              mnie tez pod to podciągnięto, osądzono i wydano wyrok smile


              • wipsania Re: pochwała macochy 18.03.05, 00:57
                Też protestuję! Niech Lilith sobie nie myśli, że jest taka wyjątkowa. I dobrze,
                że nie stosujecie tego zdrobnienia. Katalizatorek! też coś!
                Mimo że wzrostu średniego, nie taka mała ze mnie baba.
                W
        • natasza39 Re: pochwała macochy 16.03.05, 15:42
          darcia73 napisała:

          > Chyba zadna z Was nie
          > byłaby szczęsliwa, gdyby ktos "zabrał" Wam ukochanego mężczyznę. Ja swojego
          > męża kochałam, i to ślepo niestety.


          W tym najwiekszy jet ambaras, aby dwoje chciało naraz.
          Nie przecze, że cierpiałaś bardzo po tym jak "katalizatorek" "zabrał" ci
          ukochanego.
          Może pytanie moje jest okrutne, ale jak on kochałby, to czy dałby sie "zabrać?
          Więc w Twoim przypadku chyba powinnas być mimo wszystko
          wdzięczna "katalizatorkowi", bo masz ta "druga połówkę".
          A mąż jak nie byłoby "katalizatorka" to może i trwałby w tym związku, ale czy
          byłby naprawde "Połówką" czy tylko obiektem Twego uwielbienia?
          Sorry, to nie było złośliwe...
          • nareene Re: pochwała macochy 16.03.05, 17:02
            Natasza, dobrze prawisz. Sprowadzanie faceta do roli zabawki na półce, którą w
            każdej chwili może sobie przywłaszczyć ktoś inny jest chyba pozbawione sensu.
            Myślałam, że mężczyzna to samodzielna, myśląca istota, świadoma swoich wyborów.
            No chyba, że mamy do czynienia z typowym "łowcą przygód", który każde
            mrugnięcie traktuje jak zaproszenie do romansu, ale nie o takich panach chyba
            mówimy?
            • madalenka25 Re: pochwała macochy 16.03.05, 17:05
              ales Ty naiwna jesteś - mężczyzna i myslenie - normalnie faceci sa jako dodatki
              np pasuje do butów a co??

              mój były pasował nawet do kapelusza smile
            • chalsia Re: pochwała macochy 16.03.05, 18:04
              Jestem zwolenniczką dokładności językowej i dziękuję Mikawi za przypomnienie co
              znaczy słowo katalizator:
              "hehe, w sensie chemicznym katalizator nie wchodzi w reakcję, ale ułatwia
              zajście tej reakcji, stwarza warunki bez których dana reakcja zachodzi znacznie
              wolniej lub nie zachodzi wcale. I stąd porównanie"

              I dokładnie w ten sposób i dlatego używam (i wprowadziłam na tutejsze fora, że
              nie bez dumy wspomnę) tego słowa w kontekście układów mąż/żona i "ta trzecia".
              Nie ma tu mowy w ogóle o traktowaniu faceta jako bezwolnego towaru, który
              zdejmuje się z półki.
              Po prostu w wielu (większości?) wypadkach rozpad związku BEZ KATALIZATORA trwał
              by dłużej albo by nie zaszedł wcale.
              Chalsia
              • e_r_i_n Re: pochwała macochy 16.03.05, 18:07
                chalsia napisała:

                > Po prostu w wielu (większości?) wypadkach rozpad związku BEZ KATALIZATORA
                > trwał by dłużej albo by nie zaszedł wcale.

                Ja bym się z tym zdaniem zgodziła, ale po małej przeróbce: bez katalizatora
                rozpad BYĆ MOŻE trwałby dłużej (byłoby to lepsze?, że tak zapytam).
                • chalsia Re: pochwała macochy 16.03.05, 18:45
                  Nie - wróć do definicji katalizatora.
                  Chalsia
          • darcia73 Re: pochwała macochy do Nataszy 16.03.05, 20:07
            W tym najwiekszy jet ambaras, aby dwoje chciało naraz.
            > Nie przecze, że cierpiałaś bardzo po tym jak "katalizatorek" "zabrał" ci
            > ukochanego.
            > Może pytanie moje jest okrutne, ale jak on kochałby, to czy dałby sie "zabrać?
            > Więc w Twoim przypadku chyba powinnas być mimo wszystko
            > wdzięczna "katalizatorkowi", bo masz ta "druga połówkę".
            > A mąż jak nie byłoby "katalizatorka" to może i trwałby w tym związku, ale czy
            > byłby naprawde "Połówką" czy tylko obiektem Twego uwielbienia?
            > Sorry, to nie było złośliwe...

            Nic nie szkodzi, nie gniewam się wink

            Moj eks nie był ideałem, mozna wrecz powiedzieć, ze źle się działo w naszym
            związku. Facet był (i jest niestety nadal) bardzo niedojrzały. Sam nie wie
            czego chciał i czego chce. Ale pomimo to uwazam, ze kazda nawet z pozoru
            niedobrana para ma OGROMNĄ szanse na szczęście. Kwestia ustawienia priorytetów.
            Moj eks powoli zaczyna doceniać to co stracił. Po fakcie niestety. I jestem
            nawet w 99 % pewna, że gdyby ten moj "osobisty katalizatoreK" nie był tak
            stanowczy w działaniu, byłby to pewnie przelotny romans. PO paru latach eks by
            sie ustatkował i zylibysby całkiem szczęsliwie. Ale moj katalizatorek MUSIAŁ
            wygrac. Nachodzil mnie w moim domu, robił sceny, że trzymam eksa i nie
            puszczam, straszył eksa, ze popełni samobojstwo. Trudno nawet to opisywać.
            Rozne sa sposoby wpływania na mężczyzn...
            A poza tym nawet jezeli chodzi o seks, to wiadomo czym myslą męzczyźni (nie
            glową). To co napiszę, nie tyczy sie nastolatków ale cos w tym jest - takie
            porzekadło
            "kobiety daja seks za miłośc a mężczyźni dają milośc za seks"

            Młoda dupcia może zawrocić w głowie...
    • agamagda Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 17:23
      Moje drogie panie katalizatorki i nie tylko, chyba coś tu się komuś pomyliło w
      hierarchii wartości. Jak można stwierdzić, że odbijanie komuś męża albo
      bardziej ogólnie zdrada, jest w porządku, bo zmieniło czyjeś życie na lepsze??
      Obiektywnie oceniając (mi żaden katalizatorek Exa nie odbił), zachowanie takie
      jest naganne, żeby nie powiedzieć skandaliczne. I co z tego że rozwód wyszedł
      na dobre??? Co to ma do rzeczy? Czy to, że Dr Mengele był dobrym ojcem
      umniejsza jego zbrodnie??? Zastanówcie się trochę...
      I to, że potem panienka jest dobrą macochą (zresztą zazdrość o "swoje" miejsce
      bardzo często nie pozwala na to) nie zmienia faktu, że dziecko miałoby pełną
      rodzinę, gdyby Katalizatorek - ten konkretny i danym momencie się nie pojawił.
      • madalenka25 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 17:40
        ja Cię bardzo przepraszam ale właśnie zmieniam "dyscyplinę" i startuje w
        zawodach na najgorszą i najwredniejszą eksię roku - a co wolno mi smile)

        a mój były juz ma stracha - normalnie fajne uczucie smile)
        • amfenix Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 18:25
          Uważam, że każdego faceta, w każdym związku da się poderwać. Kwestia czasu,
          umiejętności i sposobów oraz "warunków" i predyspozucji.I to czy jest w związku
          szczęśliwym czy nie nie ma tu nic do rzeczy. Nikt nie jest wiecznie i
          intensywnie szczęśliwy.
          Jedne kobiety to po prostu robią a inne nie.
          Ja nigdy nie zostanę katalizatorem i już.
          • ashan Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 18:56
            amfenix napisała:

            "Uważam, że każdego faceta, w każdym związku da się poderwać. Kwestia czasu,
            umiejętności i sposobów oraz "warunków" i predyspozucji.I to czy jest w związku
            szczęśliwym czy nie nie ma tu nic do rzeczy. Nikt nie jest wiecznie i
            intensywnie szczęśliwy."

            siem z tym niestety zgadzam.

            I jeszcze pytanie retoryczne: czy o kimś, kto był takim katalizatorkiem moża
            powiedzieć, że jest po prostu dobrym człowiekiem?

            I odnośnie "wdzięczności" za "wyzwolenie" z okowów nieudanego związku... Za
            każdym razem, kiedy mówiłam ojcu mojego syna, że powinien być mi wdzięczny, bo
            dzięki temu, że odeszłam miał szanse związać się ze swoją obecną żoną (a zawsze
            przedstawiał ją w samych superlatywach, porównując do mnie big_grin) on dostawał
            piany na ustach... Więc jak to jest - porzucona kobieta ma być wdzięczna
            katalizatorkowi, a porzucony mężczyzna swojej byłej kobiecie nie? A iluż
            Waszych facetów to właśnie porzuceni (o ile dobrze pamiętam opowieści)... I te
            wstrętne eksie to takie złe kobiety, że ich zostawiły... Echchch, mentalność
            Kalego wink?
            pozdrawiam
            a.
      • natasza39 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 19:33
        Najbardziej podoba mi sie to porównanie z doktorem Mengele!!!

        A tak rozbudowywując ten problem, to sie zastanawiam nad czymś takim, co mnie
        osobiscie męczy.
        Kiedy kończy sie małżeństwo? Czy zawsze tylko i wyłącznie w momencie, kiedy sąd
        ogłasza, że Pan X i Pani X sa od dnia tego i tego obcymi ludźmi, czy tez duuuzo
        wczesniej?
        Jak facet tylko seksu szuka, to katalizator żadko powoduje rozpad, ale jak już
        wchodzi w grę zaspokojenie uczuć, to juz jest musztarda po obiedzie. Jak nie
        ten katalizator to inny, albo i bez katalizatora.

        A ocena moralna?
        Każdy ma jakies zasady tyle tylko, że życie je weryfikuje.
        Moje zasady też zweryfikowało.
        • e_r_i_n Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 19:41
          natasza39 napisała:

          > Kiedy kończy sie małżeństwo? Czy zawsze tylko i wyłącznie w momencie, kiedy
          > sąd ogłasza, że Pan X i Pani X sa od dnia tego i tego obcymi ludźmi, czy tez
          > duuuzo wczesniej?

          Moim zdaniem - duzo wczesniej. Nawet SN tak twierdzi - ze jesli jeden z
          malzonkow zwiazal sie z kims innym przed orzeczeniem rozwodu, ale po faktycznym
          rozpadzie, nie jest winien zdrady (szkoda, ze o tym wczesniej nie wiedzialam).
          Ale tak jak juz wczesniej napisalas - kazdy argument jest dobry, aby sie nie
          przyznac do winy. Wiele samodzielnych mam twierdzi wiec, ze malzenstwo sie
          konczy w momencie orzeczenia rozwodu.
        • chalsia Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 19:45
          Ej, Natasza, tak jak normalnie to lubię Cię czytać i cenię Twoje zdanie, tak tu
          się zawiodłam sad.
          Kazdy związek ma swoje wzloty i upadki, sa też kryzysy. Wiadomo, ze w czasie
          kryzysu nie są zapokajane potrzeby uczuciowe. I co? Z wielu krzyzysów
          para/związek potrafi wyjść zwycięzko. Ale jeśli w takiej sytuacji trafi się
          katalizator, to wielkie szanse, ze się już nie uda pokonać "wybojów".
          A nawet, jeśli facet "tylko" seksu szuka, to ten seksowny katalizator też
          często bywa przyczyną rozpadu, jeśli partnerka tego faceta się o tym dowie a
          nie ma podobnie luzackiego podejścia do seksu i zdrady jak jej partner.
          Chalsia

          PS. oczywiście, ze rozwód nie jest wyznacznikiem emocjonalnego końca związku
          • kraszan1 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:03
            Hej

            A ja mam pytanie (retoryczne) z trochę innej beczki.

            Co się dzieje jeżeli jeden z partnerów widzi (i czuje) rozpad związku a drugi
            nie pomimo wyraźnych sygnałów ze strony pierwszego? W moim przypadku tak
            właśnie było - ex okopała się w szańcach dziecka, kredytów, wygody,
            przyzwyczajenia, finansowego standardu itp. Pomimo wyrażnych sygnałów z mojej
            strony (i nie były to przelotne spojrzenia czy westchnienia tylko konkretne
            WERBALNE artykułowanie) nic sobie z tego nie robiła.
            Po odesciu szok, najpierw totalna zmiana postawy a w momencie kiedy to nie
            przyniosło skutków szukanie winnych (bo to przecież nie może być moja wina, że
            ten sk... zostawił rodzinę i sobie poszedł).

            Dlatego m.in. nie afiszuję mojego związku z K bo spotkałem się z wieloma
            próbami przyklejenia mi łatki, że odszedłem "do innej" co jest absolutną bzdurą.


            pozdrawiam wieczornie
            -K

            -------------------------------------------------
            Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
            • chalsia Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:16
              Wiesz, mój eks pewnie to samo by napisał, co Ty. I też wedle niego dawał
              werbalne komunikaty (sorry - on to określił jako "sygnały").
              ALe najważniejsze jest czy te komunikaty podawało się w sposób, który
              spowodował ich DOTARCIE. Bo tylko to się w ogólnym rozrachunku liczy. Czyli,
              wrzucane między drugim daniem a deserem krótkie teksty typu "może byś więcej
              zajęła się domem/gotowała obiady", zaś następnego dnia teksty "akceptuję Cię
              jaką jesteś" NIE LICZĄ SIĘ jako komunikowanie. Bo o ważnych sprawach trzeba
              mówić w sposób poważny. Rzucany w przelocie tekst "wkurzają mnie Twoje ciągle
              porozrzucane rzeczy" NIE JEST bowiem jednoznaczny z twierdzeniem, że w związku
              jest źle i ma się tendencję w kierunku na zewnątrz związku.
              No i zawsze jeszcze pozostaje kwestia, czy zrobiło się ze swojej strony cos
              ponad komunikowanie? Np. proponowanie co zrobić by było inaczej, terapię, etc.
              Chalsia
              • kraszan1 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:54
                Myślę, że sygnał typu długa rozmowa jest wystarczający. Poza tym nie mam sobie
                nic do zarzucenia odnośnie prób ratowania dlatego czuję się upoważniony do
                mówienia o wygodzie i podobnych rzeczach. I nie próbuję zrzucać winy na jedną
                stronę bo nigdy tak nie jest.

                Moją intencją było zwrócenie uwagi, że kwestie "katalizatorów" są bardzo
                złożone i w każdym wypadku różne. Po prostu drażnią mnie wypowiedzi typu " ta
                sz...ta rozbiła moje najwspanialsze pod słońcem małżeństwo a ja jestem aniołem
                w ludzkim ciele". I często radośnie dorabia się ideologię "katalizatorów" do
                osób które poznaliśmy po rozpadzie naszego związku bo jest to proste zrzucenie
                swoich błędów na czynnik zewnętrzny. Jestem na to wyczulony bo dotknęło mnie to
                osobiście.

                Proponuję zakończyć ta dyskusję, bo do niczego nie prowadzi, a daleko już
                odbiegliśmy od głównego tematu i wątku i forum. Takie tematy omawia się
                najlepiej późną nocą przy szklaneczce czegoś mocniejszego wink

                pozdrawiam
                -K

                -------------------------------------------------
                Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
              • natasza39 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:11
                chalsia, z całym szacunkiem, ale piszesz o podwójnym życiu swojego małża, który
                mieszkał z Tobą, żył a na "boku" miał niejako drugie życie.
                I może dlatego dzis sie nie rozumiemy, bo ja mówie o przypadkach
                nie "podwójnego zycia" jednego z partnerów, gdzie porównując sobie "skaczacy w
                bok" w końcu wybiera lepsza dla niego opcję, czy tez przyłapany musi w końcu
                zdecydowac "rybki, albo pipki", tylko o faktycznym zaniku zwiazku w sensie
                faktycznym, a trwaniu tylko formalnym.
                • chalsia Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:56
                  > zdecydowac "rybki, albo pipki", tylko o faktycznym zaniku zwiazku w sensie
                  > faktycznym, a trwaniu tylko formalnym.

                  Wiesz, sądzę, ze gdybym miała tu się wypowiedzieć jako swój eks, to bym pewnie
                  tak określiła tę sytuację (a nie jako "podwójne życie", czy przymus
                  wyboru "pipki albo rybki"). Tylko ma się to nijak do sytuacji rzeczywistej -
                  czyli żony w zaawansowanej, wyczekanej i wystaranej, planowanej ciąży (przez
                  obie strony, a nawet eksa bardziej).
                  Chalsia
                  • lideczka_27 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 22:09
                    Dziewczyny, ja sądzę, że całkowity rozpad związku następuje w chwili, gdy obie
                    strony potrafią uczciwie przyznać przed sobą i innymi: tak, nic nas już nie
                    łączy. Wtedy nie ma złudzeń. No ale to wymaga szczerości, dostrzegania własnych
                    wad, obiektywnego spojrzenia na sprawę.
                    Zastanawiam się zawsze co jest w skrajnych wypadkach, kto ma rację i czy ktoś
                    ją całkowicie ma? Ten sam problem, dwa różne spojrzenia i każda osoba da się
                    pociąć, że było tak, jak ona uważa. Bardzo ciężka sprawa...
                    • lideczka_27 no i... 16.03.05, 22:18
                      jeszcze kwestia argumentów! Załóżmy, że jedna strona jest na tak, druga nie
                      chce rozstania (przechodziłam przez to w związku, ale nie małżeńskim). Jakimi
                      argumentami dysponuje osoba porzucana, co jeszcze pomoże jej w walce, czy jest
                      w stanie udowodnić, że związek wart jest tego, by go ratować? Mnie się nie
                      udało. Ani przyznanie, że nie byłam bez winy (choć i katalizator się nawinął),
                      ani zaangażowanie, ani moje "kocham". Myślę, że gdy stracimy czyjąś miłość, to
                      czy z katalizatorem czy bez - niewiele można już zdziałać i z perspektywy czasu
                      cieszę się, że ten człowiek mnie nie chciał, bo bycie w związku z kimś, kto
                      mnie nie kocha, byłoby tragedią. Zasługuję na miłość, chcę kochać i doświadczać
                      tego samego. Dodam, że będąc dzieckiem rodziców, którzy zostali ze sobą "dla
                      dobra dzieci" nie jestem zwolenniczką tego typu rozwiązań, bo wiem jak takie
                      układy mogą unieszczęśliwiać dzieci - ale i to, jak zawsze - kwestia każdego
                      ludzkiego przypadku.
                      • chalsia Re: no i... 16.03.05, 22:29
                        > w stanie udowodnić, że związek wart jest tego, by go ratować? Mnie się nie
                        > udało. Ani przyznanie, że nie byłam bez winy (choć i katalizator się
                        nawinął),
                        > ani zaangażowanie, ani moje "kocham". Myślę, że gdy stracimy czyjąś miłość,
                        to
                        > czy z katalizatorem czy bez - niewiele można już zdziałać i z perspektywy
                        czasu
                        >

                        Tylko wiesz, w przypadku różnych kryzysów czesto bywa i tak, ze ta osoba chcąca
                        odejść sama ma taki mętlik uczuciowy w głowie, że nie jest w 100% pewna czy
                        kocha czy nie. Nawet może twierdzić, ze nie kocha. Tym bardziej bedąc np. na
                        etapie fascynacji katalizatorem. A za jakiś czas się okazuje, ze to nie do
                        końca jest tak z tym niekochaniem i galimatias coraz większy się robi.
                        Tak samo jak trudno do końca jednoznacznie powiedzieć kiedy kończy się związek,
                        tak trudno (a własciwie jeszcze trudniej) rozpoznac i miec pewność (w sobie),
                        ze się już NAPRAWDĘ nie kocha. By mieć taką pewność, potrzeba czasu (i to nie
                        dwa tygodnie czy 2 miesiace, zwłaszcza jak jest kryzys) i okoliczności, które
                        pozwalają na wejrzenie w siebie. A towarzystwo katalizatora akurat nie sprzyja
                        tego typu wewnętrznym "przeglądom".
                        Chalsia
                        • lideczka_27 Re: no i... 16.03.05, 22:43
                          > Tylko wiesz, w przypadku różnych kryzysów czesto bywa i tak, ze ta osoba
                          chcąca
                          >
                          > odejść sama ma taki mętlik uczuciowy w głowie, że nie jest w 100% pewna czy
                          > kocha czy nie. Nawet może twierdzić, ze nie kocha. Tym bardziej bedąc np. na
                          > etapie fascynacji katalizatorem. A za jakiś czas się okazuje, ze to nie do
                          > końca jest tak z tym niekochaniem i galimatias coraz większy się robi.
                          > Tak samo jak trudno do końca jednoznacznie powiedzieć kiedy kończy się
                          związek,
                          >
                          > tak trudno (a własciwie jeszcze trudniej) rozpoznac i miec pewność (w sobie),
                          > ze się już NAPRAWDĘ nie kocha. By mieć taką pewność, potrzeba czasu (i to nie
                          > dwa tygodnie czy 2 miesiace, zwłaszcza jak jest kryzys) i okoliczności, które
                          > pozwalają na wejrzenie w siebie. A towarzystwo katalizatora akurat nie
                          sprzyja
                          > tego typu wewnętrznym "przeglądom".
                          > Chalsia

                          Wszystko się zgadza. I mogę się podpisać, bo to o mnie. Dwa lata walki, ostatni
                          rok wytężonej i wszystko na marne. Aż musiało do mnie dotrzeć, że nie warto i
                          już nie wiadomo dlaczego mi tak zależało? Dla idei? A pewnego ranka popatrzyłam
                          na niego i poczułam to odejście wszystkiego. Wiedziałam, że nie kocham i mogłam
                          w końcu odpuścić - zajęło mi to dwa lata (bez żadnych osób trzecich) a ostatni
                          rok był gorzkim utwierdzeniem nas w tej życiowej sytuacji, jakiej mężowi ani
                          śniło się zmieniać. Do dziś jest mi przykro, ale to wcale nie znaczy, że
                          żałuję...
                      • natasza39 Re: no i... 16.03.05, 22:55
                        lideczka_27 napisała:
                        > Dodam, że będąc dzieckiem rodziców, którzy zostali ze sobą "dla
                        > dobra dzieci" nie jestem zwolenniczką tego typu rozwiązań, bo wiem jak takie
                        > układy mogą unieszczęśliwiać dzieci - ale i to, jak zawsze - kwestia każdego
                        > ludzkiego przypadku.

                        No właśnie tego mi brakowało... Bycie ze soba dla "dobra dzieci".
                        Tyle tylko, że te dzieci dorastaja i widzą co jest grane.
                        Ja juz odbyłam kiedyś taka rozmowę z moim synem, który zapytał mnie wprost,
                        dlaczego ja tak długo byłam z ojcem?
                        I to samo często dotyczy również facetów.
                        Moja matka, usłyszała od ojca, odchodzącego od nich, że kiedys zrozumie
                        dlaczego odszedł. I dzis dziwi sie mu, że tak długo wytrzymał. Bo choć moja
                        babcia jest wspaniała babcia i kochajaca matka, to na zone sie napewno nie
                        nadawała.
                        I choć, dopiero po latach była gotowa przyznac, że oni nie byli małżeństwem od
                        dawna, to zaraz po rozstaniu nie zgadzajac sie na rozwód przewlekała sprawe
                        chyba ze 3 lata.
                        A żona jego uznawała sie az do jego śmierci, choć potem miał dziadek nastepna
                        zonę.
                        Ona nie umiała sie pogodzić z tym, że cos się skończyło.
                        Dla niej najważniejsze było trwanie w tym zwiazku, bo rozwody byłu
                        wtedy "novum".
                        I choć czasy sie juz zmieniły ten syndrom zwalania wszystkiego na druga stronę
                        pozostał.
                        Acha dziadek tez miał taki "katalizator" ( z którym sie rozstał zreszta zaraz
                        po odejsciu od babci), ale ten katalizator pomógł mu chyba w ocenie, że mozna
                        inaczej żyć, a nie w tym, że można jeszcze coś naprawić.
                        Choć babcie bardzo kocham, to zawsze wkurzało mnie, że nie widzi tego, że
                        koniec był duzo wczesniej, niż dziadek sie wyprowadził.
                        • lideczka_27 Re: no i... 16.03.05, 23:13
                          natasza, w naszym przypadku (bo tylko o tym mogę się wypowiadać) rodzice
                          popełniali zasadniczy błąd i wykazali się okropną niekonsekwencją. Zostanie w
                          związku dla dobra dzieci powinno nierozerwalnie współgrać z prawdziwą naprawą
                          stosunków. Tu minimum to jest wzajemny szacunek, przyjaźń. Samo "dla dobra
                          dzieci" nie wystarcza. Myśmy wcale nie były takie duże, gdy marzyłyśmy, by
                          rodzice się rozwiedli. Kochałyśmy ich oboje, ale co to było za "dobro”?
                          Atmosfera wiecznych kłótni, oskarżeń, podważania autorytetów, "wybierania",
                          który rodzic lepszy, a do tego od czasu do czasu pijacka awantura z przemocą
                          psychiczną i fizyczną włącznie, ratowanie mamy, ucieczki do sąsiadów, krzyki
                          naszej mamy, że siebie i nas powiesi, by ten koszmar się skończył... Mój ojciec
                          uspokoił się dopiero gdy wyszłam za mąż - tyle lat potrzebowali, by nauczyć się
                          zgodnie żyć. Ale dla nas to za późno. O te święta w złej atmosferze, o te lata
                          dzieciństwa, które minęły bezpowrotnie a napiętnowały nas nerwicami, mnie
                          dodatkowo chorobą wrzodową. Żyć razem to walczyć o rodzinę, układać się między
                          sobą a dziecku stworzyć dom i poczucie bezpieczeństwa. Gdy tego nie ma... tak
                          jak piszę - są na świecie dzieci, które marzą o rozłące rodziców, dla których
                          to jest po prostu wybawieniem.
                          • lideczka_27 dodam 16.03.05, 23:32
                            że u mojego eksa sytuacja była inna choć efekt podobny. Małżeństwo moich byłych
                            teściów od 30 lat było martwe - tak stwierdziła sama teściowa. Zaprzestali
                            współżycia, gdy syn się urodził – ona spała z dzieckiem. Każde z nich żyło
                            swoim życiem, teść uciekał w hobby, bo małżonka ma niezwykle trudny charakter,
                            a on typ spokojnego żuczka, taki związek łagodnego pantoflarza i despotycznej
                            choleryczki. Nie rozwiedli się z powodów religijnych - mieli ślub kościelny.
                            Jak wyglądało ich życie? Mąż na uboczu, żyjąca dzieckiem żona. Nie było
                            wzajemnych rozmów przy stole, czułości, żartów, uśmiechu, planów. Wszystko
                            grzecznie, cicho, spokojnie, jak w pudełku. Każdy znał swoje obowiązki (mój eks
                            nie miał żadnych), swoje miejsce w życiu, nie było mowy o żadnych zmianach, bo
                            to zakłócało rytm dnia. Nienawidziłam tej ciszy, każdy się zamknął we własnym
                            pokoju, te kulturalne odzywki, rozkazy wydawane mężowi przez zęby ze sztucznym
                            uśmiechem i jego grzeczne wypełnianie (teść robił zakupy, sprzątał, gotował,
                            teściowa wiecznie leżała „ciężko chora”, a zawsze przed świętami, gdy najwięcej
                            roboty wink Tam nie było uczuć, nie było miłości, była obojętność. Dlatego też m.
                            in. w tym upatruję przyczyny rozpadu mojego związku, ale jednocześnie ta
                            znajomość sytuacji motywowała mnie do walki o małżeństwo, bo sądziłam, że
                            pokonam wrosłą w niego przez lat 30 z hakiem znieczulicę i uzależnienie od
                            matki. Nadaremno. Nie chcąc rodzić dzieci pod dachem teściowej (bo eks
                            kategorycznie nie chciał się od niej wyprowadzić) okazałam się bezużyteczną i
                            pozostawioną do odstrzału. Dwa lata mi zajęło, żeby to zrozumieć i przestać
                            skomleć.
                            • natasza39 Lideczko... 16.03.05, 23:45
                              Jestem fanem Twoich rzeczowych i życiowych postów, lideczko.
                              Kończac ten watek (tzn moje na nim wypowiedzi), powiem jeszcze, że żadna z nas
                              pewnie nie zmieniła po tych dyskusjach swojego zdania na tematy tu poruszane,
                              ale przynajmniej duzo dowiedziałyśmy się o sobie nawzajem, niż z przelotnych
                              pisanin na neutralne tematy.
                              Dodam tylko, że inaczej sie patrzy na pewne rzeczy, jesli samemu sie duzo
                              przezyło i na tyle napatrzyło.
                              A jak sie jeszcze z tego umie wyciagnać wnioski...
                              I tu chyle czoła przed Toba, lideczko!

                              Fajnie sie dzis dyskutowało.
                              No, przynajmniej mi. I ciesze się, że potrafiłyśmy pogadac sobie, bez "jadu",
                              który tak często sie tu ostatnio pojawiał.
                              Sama nie bedac bez winy, przyznaje, ze jadem niekiedy tryskam, za co wszystkie
                              nim oblane osoby jeszcze raz przepraszam.
                              Dobranoc moje drogie!

                      • poxywka Re: no i... 16.03.05, 23:19
                        to jeszcze ja cos powiem w tym watku o jakze mylacym tytule smile
                        ja takze nie uwazam aby koncem zwiazku byl dopiero rozwod; niektore koncza sie
                        wczesniej a sa takie co sie nawet po rozwodzie skonczyc nie moga; moj ex jak
                        poznal nexie jednak wcale o rozwodzie nie myslal i ona o tym wiedziala; mojego
                        partnera rowniez to dotyczy, chociaz sytuacja byla troche inna; chyle czola
                        przed moimi samotnymi znajomymi (obu plci), dla ktorych obca zona czy maz to
                        swietosc - to ich deklaracje potwierdzone czynami; oni nie wnikaja czy w
                        zwiazku jest dobrze ,czy zle czy bardzo zle; po prostu powiedzieli 'nie'; inne
                        zachowanie jest niemoralne; ale czy ludzka milosc latwo okielznac moralnoscia?;
                        potepiam takie zachowanie w glebi duszy ale tych osob nie potepiam; nie jestem
                        zbyt swieta; niestety (chociaz akurat nie dokladnie w tej dziedzinie); wiem
                        jedynie, ze na moim zwiazku zawazyly wlasnie w calej swojej
                        rozciaglosci "katalizatory"; moj ex twierdzi, ze facet aby zdradzic wcale nie
                        musi przestac kochac zony...; dla facetow sex to inna bajka niz milosc;
                        ja sobie wyobrazam, ze taka porzucona exia (chociaz nie jest sama bez winy)
                        moze dlugo palac ogromna niechecia (lub nienawiscia) do partnerki exa; ludzkie;
                        ciezko jesli cierpia na tym dzieci; i nawet trudno wytlumaczyc takiej osobie,
                        ze w ten sposob bardziej zatruwa zycie sobie niz exowi i nexi; oni czuja jej
                        zlosc czasami a ona ja czuje w sobie bez przerwy; nie usprawiedliwiam takich
                        kobiet no ale nie maja nikogo pewnie, kto je przystopuje w tej nienawisci

                        pozdrawiam
                        poxywka
                    • sokka Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 18.03.05, 23:23
                      'jesli zechcesz odejsc, odejdz,
                      jesli zechcesz wroc,
                      nic sie przeciez w nas
                      nie zmieni przez te dni.
                      wciaz tak samo serca bedzie
                      czas tesknota kluc,
                      swiat, jak byl, zostanie zly.
                      choc do dzis zar rak splecionych
                      czuje kazdy nerw,
                      choc w pamieci pieknych wspomnien moc,
                      nie umkniemy samotnosci,
                      co nas zre jak czerw
                      odkad spadla na nas w tamta noc.
                      wiec jesli zechcesz wrocic, wracaj,
                      jesli odejsc, idz,
                      to niewazne z kim
                      i wszystko jedno gdzie.
                      juz na zawsze tamto bedzie
                      w sercach nam sie tlic
                      jak neonowy szyld:
                      GDZIE JESTES?'
                      S. Staszewski

                      ...tak mi sie skojarzylo...
                      pzdr
                      sokka
                  • natasza39 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 22:35
                    chalsia napisała:

                    > > zdecydowac "rybki, albo pipki", tylko o faktycznym zaniku zwiazku w sensi
                    > e
                    > > faktycznym, a trwaniu tylko formalnym.
                    >
                    > Wiesz, sądzę, ze gdybym miała tu się wypowiedzieć jako swój eks, to bym
                    pewnie
                    > tak określiła tę sytuację (a nie jako "podwójne życie", czy przymus
                    > wyboru "pipki albo rybki"). Tylko ma się to nijak do sytuacji rzeczywistej -
                    > czyli żony w zaawansowanej, wyczekanej i wystaranej, planowanej ciąży (przez
                    > obie strony, a nawet eksa bardziej).
                    > Chalsia


                    Twój przykład mnie powalił po prostu!
                    Mogę Ci tylko powiedziec, że Cie doskonale rozumiem, bo mój mąz tez mnie
                    zdradził podczas ciazy.
                    Moze nie traktował to tak poważnie, jak Twój, bo sie wkońcu przyznał, a ja mu
                    przebaczyłam i przytuliłam.
                    Ile było w tym jego powrocie skruchy własnej, a ile braku zdecydowanego na
                    wszystko "katalizatorka" nie dowiem sie już nigdy.
                    Tyle tylko, że ja dziś żałuję, że dałam szanse na powrót kurwiarzowi.
                    Bo w 90%-ach kurwiarz, kurwiarzem pozostaje do końca swoich dni.
                    No, ale w Twoim przypadku rzeczywistość miała odbicie w sądzie, jak mniemam, bo
                    rozwód chyba nie był z "obopólnej winy"?
                    Więc tutaj nie ma mowy o przypadkach, o których pisze...


                    • chalsia Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 17.03.05, 01:28
                      > No, ale w Twoim przypadku rzeczywistość miała odbicie w sądzie, jak mniemam,
                      bo
                      >
                      > rozwód chyba nie był z "obopólnej winy"?

                      Buahahaha. O rozwód musiałam wnosić ja, bo pan do końca chciał pozostać czysty
                      jak ta nieskalana łza. Nawet w pozwie nie mogłam napisac, ze się związał z
                      kobietą po wyprowadzeniu z domu, bo pozew on musiał zatwierdzić. No przeciez
                      nie chciał mieszać w to wszystko "osoby trzeciej", która z katalizatora w
                      międzyczasie awansowała na next.
                      Oczywiście łatwo się domyślić, ze rozwód był układem - bez orzekania winy (dla
                      pana) za kwestie majątkowe (dla mnie).
                      Chalsia
            • darcia73 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:17
              chyba to tez troche twoja wina; widocznie twoje sygnaly były za słabe a ona jak
              sam piszesz zyła sobie wygodnie niczego nie przeczuwając; w momencie kiedy ją
              jeszcze kochaleś trzeba był zdecydować się na jakąś terapie lub na krok, który
              by nią wstrząsnął. potem jak widac po prostu ci nie zalezało i tobie było
              wygodniej odejsc zrzucając w swoim sumieniu część winy na nią cyt.
              "ex okopała się w szańcach dziecka, kredytów, wygody,
              przyzwyczajenia, finansowego standardu itp. Pomimo wyrażnych sygnałów z mojej
              strony (i nie były to przelotne spojrzenia czy westchnienia tylko konkretne
              WERBALNE artykułowanie) nic sobie z tego nie robiła. "

              Rozpad związku nastepuje w wielu przypadkach z wygody uczuciowej - łatwiej
              odejśc niż ciężko odbudowywać; a szczególnie tyczy sie to mężczyzn, bo kobiecie
              facet musi naprawdę nieźle dokopać, by ta odeszła a i tak póxniej ma wyrzuty
              sumienia lub w ogole nie potrafi odejsc np od damskiego boksera lub alkoholika
              • kraszan1 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:59
                darcia73 napisała:

                > Rozpad związku nastepuje w wielu przypadkach z wygody uczuciowej - łatwiej
                > odejśc niż ciężko odbudowywać; a szczególnie tyczy sie to mężczyzn, bo
                kobiecie
                > facet musi naprawdę nieźle dokopać, by ta odeszła a i tak póxniej ma wyrzuty
                > sumienia lub w ogole nie potrafi odejsc np od damskiego boksera lub alkoholika



                Tutaj akurat w ogóle się nie zgadzam, uważam za krzywdzące uogólnienia i
                podziały według płci.

                pzdr
                -K

                -------------------------------------------------
                Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
                • darcia73 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:05
                  nie jest krzywdzące, mezczyzni z natury sa bardziej egocenryczni i egoityczni,
                  łatwiej jest im odejsc nie pograzajac sie w emocjach i szukac szybko innego
                  gniazdka i samicy. Bywają wyjatki od tej reguły, to fakt. Ale roznic fizycznych
                  i psycicznych miedzy płciami nie zmienisz
                  • kraszan1 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:10
                    darcia73 napisała:

                    > nie jest krzywdzące, mezczyzni z natury sa bardziej egocenryczni i
                    egoityczni,
                    >
                    > łatwiej jest im odejsc nie pograzajac sie w emocjach i szukac szybko innego
                    > gniazdka i samicy. Bywają wyjatki od tej reguły, to fakt. Ale roznic
                    fizycznych
                    >
                    > i psycicznych miedzy płciami nie zmienisz

                    To ja poproszę jakieś konkretne dowody na poparcie tej tezy bo według mnie jest
                    to tylko Twoje prywatne zdanie a nie jakaś reguła.

                    pzdr
                    -K

                    -------------------------------------------------
                    Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
          • natasza39 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:27
            chalsia napisała:

            >Kazdy związek ma swoje wzloty i upadki, sa też kryzysy. Wiadomo, ze w czasie
            > kryzysu nie są zapokajane potrzeby uczuciowe. I co? Z wielu krzyzysów
            > para/związek potrafi wyjść zwycięzko.

            A ja nie mówię o "wzlotach" i "upadkach" bynajmniej. Przez 17lat byłam mezatka,
            wiec wiem, co to jest "wzlot", co "upadek", co "kryzys" i wiem co to koniec
            równiez.
            Mówie o tym jak tylko ludzi juz nic absolutnie oprócz tego papiera nie łaczy.
            Mieszkaja osobno i sie najnormalniej nie trawia po prostu na zasadzie pary.

            Przeżyłam cos takiego na skórze własnej.
            Nie mieszkałam z moim chłopem od dawna po 100 tysiacach prób "naprawy" i jakby
            się wtedy pojawił jakis katalizator to i tak nic by mojej decyzji nie zmieniło.
            I tak bym z nim nie była za żadna cholere!
            I wcale nie biegłam od razu do sadu, zeby się rozwodzić.
            Jakoś nie był mi potrzebny ten papier, żeby to iz to koniec zrozumiec.

            Moje małżeństwo skończyło sie bardzo dawno temu. Tyle tylko, ze ja to widze
            dopiero po latach.
            Rozumiesz chalsiu?


            Ale pewnie gdybyś zapytała o to samo mojego męza, to powiedziałby ci, że
            przezywamy kryzys i napewno się wszystko ułoży.Zreszta, tak to wszystkim
            przedstawiał, że to jest kryzys tylko.
            I uwierz mi, że gdybym w tym okresie miała kogos, to on byłby święcie
            przekonany, że to nie nas już nie ma, tylko ja jestem taka suka i sobie kogos
            znalazłam.

            Mówię o tym, co sama przezyłam, bo kazdy przypadek jest inny oczywiscie.
            Tyle tylko, że takich przypadków jest wiecej.
            Po prostu dla jednej strony już nie ma żadnych szans na porozumienie, a dla
            drugiej strony to jest tylko "kryzys".

            Nie wiem chalsiu, czy ja to wyjasniłam, co chciałam powiedzieć!
        • kammik Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:27
          Nataszo, moim zdaniem odpowiedz na to pytanie jest bardzo prosta. Malzenstwo
          konczy sie wtedy, kiedy OBOJE malzonkowie podejmuja decyzje o rozstaniu.
          Ewentualnie - jesli jedna ze stron kategorycznie oznajmi, ze z jej strony to
          koniec (i jesli strona uprzejma - to wyjasni dlaczego).
          • natasza39 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:46
            kammik napisała:

            > Nataszo, moim zdaniem odpowiedz na to pytanie jest bardzo prosta. Malzenstwo
            > konczy sie wtedy, kiedy OBOJE malzonkowie podejmuja decyzje o rozstaniu.
            > Ewentualnie - jesli jedna ze stron kategorycznie oznajmi, ze z jej strony to
            > koniec (i jesli strona uprzejma - to wyjasni dlaczego).


            No dla mnie tez, tyle tylko, że do mojego chłopa to nie docierało.
            A tak nawiasem, to nie wszyscy sie z Tobą zgodzą do końca niestety kamilo.
            Nawet jak ta jedna strona powie ze to koniec i uprzejmie wyjasni dlaczego, do
            niektórych to nie dociera niestety....
            • kammik Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:49
              Są ludzie i są taborety, to wiadomo od czasow wynalezienia taboretow smile IMHO
              najwazniejsza jest wlasna uczciwosc i spokoj sumienia, zeby nie trzeba go bylo
              mamic tekstami typu "przeciez wysylalem/wysylalam sygnaly".
            • darcia73 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 20:54
              > Nawet jak ta jedna strona powie ze to koniec i uprzejmie wyjasni dlaczego, do
              > niektórych to nie dociera niestety....

              wtedy sprawa jest prosta; osoba niezadowolona wyprowadza się, prowadzi
              oddzielnie gospodarstwo domowe oraz składa pozew o rozwod. Po rozwodzie jest
              wolna jak ptak i niech się wiąze z kim chce. Ale w takim przypadku nie ma
              zadnego katalizatorka. A jezeli jest ktos kogo sie pokochało, to trzeba czekac
              do rozwodu. MOj zwiazek tkwił w zamrozeniu do chwili wyroku sadowego. Było
              cięzko ale nie moglam inaczej, chcociaz moj eks juz dawno zył z inna kobietą i
              to on mnie porzucił.
              • kraszan1 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:06
                darcia73 napisała:

                > wtedy sprawa jest prosta; osoba niezadowolona wyprowadza się, prowadzi
                > oddzielnie gospodarstwo domowe oraz składa pozew o rozwod. Po rozwodzie jest
                > wolna jak ptak i niech się wiąze z kim chce. Ale w takim przypadku nie ma
                > zadnego katalizatorka. A jezeli jest ktos kogo sie pokochało, to trzeba
                czekac
                > do rozwodu. MOj zwiazek tkwił w zamrozeniu do chwili wyroku sadowego. Było
                > cięzko ale nie moglam inaczej, chcociaz moj eks juz dawno zył z inna kobietą
                i
                > to on mnie porzucił.

                Sprawa wcale nie jest prosta.

                A co jeśli małżonkowie nie mogą się dogadać odnośnie rozwodu i sprwa się
                ciagnie np. przez 10 lat?? W ten sposób można czekać do wieku emerytalnego...

                pzdr
                -K

                -------------------------------------------------
                Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
                • darcia73 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:12
                  Czy sa obecnie w Polsce sprawy rozwodowe, ktore ciagną sie 10 lat?
                  Ja dałabym 2 lata, sądy działaja juz bardzo szybko. A jak nie da się rozwodem
                  załatwic, to przynajmniej separacja, ta sady orzekaja szybciej. Spotkalam sie
                  tez z taką opinią, że w wyjatkowo zlozonych sprawach lepiej na poczatek uzyskac
                  separację a potem rozwód
                  • darcia73 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:13
                    dlaczego napisalam o szybkosci sadów - moja znajoma uzyskala rozwód - fakt, ze
                    bez orzekania o winie, ale było dziecko - w ciągu 3 m-cy od złozenia pozwu (w
                    tym 2 rozprawy, jedna pojednawcza)
                  • kraszan1 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:19
                    Są sprawy, tóre ciągną się latami - wiem to zpierwszej ręki czyli od prawników.
                    Jeżeli jedna strona się napnie to potrafi praktycznie w nieskończoność blokować
                    i przedłużać.

                    pzdr
                    -K
              • natasza39 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:26
                darcia73 napisała:

                > > Nawet jak ta jedna strona powie ze to koniec i uprzejmie wyjasni dlaczego
                > , do
                > > niektórych to nie dociera niestety....
                >
                > wtedy sprawa jest prosta; osoba niezadowolona wyprowadza się, prowadzi
                > oddzielnie gospodarstwo domowe oraz składa pozew o rozwod. Po rozwodzie jest
                > wolna jak ptak i niech się wiąze z kim chce. Ale w takim przypadku nie ma
                > zadnego katalizatorka. A jezeli jest ktos kogo sie pokochało, to trzeba
                czekac
                > do rozwodu. MOj zwiazek tkwił w zamrozeniu do chwili wyroku sadowego. Było
                > cięzko ale nie moglam inaczej, chcociaz moj eks juz dawno zył z inna kobietą
                i
                > to on mnie porzucił.

                No włsnie, Ty tak darciu zrobiłaś. I nie wiem co to oznacza ze zwiazek był
                w "zamrożeniu", ale gdyby mnie to spotkalo (to znaczy inny meżczyzna) po tym
                jak nie mieszkalam juz ze swoim meżem, a przed zlozeniem pozwu o rozwód, to
                chyba nie "zamrażałabym" niczego.
                Dla mnie sprawa była prosta. Zwiazku juz nie bylo.
                Jedyne co mogłoby mnie skłaniać do opcji "zamrozenia" nowego zwiazku, to fakt,
                ze on wykorzystałby to przeciwko mnie w sadzie.
                Emocjonalnie czułabym sie rozgrzeszona.
                • lideczka_27 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 21:52
                  nataszo, wszystko zależy od ludzi. Jedni niczego nie zaczną nim nie dokończą
                  FORMALNIE drugiego i będą "mrozić". A innym wystarczy, że dawno więź ustała,
                  była już separacja itd. Jedna osoba powie, że to są zasady, że tak jest
                  moralnie i będzie czekać. Druga powie, że to udawanie, hipokryzja itd. -
                  kwestia ludzkich charakterów, przypadków, podejścia do tematu, a nawet
                  temperamentu, stanu zakochania, wzajemnej fascynacji i różnych "oboczności".
                  Ważne, by nie wypowiadać się kategorycznie i z pozycji posiadającego jedyną
                  słuszną prawdę, bo nikt na świecie jeszcze takowej nie posiadł. Jestem bardzo w
                  temacie, zjawisko katalizatorów w naszym układzie przewija się i przeplata a
                  nic nie jest do końca oczywiste... Więcej później, robię kilka rzeczy na raz i
                  sie nie wyrabiam wink
                  • ania_rosa Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 16.03.05, 23:53
                    Oto temat, na który miałabym wiele do powiedzenia, ale nie powiem, bo to forum
                    publicznewink
                    Podzielę się tylko refleksją, że kiedy późnym wieczorem zobaczyłam ten wątek
                    rozrosnięty do rozmiarów 71 postów stwierdziłam, że widac doszło do kolejnej
                    jatki (może Joasia8 tu przyszła?wink. Przeczytawszy jednak całą dyskusję
                    stwierdzam, że wypływamy na szerokie wody kultury i twórczej wymiany myślismile
                    I oby tak pozostało
                    czego wszystkim i sobie zyczę
                    Rosa
                    • natasza39 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 17.03.05, 00:02
                      ania_rosa napisała:

                      >stwierdzam, że wypływamy na szerokie wody kultury i twórczej wymiany myślismile
                      > I oby tak pozostało

                      Boć to watek własnie "pochwały macochy" i sie tak przetransponował na pochwałę
                      dyskusji na "macochach";smile
                      upss, ide spac, "dosyć tych świństw" - ide zakopać się w łóżku.
                      Cholercia, zapomniałam w ferworze walki zeźreć antybiotyk!!!

                • darcia73 Re: Chyba jakaś pomyłka/?? 17.03.05, 09:09
                  > No włsnie, Ty tak darciu zrobiłaś. I nie wiem co to oznacza ze zwiazek był
                  > w "zamrożeniu", ale gdyby mnie to spotkalo (to znaczy inny meżczyzna) po tym
                  > jak nie mieszkalam juz ze swoim meżem, a przed zlozeniem pozwu o rozwód, to
                  > chyba nie "zamrażałabym" niczego.
                  > Dla mnie sprawa była prosta. Zwiazku juz nie bylo.
                  > Jedyne co mogłoby mnie skłaniać do opcji "zamrozenia" nowego zwiazku, to
                  fakt,
                  > ze on wykorzystałby to przeciwko mnie w sadzie.
                  > Emocjonalnie czułabym sie rozgrzeszona.


                  W swoim środowisku mam wielu wierzących ludzi, sama uważam się za chrześcijankę
                  i codziennie staram się by nią rzeczywiście być. Jako mężatka nie miałam
                  sumienia spotykać się jako z „narzeczonym” ze swoim M, bo czułam się z tym
                  strasznie źle. Rozmawialiśmy przez telefon, i czekaliśmy na wyrok sądu.
                  Wydawało się to wiecznością ale dało się przetrwać.
    • nareene Re: pochwała macochy 17.03.05, 08:35
      Ojoj aż złapałam się za głowę, jak zobaczyłam to rano. Tracę powoli wiarę w
      facetów i związki. W depresję wpędzają mnie traktaty nt. "Niezmienna a wredna
      natura samca gatunkowi ludzkiemu przynależnego" albo "Każdy facet do wzięcia".
      Zachowujemy się jak hodowcy jakiś egzotycznych zwierzątek. Zwierzątko ma swoją
      dziką naturę a my wszystko tłumaczymy tą naturą. Zwierzątko uciekło bo ktoś je
      zwabił lepszym smakołykiem? Taka już jego natura, że lubi smakołyki. Ech. Nie
      lubię myśleć o mężczyznach jako o podgatunku. Przecież kobiety też mają chwile
      słabości, też potrafią krzywdzić. Też czasem są zagubione. Na nich w takim
      samym stopniu leży odpowiedzialność za rozpad związku. Czasem ta
      odpowiedzialność zaczyna się w momencie, gdy ignorując intuicję i drobne
      sygnały wiążemy się z nieodpowiednią osobą. Bo w końcu z kimś TRZEBA się
      związać.
      Idę się załamać.
    • ludwinia :)) 17.03.05, 10:21
      a ja slyszalam ze winne sa zawsze dwie osoby przy rozpadzie zwiazku:

      zona i tesciowa

      smile)

    • cymbeline Re: pochwała macochy 21.03.05, 17:25
      Hmmmm...chciałabym,żeby te słowa:

      "moje dzecko ma wspaniałą macochę.Mądą,ciepłą i taktowną.I zwyczajnie po ludzku
      dobrą.Cieszę się po prostu,że tak jest.."

      powiedziała kiedyś ex mojego męża o mniesmile))

      P.S. chociaż myślę,że dużym komplementem,jeśli nawet nie większym, byłoby
      uslyszeć takie słowa od dziecka meża.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka