Dodaj do ulubionych

smutek po fajnym dniu

19.09.06, 22:48
Tak sobie jeszcze rozpamietuje weekend nad jeziorem z małą, mężem i moim
bratem.
Las, jezioro, kąpanie się i pływanie, zbieranie przez małą własnoręcznie
grzybków, uczyłam ją rozpoznawać które jadalne, a które nie, rozmowy, zabawa
z psem do upadłego - innymi slowy super dzien.
I po euforii taki jakis nagly smutek.
Jak poszlam z nią, by sie przebrala do snu, to takimi smtnymi oczkami
powiedziala, ze jest bardzo fajnie i w ogole, ale chcialaby by mama tez byla.
I tu zauwazylam wlasnie pewną prawidlowosc. Jak mamy fajny dzien, ona
smutnieje, jakby dochodzilo do niej, ze wszystko jest w komplecie, tata, ja,
fajny dzien i ze chcialaby sie tym fajnym dniem tez podzielic z mama.
Jakby jej nie pasowalo, ze nie mozemy byc wszyscy razem.
Jak odwozilismy ja do domu, to koniecznie chciala bym weszla, zobaczyc jak
ona mieszka, bo jeszcze u niej nie bylam.
Smutne to troche, ja jej tlumacze, ze mama z malym synkiem nie moglaby na
taką wieś przyjechać.
I mysle, ze z wiekiem mala bedzie miala wiecej przemyslen na ten temat... I
moze sobie przypomni, ze jednak nie zna mnie "od zawsze".
Obserwuj wątek
    • mrs_ka Re: smutek po fajnym dniu 19.09.06, 23:57
      Wiesz, Nocka, ta ciąża dziala na Ciebie wybitnie refleksyjnie. Nadrefleksyjnie
      powiedziałabym.
      Mimo to Masz rację.

      Bo tak naprawdę rodzina zrekonstruowana jest złudzeniem. Rodziny nie da się
      zrekonstruować. W pewnym sensie my wszystkie- macochy, eks żony, rozwódki-
      karmimy się iluzjami i mysleniem życzeniowym. Choć może macochy popelniają ten
      błąd najrzadziej, bo jest on raczej udziałem ich mężów, którym się wydaje, że
      można wszystko zacząc od nowa. Można i zarazem nie można. Rodziny się nie
      zrekonstruuje jak napisałam.

      Ostatnio dotarło do mnie to samo, co do Ciebie, choć może na innym poziomie, bo
      tez i nasze role życiowe są odmienne.
      Pomyślałam sobie, że ja właściwie nic nie wiem na temat tego, czy moje dziecko
      ma tragiczną skazę w postaci rozpadu rodziny czy tez jest szczęsliwym dzieckiem
      rodziny rekonstruowanej w co- jak przypomnę- nie tylko szczerze wierzę, ale też
      piszę o tym na forum.

      Oprócz tego, że mój dom rodzinny nadawałby się na eksponat w wielowymiarowym
      muzeum ludzkich stosunków, dział "patologie", sala "rodzina dysfunkcyjna", to
      jednak rozstania rodziców nie przezyłam nigdy, nie przeżyłam rozwodu i założenia
      nowych rodzin, o posiadaniu przyrodniego rodzeństwa nie mówiąc. I tak naprawdę
      nie mam zielonego pojęcia, co czuje w związku z tym moje dziecko. I czy jest to
      gorsze/lepsze/inne od moich uczuć jako dziecka. Nie mam skali, żadna z nas jej
      nie ma, nawet te z rozbitych domów nie mają pojęcia, na ile ich odczucia są
      porównywalne z uczuciami pasierbów.

      Owszem, mój syn ma super ojca, super ojczyma, super macochę i matkę też super
      jak skromnie przypuszczam, ale nie ukrywajmy: piorun walnął w centrum jego
      świata i ten świat rozpirzył.
      Mała scenka: kiedy mąz był jeszcze niemężem przychodzil do mnie z walizką, w
      której trzymał swoje rzeczy. Pewnego dnia dwuletni Młody kopnął z całej sily w
      walizkę i wymamrotał "jak ja nie lubię tej walizki".
      Nie skomentuję tego, myslę że jest to wystarczająco wyraziste.

      To wszystko gdzieś jest, gdzieś siedzi.
      U mnie (myślę, że u Ciebie, Nocko, podobnie) jest- BIORĄC POPRAWKĘ NA SYTUACJĘ-
      OPTYMALNIE. Ale właśnie: "biorąc poprawkę na sytuację", bo ta poprawka musi być
      odtąd zawsze uwzględniana.
      Tak naprawdę nie mam prawa pisać pierdół tak często pojawiających sie na
      Samodzielnej: lepiej żeby dziecko miało rozwiedzionych i szczęsliwych rodziców,
      niż mieszkało z nieszczęśliwymi rodzicami w jednym domu.
      To dla mnie jest zwyczajny bulszit. Przyznaję- sama go czasem używam, choć
      ostatnio coraz rzadziej, bo jest miałki jak mąka ziemniaczana. Bo jest
      wytrychem, pretekstem. Takim samym bulszitem jest "żona go nie rozumiała" czy
      "ma troje dzieci z małżeńskiej wpadki, bo żona go uwiodła".
      Zresztą na Rany Chrystusa: wszystkie jak tu jestesmy, czy to eksie czy neksie,
      jesteśmy czasem piramidalnie głupie i nie ma się co tutaj czarować.

      Nie wiem, co Ci chcialam tak naprawdę przekazać, Nocka. Może to, że prawda
      czasem boli, ale to nie znaczy, że my sami błądzimy. Po prostu cechą prawdy jest
      jej bolesność i tyle.
      Jesteś na pewno świetną macochą, myślę że Wasza Młoda ma ciepły dom u matki i
      ciepły dom u ojca. Czy to znaczy, że deficyt został uzupełniony? Nie, to nie
      znaczy, że deficyt został uzupełniony. I tak musi być, czasem rzeczywistość
      dzieli sie na wiele płaszczyzn i na jednej jesteśmy nieszczęśliwi, podczas gdy
      na drugiej płaczemy z radości.

      Ale dobrze, że o tym myślisz. Myslenie jednak uwrażliwia na problem, nawet jeśli
      problem nalezy do nierozwiązywalnych.

      A, przypomniało mi się, co mnie jeszcze wkurza. Powiedzialabym nawet mocniej: to
      mnie wkurwia. Apoteoza pełnych rodzin, wszystkie Muminki mają rodziców,
      krasnoludki mają rodziców, Kamyczki tez mają mamusię i tatusia.
      A my jesteśmy dziwolągami, przybyszami z MatPlanety, ni pies ni wydra. Nas nie
      ma nawet w bajkach.

      Widzisz, Nocka, Twoja pasierbica nigdy nie wciśnie się już między ojca i matkę i
      nie będzie z nimi wygłupiać w czasie dobranocki.
      To jest to, co żeśmy odebrali naszym dzieciom poprzez beznadziejne decyzje
      życiowe (mowa zarówno o związku jak i rozwiązku, to już niech każdy do siebie
      dopasuje). Mój kochany mąż nie jest ojcem Młodego, no nie jest nim. I to za
      cholerę nie jest teatr, w którym możemy podmienić role i scenariusze. Choć
      czasem by się chciało.

      Jasne, że always look on the bright side of life, zawsze może być gorzej, i tak
      nie jest źle, fafa rafa, ale prawda jest taka, że w pewnym momencie żesmy to
      życie naszych dzieci schrzanili i już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś.
      Będzie inaczej.
      Twoje "inaczej" jest fajne; myślę, że moje "inaczej" tez jest fajne.
      Ale to nie jest Mamusia, Tatuś i Muminek, no za cholerę nie jest i nie będzie.

      Trza żyć dalej. Dbaj o siebie, Nocka i pamiętaj: brutalność prawdy nie ma wpływu
      na rzeczywistość, jest tylko kolejną jej warstwą.

      a.

      ps. bardzo prosze nie odbierac mojego postu na zasadzie: i to jest wlasnie to,
      co sprawia, że rozwiedzeni rodzice do końca życia rekompensują dzieciom osobiste
      straty. Chodziło mi o coś jednak głębszego, mam nadzieję, że wyraziłam się w
      miarę zrozumiale.
      • ciemnanocka Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 00:38
        > Wiesz, Nocka, ta ciąża dziala na Ciebie wybitnie refleksyjnie. Nadrefleksyjnie
        > powiedziałabym.
        no wiem wlasnie. Ale wiesz, zwolnienie powoduje, ze mam nieco wiecej czasu
        pomyslec nad rzeczami, ktore normalnie uciekają gdzies w biegu... I w naszym
        zwiazku od myslenia na temat emocji, uczuc jestem zdecydowanie ja. Moj mąż tego
        za nic nie czuje.

        A wydaje mi sie, ze jeszcze niejeden watek refleksyjny zaloze...

        > Widzisz, Nocka, Twoja pasierbica nigdy nie wciśnie się już między ojca i
        matkę
        > i
        > nie będzie z nimi wygłupiać w czasie dobranocki.

        ech bardzo obrazowo to napisalas...
        I wiesz... Teraz sobie mysle, jak sie pojawi minizdechlak na swiecie, to ona
        bedzie miala po raz pierwszy w zyciu obraz "pelnej" rodziny... Ex wyprowadzila
        sie z nią od mojego męża jak ona miala 2,5 roku. Jak miala 3,5 to mnie poznala.
        Ex ma synka, ale bez partnera... Partner gdzies daleko, nie mowi sie o tym.
        Mieszkają w 3 pokojach z rodzicami ex. Nie jest to wzor normalnej rodziny.
        A u nas bedzie widziala, ze nasze dziecko bedzie mialo mamę i tate i pewnie tez
        jakos bedzie musiala sie w tym wszystkim znalezc...

        Co do literatury, to czasem w filmach sa poruszane sprawy rozwodu, klotni
        malzenskich... Ale zawsze sie to konczy probą godzenia rodzicow przez dzieci...
        Udana proba - wiec dla nas, macoch nie bardzo korzystna sytuacja.
        A naprawde nie ma ksiazki, w ktorej pokazana jest taka "pozszywana rodzina"?
        Taka, ktora w jakis prosty sposob wyjasnia, ze nadal mama i tata ją kochają?
        Moze by napisac?smile
      • emes6 Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 00:47
        > Owszem, mój syn ma super ojca,

        Rozumiem, ze to ten sam mezczyzna, ktory w swoim czasie pral cie po buzi?

        >i matkę też super

        I zapewne superdlugie kazania na kazdy temat tez.

        • mrs_ka Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 01:07


          Drogie Panie, może jestem przewrażliwiona, ale czy nei wydaje się wam dziwne, że
          z konta emes6 (czyli rzekomej pasierbicy Juli, wszystkie pamiętamy sprawę) nagle
          pisany jest post wrogi w stosunku do mnie, w znanym mi świetnie julcinym stylu
          (jestem jednym z alergenów Juli, natomiast jej pasierbica nie ma do mnie żadnego
          stosunku) w dodatku przy użyciu tych samych sformułowań ("prać po buzi"-
          pamiętny post Juleńki, która zdiagnozowała mnie jako ofiarę przemocy domowej
          smile)) ) ?
          Co jest według Was grane?
          Czy emes6 i Jula to jedna osoba? Bo na to w gruncie rzeczy wychodzi... Naprawdę-
          mam wspaniałą wyobraźnię i kocham Pratchetta, ale są jednak sytuacje, których
          moja fantazja nie ogarnia.
          A może Jula się włamała na konto pasierbicy? Ee, jakoś mało prawdopodobne mi się
          to wydaje.
          A może Jula nie istnieje, nie istnieje tez pasierbica, tesciowa i wszystkie te
          żałosne problemy (tzn. nie problemy były żałosne, a poziom ich postrzegania)? To
          akurat nie byłaby zła wiadomość.

          Tak więc mała sugestia: może warto byłoby sprawdzić IP Juli i Emes, które
          powinny się różnić. Emes pojawiła się na tym forum również po tym, jak nie
          korzystała już z ojcowskiego komputera. POwiem szczerze, że frapuje mnie to o
          tyle, że byłby to chyba pierwszy taki przypadek, w którym całe forum zostało
          zrobione w regularne jajo.



          a.
          • natasza39 Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 09:58
            Faktycznie frapujące. Jednak nie az tak, aby sobie zaprzątać łeb jakąś głupia
            julcią.
            Myslę, że julcia istnieje. Nie może konkretnie jako ten czy inny nik, ale w
            zyciu pełno jest takich postaci. Mongołda, to typowy troll. Julka-poziomka to
            typ egoistycznej i głupiej dziwy, które w realu występują nagminnie.
            • mrs_ka Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 10:52
              Tak, Nataszo, ale ja piszę o sytuacji, z której wynika, że Jula jest
              jednocześnie swoją znienawidzoną pasierbicą. I to dla mnie jest zdecydowanie
              frapujące chociażby z powodu problematyki kreowania postaci równoległych.
              A dla reszty userek powinno być interesujące z tego powodu, że poświęciły
              uroczemu duetowi wiele uwagi i nerwów, podczas gdy być może był to jedynie
              występ solowy niezrównoważonej smarkuli ze schizofrenicznymi inklinacjami.

              a.
    • lehija_1 Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 11:54
      Ciemnanocko,

      > I tu zauwazylam wlasnie pewną prawidlowosc. Jak mamy fajny dzien, ona
      > smutnieje, jakby dochodzilo do niej, ze wszystko jest w komplecie, tata, ja,
      > fajny dzien i ze chcialaby sie tym fajnym dniem tez podzielic z mama.

      U nas jest podobnie. Corka meza czuje sie winna, kiedy dobrze sie z nami bawi. Czasem wieczorami w wakacje dociera do niej, ze nie tesknila do mamy i chyba wtedy ma wyrzuty sumienia bo pojawiaja sie wybuchy i smuteczki.

      Gorzej jeszcze bywa, gdy ma wybuch uczuc dla mnie, bo potem sie chowa. Jesli na przyklad wyrwie jej sie "bardzo Cie kocham" albo cos w tym stylu, to mam gwarantowane, ze na nastepny dzien albo weekend bedzie sie zachowywala, jakby mnie pierwszy raz na oczy widziala, w obecnosci swojej mamy przy swietach rodzinnych potrafi miec taki konflikt lojalnosci, ze zachowuje sie, jakby zadnej z nas nie znala i unika kontaktu wzrokowego. Kiedys jako mala dziewczynka przejezyczyla sie i powiedziala do mnie "mamo" to plakala przez pol nocy.

      Syn meza o dziwo w ogole nie ma takich problemow. Wszystkich lubi i lubi zmiany, raz tu raz tu, wszedzie jest fajnie.

      Ciezko czasami na sercu, jak sie pomysli o dzieciakach, ze jednak rozwod, moze i konieczny, to dla nich wielki cios. Ale obowiazkiem czlowieka jest dazenie do wlasnego szczescia. Nie oszczedzimy dzieciom calego bolu.

      A ja bedac mala dziewczynka pamietam bardzo sie smucilam i duzo plakalam, ogolnie czesto dopadal mnie weltschmerz i niezrozumienie ze strony otoczenia - a tymczasem mialam, obiektywnie patrzac, szczesliwe kolorowe dziecinstwo w pelnej rodzinie i bardzo kochajacych sie rodzicow. Wiec moze to po prostu zalezy od charakteru.
      • mrs_ka Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 11:59
        Dlaczego piszesz, że obowiązkiem człowieka jest dążenie do szczęścia? To nie
        jest żadna prawda ogólna ani nakaz smile Ja na przykład uważam dokładnie odwrotnie:
        obowiązkiem człowieka jest minimalizowanie cierpień otoczenia, zaś jego własne
        szczęście jest tylko opcją, a nie gwarancjąwink

        Nie zrozum mnie źle; zgadzam się z treścią Twojego postu, ale to jedno zdanie mi
        zazgrzytało. Gdyby naszym obowiązkiem było dążenie do szczęścia nei byłoby
        niczego zdrożnego w zdradach, kradzieżach czy rozbojach; byłyby to tylko jedne z
        dróg prowadzące do czyjegoś indywidualnego szczęścia, które jest przecież dobrem
        nadrzędnym.

        a.
        • claairee Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 12:28
          mrs_ka napisała:

          > Dlaczego piszesz, że obowiązkiem człowieka jest dążenie do szczęścia?

          ===> może w takim sensie, ze nikt inny tego za nas nie zalatwi, jesli my sami
          tego nie zrobimy. Tak myślę, ze nie chodzi o to , ze nasze szczeście jest
          wartością nadrzedną w stosunku do szcześcia innych ludzi. Ja to widzę w ten
          sposób, ze mam starać się być szcześliwą, na tyle na ile jest to mozliwe, nie
          krzywdząc innych.

          pozdrawiam
        • lehija_1 Re: smutek po fajnym dniu 20.09.06, 14:25
          > Dlaczego piszesz, że obowiązkiem człowieka jest dążenie do szczęścia? To nie
          > jest żadna prawda ogólna ani nakaz smile Ja na przykład uważam dokładnie odwrotnie
          > :
          > obowiązkiem człowieka jest minimalizowanie cierpień otoczenia, zaś jego własne
          > szczęście jest tylko opcją, a nie gwarancjąwink

          Mialam na mysli to, ze zycie jest darem, za ktory kazdy sam odpowiada, o ktory musi sie troszczyc. Jestem przeciwniczka meczennictwa dla "dobra" innych. Ale chyba zrozumialas, ze ja mysle, ze czlowiek za wszelka cene, po trupach, powinien dazyc do tego, zeby jemu bylo dobrze - ale to nie o to mi chodzilo.

          Natomiast absolutnie sie nie zgadzam z pojeciem, ze Obowiazkiem czlowieka jest minimalizowanie cierpien otoczenia. Jesli w miare mozliwosci da sie, jestem oczywiscie za. I moge sobie wyobrazic, ze szczesciem dla mnie bylaby np. praca, w ktorej mozna pomagac i okazywac serce, moze nawet dawac ludziom namiastke szczescia, cieplo i tak dalej. Ale i w tym przypadku powoduje czlowiekiem egoizm (daje tyle siebie wiec jestem wspanialym czlowiekiem i czuje sie dobrze) oraz istnieje zagrozenie, ze ten czy inny sie na sile uszczesliwic nie da.

          Obowiazek? Nie.
          Dobra wola - jestem zdecydowanie za.

          Problem w tym, ze nigdy w zyciu nie da sie kazdemu zrobic dobrze. Ci, ktorzy probuja, laduja obarczeni depresjami na garnuszku spoleczenstwa. Nikomu sie od tego nie robi lepiej. Jakby sie kazdy czlowiek zajal soba, i to zajal dobrze, to o kazdym zostaloby pomyslane. I dzieci trzeba uczyc, ze musza myslec o sobie.

          Podam ci przyklad:
          Masz corke, kochasz ja ponad zycie. Ona dorasta, wychodzi za maz, rodzi dzieci. Jej maz powiedzmy rozpija sie, nie awanturuje moze, ale zwiazek przestaje istniec. Dzieci kochaja tatusia a Twoja corka chudnie, szarzeje i cierpi. Uwazasz, ze Twoja corka powinna zlozyc swoje prawo do szczescia na oltarzu minimalizowania cierpien? Jaki jest tego bilans? Ona cierpi, maz jej cierpi bo jest chory - dzieci-jeszcze nie cierpia, ale juz ucza sie minimalizowac cierpienie innych rezygnujac z wlasnego szczescia. Ty cierpisz jako matka (czy po to cierpialas minimalizujac kiedys cierpienie swojej corki, zeby ona teraz cierpiala? - bo przeciez tego sie nauczyla od Ciebie) i tak dalej... To jakis obled! Do takich rezultatow dochodzi ktos, kto po trupach realizuje zakorzenione przekonania. Tyle, ze wlaczajac trupa wlasnego i swoich najblizszych.

          Dawac zawsze jest latwiej. Dawac kazdy lubi, bo jest wtedy ponad innymi, ma kontrole nad otoczeniem. Ale brac, szczerze i otwarcie, to wielka sztuka.
    • lilith76 Re: smutek po fajnym dniu 21.09.06, 10:25
      ciemnanocko, myślę, że kiedy urodzisz dziecko, spędzisz szmat czasu na relacjach z nim, to zrozumiesz jak miłe jest gdy ono nawet będąc daleko od ciebie pragnie dzielić się z tobą dobrymi wrażeniami. I nie ejst to żadną ujmą dla innych opiekunów dziecka.
      Być może oglądając coś z mamą dziewczynka pewnego dnia pomyśli: szkoda, że ciemnanocka tego nie widzi wink
      • kalina81 Re mrs_ka! 21.09.06, 22:27
        No po prostu chyba masz gorsze dni! Zawsze ilekroć gdziekolwiek pojawia się
        wątek, który powoduje moje wzburzenie, niesmak itp. i mam ochotę się
        uzewnętrznić, ale dojrzę, że Ty się już wypowiedziałaś- odpuszcza, bo wiem, że
        potrafisz świetnie opisać to co sama chcę powiedzieć. Daltego aż zmroziło mnie,
        gdy przeczytałam co tu napisałaś. Nie wiem, czy akurat kojarzysz mnie tak, jak
        ja Ciebie, więc po krótce. Moi rodzice rozwiedli się gdy miałam osiem lat, gdy
        miałam dziesięc pojawił się Mati mój najukochańszy brat, a trzy lata później
        drugi braciszek. Dziś mam 25 lat, mam wspaniałego tatę, macochę dwóch braci,
        mamę, babcię, miałam cudownego i najukochańsego ojczyma. Oczywiście róznie było,
        czasem docieranie się sprawiało ból, ale jedno wiem na pewno. Najważniejsze w
        życiu to być szczęsliwym, znaleźć kogoś, z kim się jest szczęsliwym, jeśli mama
        jest szczęśliwa, to dziecko też i nieważne, że nie z jego ojcem (oczywiście
        pomijam sytuacje, gdy ojczymem/macochą staje się ktoś, kto nienawidzi,
        nieakceptuje dziecka partnera- to też przeżyłam). Może jestem dziwna,
        nienormalna itp, ale ja się cieszę, że moi rodzice nie są razem, oni nigdy nie
        mogliby byc ze sobą szczęsliwi, rodziny które teraz tworzą to dwa różne światy,a
        le ja w obu jestem szczęsliwa i czuję się na miejscu. Dlaczego? Bo najważniejsze
        osoby w moim zyciu są szczęsliwe, kochane, znalażly miłość i pokazały mi, jak
        powinny wyglądać relacje w dobrym związku- choć niekoniecznie ich wspólnym.
        Dodam, że nigdy nie było wobec mnie taryfy ulgowej i traktwania -odpuśćmy jej
        naukę/pyskowanie/wagary itp bo ona taka biedna rodzice nie mieskzają razem.
        Miałam i mam dwa domy, mamy i taty, w każdym było miejsce dla mnie w zdrowiu i
        chorobie, zawsze. I tylko to się liczy, tylko pełna akceptacja w rodzinie
        sprawia, że człowiek jest silny i pewny siebie, a nie to, czy rodzice byli
        razem, by stwarzać pozory. Nie umiem pisać tak pięknie i adekwatnie jak Ty, ale
        mam nadzieję, że mnie zrozumiesz i poczujesz się lepiej.


        Co do sytuacji opisanej przez ciemnąnockę, wiesz jak ja jeździłam z mamą po
        świecie, a byłam bardzo zakochana w jakimś mężczyźnie, to myślałam, -jaka
        szkoda, że nie może tu być/tego zobaczyć/ podziwiać razem ze mną. Takie uczucie
        towarzyszy nam zawsze, gdy widzimy coś pieknego, anie mozemy podzielić się tym
        ze wszystkimi, których kochamy. Jesteś bardzo mądrą kobietą i macochą, wierzę,
        że nie sprawia Ci przykrości zachowanie małej, daj jej po prostu to przeżyć,
        pozmucić się, że jej mama tego nie widziała, bądź pewna, że przeżycia, któe
        dzieli tylko z Tobą za parę lat okażą się wielkim spajającym Was ogniwem.


        pozdr kalina
        • mrs_ka Re: Re mrs_ka! 22.09.06, 00:32
          dzięki za ten post. Nie mam przecież monopolu na prawdę, a w tej kwestii akurat
          z przyjemnością uznam, że nie mam racji smile
          Tym niemniej nie zmieni to faktu, że lepiej jest być piękną, mądrą i bogatą, i
          tak samo lepiej mieć kochających się rodziców niż mieć kochającą mamę i ojczyma.
          Wiesz, mnie wcale nie cieszy to, co piszę. Ja sama jestem kochającą mamą
          związaną z kochającym ojczymem i wolałabym, żeby proporcje były odwrotne, ale są
          jakie są.

          a.
          • mrs_ka errata 22.09.06, 00:33
            Boże, przepraszam, zdanie o kochającej mamie związanej z kochającym ojczymem
            zabrzmiało jak kazirodcza makabreska wink
            Oczywiście Wiecie, co miałam na mysli, więc już dalej nie tłumaczę. Chciałam
            tylko odszczekać błąd.

            a.
          • triss_m7 Re: Re mrs_ka! 22.09.06, 10:03
            > Wiesz, mnie wcale nie cieszy to, co piszę.

            Hmm, wybacz ale chyba troche sie gubisz... no i nie do konca wiesz co chcesz
            napisac. Prosze nie odbierz tego jako wrogiego ataku na Ciebie. Nie chcialabym
            Cie urazic ale to co piszesz (rowniez w postach powyzej) jest po czesci nie do
            konca przemyslane...?
            Pozdrawiam.

            • mrs_ka Re: Re mrs_ka! 22.09.06, 10:31
              Doskonale wiem, co chcę napisać, tylko wcale mnie to nie cieszy. Ja tu nie widzę
              braku logiki, wręcz przeciwniesmile Konstrukcja zdania jest najzupełniej prawidłowa smile
              Kiedyś wszyscy umrzemy- jest to a) prawda b) fakt, który wcale mnie nie cieszy,
              choć zdecydowanie jest prawdziwy. Tak samo faktem jest, że lepiej jest mieć
              fajną i pełną rodzinę niż fajną i niepełną rodzinę.
              To, co napisalam w postach wyżej (konkretnie w jednym) to próba mniej
              popularnego spojrzenia na problem. Ale to wcale nie oznacza, że jest to
              spojrzenie niewłaściwe.
              Po prostu inne.
              Sądzę też, że różne dzieci i dorośli róznie to przezywają, co prawdopodobnie
              jest kluczem do całej sprawy.

              a.
              • triss_m7 Re: Re mrs_ka! 22.09.06, 10:57
                Ja tu nie doszukuje sie niewlasciwych spojrzen smile
                Nie probuje Ci nawet powiedziec ze nie mozesz miec innego spojrzenia na sprawe.
                Zapewne kierujesz sie logika i pewnymi prawidlowosciami ale, no wlasnie. W
                Twoich postach jest a) rozgardiasz myslowy i haos, b) duzo smutku i wyrzutow...
                Sprawia to wrazenie ciemnej chmury nad glowa mimo szczesliwego zycia.
                Pozdrawiam!
              • triss_m7 Re: Re mrs_ka - jeszcze jedno 22.09.06, 11:44
                Jestes straszna pesymistka i duzo goryczy z Ciebie wyplywa. Wlasciwie, z tego
                co piszesz ulozylas sobie zycie ale szukasz dziury w calym. Zamiast gdybac co
                by bylo, jak bym wolala w sytuacji ktorej odrocic nie mozesz, skup sie lepiej
                na pozytywnym mysleniu, i moze cieplejszym nastawieniu do zycia. Pozdrawiam.
                • lilith76 Re: Re mrs_ka - jeszcze jedno 22.09.06, 12:01
                  Może to chałupnicza hermeneutyka, ale ja z wypowiedzi mrs_ki wyciągam inne wnioski...
                • m-jak-magi Re: Re mrs_ka - jeszcze jedno 22.09.06, 12:43
                  ja rowniez nie nazwalabym mrskiej pesymistka. dla mnie jest umiarkowana
                  realistka co bardzo mi sie w ludziach podoba, bo sama zaliczam sie do
                  tzw "nieszczesliwych na wlasna prosbe".
                • mrs_ka Re: Re mrs_ka - jeszcze jedno 22.09.06, 13:07
                  Triss, dziwi mnie Twój post.

                  Nie jestem pesymistką, jestem realistką z niewielkim przechyłem na rzecz
                  optymizmu, z tym że mam zwyczaj myśleć o otaczającej mnie rzeczywistości i nie
                  lubię afirmacyjnych papek, które mają rzekomo zmienić moje życie.
                  Tak, uwazam, że rozpad rodziny jest tragedią.
                  I uważam tez, że poradnikowo- brukowcowa psychologia nauczyła nas myśleć
                  swoistą spychologią, której reprezentantem jest motto "nieszczęsliwa matka to
                  nieszczęsliwe dziecko" powtarzane na Samodzielnej do znudzenia.
                  Nie mówię, że nieszczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko; nie mówię tez, że trza
                  się poświęcać dla ojczyzny, Boga i rodziny.

                  Mówię tylko : stop, zastanówmy się nad tym, wejdźmy w problem nieco głębiej niż
                  na poziom różowych, optymistycznych, usprawiedliwiających nasz egoizm hasełek.
                  Mnie ten poziom nie wystarcza i to, co robię, nie nazywa się "gorycz, ciemna
                  chmura, pesymizm", ale "pragnienie poznawcze". Bo ja lubię wiedzieć, lubię
                  myślec i lubię stawiać pytania.
                  I pierwszy raz stykam się z tym, że powyższe zostaje spłaszczone do wymiaru
                  pesymizmu i szukania dziury w całym. Chyba więc się nie porozumiemy.

                  Co więcej uważam tez, że w znakomitej większości moich postów nie ma chaosu
                  myślowego, bowiem uwazam się- być może niesłusznie- za osobę jednak
                  zdyscyplinowaną umysłowo i stylistycznie. Są tez posty, w których grają emocje i
                  wątpliwości, bo piszę np. o imponderabiliach- i tu trudno, abym operowała
                  wyrażeniami przesyconymi pewnością własną, skoro nie znam odpowiedzi na stawiane
                  przez siebie pytania.

                  Wracając do tematu: nie rozumiem, dlaczego tak trudno jest przyjąć, że rozwód
                  rodziców nie jest najlepszą imprezą w życiu. Na przykład małżeństwo moich
                  rodziców było beznadziejne, ale czy oznacza to, że pragnęłam ich rozwodu? Fakt,
                  że go pragnęłam, ale JESZCZE BARDZIEJ pragnęłam mieć szczęśliwych i kochających
                  sie rodziców. Po prostu rozwód nigdy nie jest pięcioma gwiazdkami przy
                  dziecięcych życzeniach, co nie oznacza, że neguję możliwość stworzenia fajnej
                  rodziny mama+ ojczym, tata+ macocha.
                  Jasne, że nie neguję.
                  Zadaję tylko pytanie, jak daleko poszliśmy z samooszukiwaniem się? Własnie w
                  imię własnego egoizmu, tych różowych haseł, potrzeby posiadania tu i teraz.
                  Uważam, że warto się nad tym zastanowić.
                  Warto też pomyślec o tym, co napisałam w pierwszym poście: smutek egzystencjalny
                  i zdolność do przeżywania różnych stanów są integralną częścią istnienia. Nie
                  odczuwa ich tylko głupiec. Ze smutkiem nie można wygrać choćby z tego powodu, że
                  umieramy, a już samo to nadaje naszemu życiu mało optymistyczny wymiar i ramy
                  czasowe.

                  a.

                  • triss_m7 Re: Re mrs_ka - jeszcze jedno 22.09.06, 15:07
                    W zadnym razie nie chcialbym Cie urazic czy obrazic. Jesli czujesz sie
                    dotknieta to przepraszam. Po prostu moje odczucia co do Twoich wypowiedzi sa
                    troche inne i byc moze dlatego sie nie rozumiemy. W kazdym razie szanuje Twoje
                    zdanie ale mam tez wlasne smile
                    Osobiscie staram sie lapac z zycia jak najwiecej radosnych zdarzen w kazdym
                    momencie i nie rozpamietywac zaistnialych (czesto nawet bolesnych) sytuacji.
                    Myslenie o smierci, stwierdzenia "nadaje malo optymistyczny wymiar naszemu
                    zyciu" co bez watpienia jest prawda) ale przede wszystkim uzywanie tego przy
                    okazji odpisywania na post kojarzy mi sie wybitnie przygnebiajaco...
                    Nie mniej powyzszy watek dotyczyl innej sytuacji a nam sie tutaj wywiazala
                    dyskusja.
                    W kazdym razie serdecznie pozdrawiam!
                    • claairee Re: Re mrs_ka - jeszcze jedno 22.09.06, 15:47
                      triss_m7 napisała:


                      > Myslenie o smierci, stwierdzenia "nadaje malo optymistyczny wymiar naszemu
                      > zyciu" co bez watpienia jest prawda) ale przede wszystkim uzywanie tego przy
                      > okazji odpisywania na post kojarzy mi sie wybitnie przygnebiajaco...
                      >
                      Dla mnie po prostu realistycznie. W końcu, to jedyna rzecz, co do której mozemy
                      być pewni, że nas spotka.
        • kasia_kasia13 Re: Re mrs_ka! 22.09.06, 13:23
          Kalina81, w sumie zgadzam sie z Toba, ze jesli rodzice nie sa ze soba
          szczesliwi, to lepszym rozwiazaniem jest, rowniez dla dziecka, jelsi sie
          rozejda i kazde bedzie szczesliwe z nowym partnerem. Ale, jeszcze lepiej
          byloby, rowniez dla dziecka, gdyby jednak rodzice byli szczesliwy ze soba.
          Piszesz " Bo najważniejsze osoby w moim zyciu są szczęsliwe, kochane, znalażly
          miłość i pokazały mi, jak powinny wyglądać relacje w dobrym związku- choć
          niekoniecznie ich wspólnym."
          I tak powiedz z reka na sercu, nie wolabys, zeby jednak w ich swpolnym?

          I jeszcze jedno:
          >Dodam, że nigdy nie było wobec mnie taryfy ulgowej i traktwania -odpuśćmy jej
          > naukę/pyskowanie/wagary itp bo ona taka biedna rodzice nie mieskzają razem.

          Przeciez nie chodzi o to, zeby takie dziecko traktowac ulgowo. Ale coraz
          czesciej spotykam sie z podejsciem, ze wlasciwie nic sie nie stalo, dziecko
          powinno zrozumiec, ze rodzice nie sa juz razem, z totalnym bagatelizowaniem
          problemu. A przeciez stalo sie.
    • triss_m7 Re: smutek po fajnym dniu 22.09.06, 10:19
      Ciemna Nocko,

      To bardzo dobrze ze spedzacie razem fajne dni smile
      Mala widocznie bardzo luci spedzac z Wami czas i nalezy sie z tego tylko
      cieszyc. Fakt ze smutnieje i chcialaby zeby mama tez mogla w tym uczestniczyc
      swiadczy o jej wrazliwosci. Jak ktoras z forumowiczek napisala, zdarzalo sie
      jej plakac i przezywac podobne sytuacje mimo iz miala oboje kochajacych
      rodzicow przy sobie. Niestety zycie pisze rozne scenariusze i nawet z takimi
      smutnymi sytuacjami trzeba sie zmierzyc a co trudniejsze pomoc przejsc przez
      nie Malemu Smutaskowi... Po prostu w tych sytuacjach badzcie z nia blisko,
      przytulcie (nie wiem jak to u Was jest czy lepiej Ty czy jej tato), i tlumacz
      tak jak piszesz.

      > I mysle, ze z wiekiem mala bedzie miala wiecej przemyslen na ten temat... I
      > moze sobie przypomni, ze jednak nie zna mnie "od zawsze".

      Z tego co piszesz to macie calkiem dobry kontakt. Mysle ze juz teraz pracujecie
      na dalsze relacje. Moze sie zdarzyc jakis okres buntu ale i to nie koniecznie.
      Niech Mala ma poczucie ze jestes jej bliska i ze zawsze moze na Ciebie liczyc.
      A takie mysli zapewne nie beda jej przychodzily do glowy smile
      Pozdrawiam!
      • kalina81 Re: kasia_kasia 22.09.06, 20:42
        odpowiadam z ręką na sercu
        Nie chciałabym, by moi rodzice byli razem. amen
        W dziecięcych mrzonkach, dawno temu, tak owszem. Ale stało się, co się stało i
        wiesz co? To było dla mnie jak wyzwolenie spod gradowej chmury, z której lada
        chwila spadnie grad. Jakby mi ktoś zdjął z pleców sto kilo co najmniej. Jak już
        kiedyś pisałam moi rodzice nie umieli rozstać się kulturalnie dla tzw dobra
        dziecka, byłam mieszana w ich utarczki i rozgrywki i chyba dlatego zrozumiałam
        znacznie więcej, niż dzieci przed któymi zatajano , że źle się dzieje, robiono
        dobrą minę, a potem jak grom z jasnego nieba bum i rozwód. Oczywiście dziecko
        zawsze wie, że coś jest nietak, że atmosfera zwarzona, ale jeśli przed nim się
        udaje, to ono ZAWSZE weźmie to za dobrą monetę, kryzys zażegnany, bo samo siebie
        oszukuje i gdy nagle okazuje się, że to wszsytko było kłmstwem, to udawanie pod
        publiczkę jest wściekłe i rozżalone, wtedy pragnie znów mieć dwójkę rodziców
        razem przy sobie. Tak to widzę. Ja natomiast zawsze widziałam te dwa światy,
        które ogarnęła nagła fascynacja swą odmiennością i z tej fascynacji powstałam
        ja. Dziecko nie tyle może miłości głebokiej, co namiętności i zakochania, które
        rzeczywistości się nie oparły. Tych dwoje nigdy nie byłoby ze sobą szczęśliwych,
        tato wzbudzał w mamie agresję swoją nieporadnością (co pewnie w fazie różowych
        okluraów ją rozczulało i pragnęła mu matkować całym sercem) natomiast w tacie
        budziła niechęć jej przebojowość (za co ją wcześniej podziwiał) i niemożność
        wykazania się przy niej jako mężczyzna. Mój pierwszy dom do wichura, huragan, tu
        się załatwia, buduje domy, inwestuje, spotyka ze znanymi ludźmi i wyjeżdża na
        objazdową wycieczkę po dżungli po pięciosekundowym namyśle zotawiając kartkę
        typu "jestem w ciązy, zaraz wracam". Mój drugi dom, to dom czysty i
        uporządkowany, choć skromny, gdzie króluje macocha odnajdująca się w roli pani
        domu i matki dzieciom tworząca ciepło domowego ogniska, oraz mój tato-
        fajtłapowaty ale szanowany patriarcha,dom taki rodzinny, pachnący czekoladowym
        budyniem, pełen psot, żartów, grania w chińczyka na śmierć i zycie, taki dom jak
        w jeżycjadzie.
        Nigdy nie dane by mi było przeżyć tego, odkryć ich prawdziwych światów, zobaczyć
        tego szczęścia i spełnienia na twarzach rodziców, gdyby byli razem.
        Powtarzam Cieszę się szczęściem moich rodziców, dali mi wszystko, co tylko
        rodzice mogą dać dziecku, a czego nie mogliby mi dać będąc ze sobą. Wiem to na
        pewno.

        mrs_ka wiele bym chciała powiedzieć, myślę, że na wiele tematów mogłybysmy
        porozmawiać, niestety szybciej mi się myśli niż pisze i nie lubię pisać w
        zasadzie. Rozumiem powód Twych smutnych przemyśleń i wątpliwości, mój tato
        czasem we wspólnej rozmowie zaczyna mieć mokre oczy i przeprasza mnie, że nie
        dał mi lepszego dzieciństwa. Także wiem o czym piszesz, ale wiedz też, że jako
        dziecko mego ojca ja nie umiem zrozumieć o czym on mówismile dał mi dzieciństwo
        spokojne, pełne miłości, dał drugi dom, w którym niegdy nie poczułam się obco.
        Rozumiem, że jako rodzic możesz mieć poczucie winy, ale mam nadzieję, że Twoje
        dziecko przekona Cię kiedyś, być już więcej tak nigdy nie myślałam
        pozdr
        kalina
        • jowita771 Re: kasia_kasia 25.09.06, 12:39
          ja się podpisuję pod tym, co napisała kalina, znam to uczucie z doświadczenia.
          moja mama nie ma łatwego charakteru, tata również nie miał. pewnie dlatego nie
          dali rady sie dogadać. nie znam sytuacji, kiedy byli razem, rozstali sie przed
          moim urodzeniem, rozwód nastąpił kilkanaście miesięcy pozniej. może dlatego nie
          czułam nigdy braku pełnej rodziny. mieszkałysmy z mamą, dziadkami i wujkiem,
          więc mężczyzny tez w domu nie brakowało. i zawsze uważałam, że moja sytuacja
          jest pięciogwiazdkowa, a to dlatego, między innymi, że gdy chciałam odpocząć od
          trudnego charakteru mamy, wsiadałam w autobus i byłam u taty. jak już zmęczył
          mnie tata, wracałam.
          no dobra, ze mną też nie jest łatwo wytrzymać, więc dobralismy sie wszyscysmile
          a problemy przegadywalismy jak emocje opadły, juz po powrocie od drugiego
          rodzica i wszystko było zawsze dobrze.
    • pom Re: smutek po fajnym dniu 30.09.06, 14:58
      Jestem przekonana, że to, jaka jest rzeczywistość, zależy w ogromnej mierze od
      naszego podejścia.
      Przeczytałam post Mrs_ki i trudno było mi sie z nia niezgodzic. Po czym
      przeczytałam inne wpisy i ... też musiałam sie zgodzić.smile
      Bo tak naprawdę o tym, czy nasze dzieci maja przysłowiowego gwoździa w
      emocjonalnym bucie decyduje w dużej mierze ich podejście, które kształtujemy my
      - rodzice. Nasz smutek jest ich smutkiem, nasze cierpienie jest ich cierpieniem.
      Także w kontekście wyrzutów sumienia, że oto rozpirzylismy dziecku życie. Bo
      czym innym jest użalanie się, nadmierne rozpieszczanie i rekompensowanie? Albo
      rozpamiętywanie swich własnych żali?
      Oczywiście, że to nie wszystko. Bo to by było za proste. Ale z pewnością reszta,
      dzięki naszej postawie wobec tamtego życia, jest łatwiejsza do przełknięcia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka