Dziś Dzień Ojca, a przede wszystkim ostatni dzień z pasierbem. W niedzielę ma
przyjechać po niego matka i zabrać Go na miesiąc wakacji. Jest mi bardzo
trudno rozstawać się z nim, choć jestem bardzo zmęczona pierwszym wspólnym
rokiem. Wzięłam nawet dwa dni wolnego, żeby spędzić z NIM jak najwięcej czasu
i wziąć udział w uroczystościach związanych z zakończeniem roku w nowej
szkole. Były zdjęcia, pizza, lody... Na dziś zaplanowaliśmy z moim M.
uroczysty obiad rocznicowy (ulubionego kurczaka Młodego), szampana. Zadbałam o
oprawę, kwiaty... Wydawało mi się, że jest to ważny dzień nie tylko dla mnie.
Kiedy składałam Młodemu życzenia, chciałam go uściskać, przytulić - on
odpychał mnie. Zwróciłam MU uwagę, aż w końcu urażona odeszłam i wzięłam się
za zmywanie naczyń po obiedzie, żeby nie widział moich łez. Straciłam ochotę
na szampana, świętowanie. Było mi STRASZNIE PRZYKRO. Młody wrócił do
komputera, mój M. jak się okazało - znowu ma muchy w nosie, obraził się na
mnie i stwierdził, że to moja wina. To ja szukam zwady, jestem
przewrażliwiona, itd. Zapytałam, czy ja lub on odpycha od siebie osobę, która
składa mu życzenia. Nie usłyszałam odpowiedzi. Czy to k... źle, że jestem
dobra, ciepła, okazuję uczucia jego synowi, nie jestem straszną macochą, tylko
traktuję go po prostu jak Dziecko? A może faktycznie jestem przewrażliwiona?
Mnie uczono, że im więcej się daje, tym więcej się dostaje. I w moim życiu
potwierdza się to - im więcej daję z siebie, tym więcej dostaję po głowie. Ale
to chyba nie o to chodzi.
W efekcie - teraz kumple - pojechali na rowery (Młody dostał nowy w nagrodę za
bdb oceny), a ja znowu siedzę sama w domu i ryczę. Moje uczucia zostały
podeptane. To wszystko jest bez sensu!!! I jeszcze bardziej wkurza mnie mój
M., że On mnie nie rozumie, awanturuje się przy Młodym. Nie jest to dobry
przykład dla Dziecka, które i tak ma złe wzorce z dzieciństwa.
A miał to być piękny, miły dzień...

(((((