Dodaj do ulubionych

rozbicie malżeństwa

25.11.03, 13:45
Cześć Wszystkim!
Chciałam dowiedzieć się od Was (drugich żon), czy kiedykolwiek przeżywałyście
jakieś wyrzuty sumienia związane z rozbiciem małżeństwa swojego obecnego
męża? I czy naprawde to jest tak, jak sie potocznie mówi, że odebrałysmy ojca
i męża?
Obserwuj wątek
    • pysia-2 Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 13:50
      nie wiem, ja nie rozbijalam. A jakbym nawet rozbila, wyrzutoow sumienia pewnie
      i tak bym nie miala. No bo dlaczego? To chyba nigdy nie jest tak, ze sie chlopa
      na sile za wlosy z cudownego malzenstwa wyciaga? Chcial, to poszedl, nie ja to
      inna, a jak sie mialo rozbic, to sie rozbilo.
      • delfina6 Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 13:55
        Kiedy decydowałam się na taki związek podobnie myslałam ja Ty pysiu, lecz
        niestety teraz juz sie w tym pogubiłam. Moja rodzina, jego rodzina - czuje, ze
        wszyscy mnie szykanują - mam już dość. A on oczywiście postrzegany jest jako
        niewinny baranek uwiedziony przez zła kobietę. Do szału mnie to wszystko
        doprowadza
        • mikawi Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 14:09
          ja też nie rozbiłam bo poznaliśmy się 4 lata po ich rozstaniu, gdy kazde miało
          swoje życie
          będąc w sytuacji, że facet dla mnie miałby odejśc od żony i rodziny pewnie bym
          sobie odpuściła, bo jestem zwolenniczką prostych sytuacji w życiu i nie
          chciałabym swojego komplikować (a tak na marginesie i tak jest skomplikowane
          jak się wiąże z facetem z przeszłością)
          prawda jest taka, że nie wiedzieć czemu faceci wychodzą jakoś obronną ręką z
          największego bagna w które się pakują, a winna jest potem zawsze kobieta, w tym
          przypadku ta, dla której to oni zostawiają swoją rodzinę
          dlatego myślę, że jeśli już jakieś poczucie winy - to powinien mieć twój facet
          a nie ty
          to że ty coś takiego czujesz świadczy o twojej wrażliwości, bo z pewnością nie
          jest to komfortowa sytuacja ktorej możnaby pozazdrościć, generalnie jednak
          reakcja otoczenia była do przewidzenia
          teraz musisz się zastanowić co dalej, bo czasu nie cofniesz - albo olejesz to
          wszystko co mówią i skupisz się na swoim związku i rodzinie i przestaniesz się
          zadręczać, albo jeśli nie da ci to normalnie żyć - odpuśc sobie faceta. Tylko
          że łatwo mówić. Rozważ mniejsze zło, czy rozbicie kolejnej - waszej - rodziny
          cokolwiek rozwiąże?
      • jutro6 Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 15:46
        Mój wtedy adorator, a dzisiaj mąż przekonał mnie, że to nie ja rozbiłam jego
        małżeństwo. Najpierw odszedł od niej psychicznie, uczuciowo, fizycznie. Potem
        rozpoczął romans i upewnił się, czy wyjdę za niego. Potem oboje złożyliśmy
        pozwy. Zanim skończyły sie rozwody, prześladowana, śledzona. To na mnie spadła
        wina. Choć sąd uznał też winę byłej żony. Przez kilka lat do dzisiaj jego
        dzieci patrzą na mnie dziwnie. I jak mam, pisałam w kilku wątkach.
        Jestem nadal przekonana, że nic nie rozbiłam. Tak jak nie zostało rozbite moje
        poprzednie małżeństwo, bo przestało istnieć wcześniej. Każdy czuje i wie, kiedy
        to się kończy. A była żona to hipokrytka, chodziło jej o forsę. No i co ma
        mówić, kiedy nawet sąd jej napisał, że sama sobie rozbiła własne małżeństwo?
        Szczuła mnie wobec wszystkich, aż jej się cgyba już znudziło.
      • ann_mart Re: rozbicie malżeństwa 10.01.04, 12:17
        pysia-2 napisała:

        > nie wiem, ja nie rozbijalam. A jakbym nawet rozbila, wyrzutoow sumienia
        pewnie
        > i tak bym nie miala. No bo dlaczego? To chyba nigdy nie jest tak, ze sie
        chlopa
        >
        > na sile za wlosy z cudownego malzenstwa wyciaga? Chcial, to poszedl, nie ja
        to
        > inna, a jak sie mialo rozbic, to sie rozbilo.

        Otóż Pysiu nie zawsze tak jest, że się nie wyciąga na siłę. Wiem to z autopsji.
        Mój mąż nawet nie wiedział jaki był ze mną nieszczęśliwy dopóki nie uświadomiła
        mu tego koleżanka z pracy. Pod płaszczykiem przyjacielskich rozmów wyciągała z
        niego informacje na temat naszego życia. Nie było to nic ważnego tylko np. "na
        czym ostatnio byliście w kinie?".
        "na filmie X'
        "A dlaczego właśnie na tym?"
        "Zona chciała"
        "A ty chciałeś na coś innego?"
        "TAk na Terminatora, ale żona nie chiała?"
        "NO, ja bym tak nigdy nie zrobiła. Jak mój chłopak chciał iść do kina to zawsze
        najpierw szliśmy na to na co on chciał, a potem na moje filmy"

        Historia druga:
        "Dlaczego nie byliście tam i tam?"
        "Bo nie mamy z kim dziecka zostawić"
        "Gdybym ja z toba miała dziecko to zawsze byłbyś dkla mnie na pierwszym
        miejscu, i spod ziemi bym jakąś opiekunkę wyciągnęła"
        Dodam, że młody miał wtedy 7 mies. i karmiłam pokarmem własnym w większości.

        I tak kropla drążyła kamień (nie siłą ale wytrwałością). Koniec końców mój mąż
        zrozumiał, że był przeze mnie przytłoczony (czego wcześniej nie odczuwał), że
        za mało mu czasu poświęcam, że dziecko zajęło jego miejsce (z czego wcześniej
        nie zdawał sobie sprawy. Że to co wcześniej było dla niego naturalne - czyli,
        że po urodzeniu dziecka nie da się funkcjonować tak jak wcześniej i wszelkie
        wyjścia trzeba planować w wyprzedzenie, załatwiając opiekę itp - nagle okazało
        się nienaturalne, stało się moją winą.

        Na szczęście w porę się zorientowałam co się święci i poszliśmy na terapię
        (terapeutka powiedziała zresztą, że w przypadku mężczyzn którzy chcą "mieć
        święty spokój" taki scenariusz jest dość typowy, że nawet gdy kochają partnerkę
        z całego serca można ich odciągnąć z dobrego związku mamiąc obietnicami
        spokoju, braku wymagań itp.
        Długo z tego wychodziliśmy, w szeregu kryzyzów, wyprowadzek męża. Odpukać od
        lipca spokój więc mam nadzieję, że jednak będę pierwszą i ostatnią.
        Ale gdybym się nie zorientowała i gdyby nie terapia - odszedłby. I naprawdę
        dużo zmieniliśmy w naszym związku bowiem w kilku punktach
        poczucie "nieszczęścia" mu się ustaliło wink)
        Jednak bez tej kobiety nie byłoby tych problemow bo mąż sam przyznał, że dal
        sobie wiele rzeczy wmówić i terapia i rozmowy z kolegami (szczególnie mającymi
        drugie partnerki) postawiły go do pionu.

        Jednak mimo tego, że miałabym pełne prawo obwiniać tę kobietę gdyby mój mąż
        odszedł to daleka jestem od tego by mówić, że każda druga (czy następna)
        rozbija małżeństwo swego partnera. Z pewnością tak bywa, ale nie oszukujmy się
        to nie są bezwolne dzieci (o ile są takie dzieci) ale dorośli ludzie i decyzja
        zawsze nalezy do nich. jeżeli nie chcą z kimś być to nie będą choćby
        obiektywnie była to najwspanialsza osoba na świecie.
        Pozdrawiam
        anka
    • yokono Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 14:24
      na szczescie nie mam tego problemu-poznalismy sie po rozwodzie. ale na twoim
      miejscu mialabym moralniaka. zreszta nie wyobrazam sobie bycia na twoim
      miejsscu. chociaz "nigdy nie mow nigdy" cale zycie powtarzalam ze nie zwiaze
      sie z rozwodnikiem a juz z dzieciatym to w zyciu
    • asiek25 Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 14:38
      Ja rozbiłam rodzinę mojego M., a przynajmniej tak czuję. I miałam ogromne
      wyrzuty sumienia z tego powodu. Do czasu, kiedy poczytałam sobie tutaj
      wypowiedzi dziewczyn, które uważają, że zaden facet nie odchodzi z małżeństwa,
      w którym wszystko jest super. Ja wcześniej też tak po cichu myślałam, choć
      zdawało mi się, że raczej takim myśleniem próbuję siebie wybielić. Teraz, kiedy
      wiem, że nie jestem jedyna, która tak myśli, moje poczucie winy jest dużo
      mniejsze, choć nie znikło tak do końca. Wiem, w jakich sytuacjach eks była nie
      fair w stosunku do M. i teraz widzę chyba jaśniej, że to miało bardzo duzy
      wpływ na rozluźnienie więzi między nimi.
      Ponadto kiedy się spotykaliśmy, ja nigdy nie wymuszałam, ani nawet nie
      namawiałam M. do tego, aby odszedł z domu. Wręcz przeciwnie - zawsze mu
      powtarzałam, że powinien zostać z żoną i dziećmi, jeśli będzie tam bardziej
      szczęśliwy, niż ze mną. To był całkowicie jego wybór - w zaden perfidny sposób
      nie próbowałam wpłynąć na jego decyzję.
      Rodzina mojego M. też przez dłuższy czas mnie nie akceptowała. Jego rodzice
      przez 2 lata nie chcieli mnie poznać, mmimo tego, że wiedzieli, iż mieszkamy
      razem. Ale w końcu się przełamali i nasze stosunki teraz są naprawdę bardzo
      dobre. To trochę boli, że ignorowali mnie przez tyle czasu, ale nie daję im
      tego odczuć i staram się też zrozumieć ich racje. W końcu dla dobra wszystkich
      dobrze jest utrzymywać przyjazne stosunki z rodziną. Mam nadzieję, że Tobie się
      to też którego dnia uda, choć może to jeszcze trochę potrwać. Spróbuj być
      cierpliwa.
      A z tym poglądem o odbieraniu dzieciom ojca to różnie bywa. Często jest tak, że
      to eks utrudniają lub wręcz zabraniają byłym mężom widywać się z dziećmi,
      manipulując emocjami innych na własny użytek. Tak jest w naszym przypadku. Więc
      tutaj poczucia winy nie mam żadnego.
      Pozdrawiam Cię ciepło!
      Asia
    • jayin Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 14:57
      ja nic nie wiem...smile
      Osobistego poznałam długo, długo po tym, jak się rozwiódł.
      Ewentualnie mogę powiedzieć, że przeze mnie/dla mnie (?) zakończył "związek" z
      jakąś tam panną, ale wyrzutów sumienia nie mam - bo tak de facto razem
      zaczęliśmy być dopiero po wielu podchodach wzajemnych i czasowych od
      tamtego "związku"smile

      z tego co wiem, to ta panna też akurat nie była powodem "rozpadu małżeństwa".
      więc ewentualne wyrzuty sumienia niechaj sobie spadają na inną poprzedniczkę smile


      pozdr.

      Joanna
      • aagacia Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 15:10
        nikomu ojca nie odebralam bo g. dalej jest cudownym ojcem - takim jakim byl
        gdy jescze mieskzal z nmama nadii.
        meza tez nie ukradlam - jakby sam nie chcial to bym go sila nie zaciagnela wink
        a rozumny chlop jest to by sie zbuntowal wink
        splot roznych wydarzen sprawil ze jestesmy razem - nasza odpowiedzialnosc
        dzieli sie na trzy. czasem jest mi smutno bo nigdy nikogo nie chcialam
        swiadomie skrzywdzic. niestety to jest cena ktora musielsmy zaplacic za to ze
        jestesmy razem. w kazdym razie - nie zaluje - chcialabym oszczedzic eks
        wszystkich cierpien. tule ze wtedy ja bym cierpiala..a ze wszyscy jestesmy
        egoistami...

        dziwi mnie tylko delfino twoj post na samodzielnych - o tym ze chcialabys zeby
        twoj maz wrocil do swojej eks ?? jak dla mnei to jakies jedno wielkie
        nieporozumienie..chyba nie masz prawa ingerowac w jej zycie...

        Agacia i Julka - Kulka
        " Prawda jest jak tlen - otrzymasz zbyt wiele i sie rozchorujesz" J.Caroll

        www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=621&w=5577873&a=5577873&v=2&strona=0
        • chalsia Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 15:22
          Taaa, mnie właśnie zastanawia DLACZEGO Delfina chce się pozbyć swojego męża w
          taki sposób (tzn, że ma wrócic do "pierwszej")? Może spełnił już swoją rolę????
          I że szuka pomocy od innych jak to zrobić, by to ON odszedł od niej.
          Może jestem niesprawiedliwa, ale jak dla mnie pachnie to jakąś wielką
          manipulacją.
          Pozdrawiam,
          Chalsia
        • delfina6 Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 15:24
          chce by p. wrócił do swojej pierwszej zony, bo jestem szczerze przekonana, iz
          ona nie odrzucilaby go, nawet wydaje mi sie iz chcialaby tego (sam p. tak
          powiedzial podczas naszej rozmowy). i juz wtedy nikt nie zarzucalby mi rozbicia
          malzenstwa, to ja bylabym samotna matka i mialabym szanse na nowy zwiazek.
          bardzo bola mnie te wszystkie wyzwiska i zarzuty wysuwane w moja strone,
          podczas gdy tamtej jest postrzegana jako chodzacy ideal.
          • aagacia Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 15:31
            przede wszystkim : miej gdzies to co powiedza ludzie. wazni jestescie ty i
            twoj maz i to co czujecie. jesli czujesz ze ten zwiazek nie ma juz sensu, ze
            bedziecie obydwoje w nim nieszczesliwi to po prostu zostaw sowjego meza. ale
            nie ingeruj w sprawy twego meza i eks. jesli rzeczywiscie maja szanse na to
            aby ponownie sie zejsc i byc razem szzcesliwi to daj im szanse zeby to byla
            ich wlasna decyzja.
            pozdrawiam
            • delfina6 Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 15:37
              ale posłuchajcie dziewczyny, jestem przekonana, ze jesli my sie rozstaniemy, to
              oni znow beda razem, czyli beda razem mieszkac i beda postrzegani przez innych
              jako rodzina, tu nie chodzi o to czy ona bedzie z nim szczesliwa czy
              nie.wszystkim chodzi o to by znow robili wrazenie szczesliwej rodziny.
              przepraszam za brak polskich znakow
              • naturella Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 15:39
                A mi się najbardziej podoba założenie i jednocześnie twierdzenie zawarte w
                pytaniu - że rozbiłyśmysmile

                Ja nie rozbiłam, poznałam męża pół roku po rozpoczęciu się ich sprawy
                rozwodowej. I ojca też nikomu nie odbierałam, bo mój mąż spędza mnóstwo czasu
                ze swoim synem i jest z nim bardzo blisko.

                A wyrzutów sumienia nie miałabym tak czy siak. Też jestem zdania, że od żony,
                którą kocha, facet nie odchodzi...
              • mikawi Re: rozbicie malżeństwa 25.11.03, 15:43
                delfino,
                zależy ci żeby ona była szczęśliwa czy żeby znowu była z twoim partnerem?

                a może przestań się zastanawiać nad szczęściem innych w tym ex twojego faceta,
                tylko pomyśl CO CIEBIE BY USZCZĘŚLIWIŁO? czy fakt, że oni byliby razem? czy
                fakt, że on nie byłby z tobą? czy byłabyś szczęśliwsza bez niego? to są
                zasadnicze pytania, a nie czy oni byliby znowu razem
    • kasjusz3 Re: rozbicie malżeństwa 26.11.03, 07:35
      Delfino

      Nie do końca rozumiem, jakimi kierujesz się motywami.
      Powtórzę się więc poniekad za Mikawi. Czy chodzi tu o jakis nadludzki niemalże
      altruizm wobec innych (chcesz ich uszczęślwić kosztem siebie?), czy o wyzbycie
      się wyrzutów sumienia, co jest już blizsze egoizmowi z kolei ("ważne, bym ja
      czuła się oczyszczona z zarzutów"?).
      Sądzę, że powinnaś odpowiedzieć sobie szczerze, dlaczego skłaniasz się ku
      takiemu myśleniu - obcemu mi, przyznam, ale zrozumiałemu.

      ***

      Od zawsze, a było to na długo przed faktem poznania mojego obecnego partnera,
      byłam zwolenniczką poglądu, że związki niszczą Ci, którzy je tworzą. Moim
      zdaniem nie istnieje nic takiego, jak wina osoby trzeciej, ponieważ, zabrzmi
      to zabawnie, żeby zaistniał trójkąt, musi najpierw przestać istniec duet,
      czyli, de facto, faktyczny trójkąt (z pełnym zaangazowaniem emocji każdej jego
      strony) nie istnieje nigdy, gdyż nawet w sytuacji, kiedy funkcjonuje jeszcze
      formalnie stary związek, a ktoś decyduje się na rozpoczęcie nowego, jego
      emocji w starym juz nie ma, a tym samym nie ma związku.
      I nie ma tu nic do rzeczy, u boku kogo, tymczasowo widnieje się na papierze.

      Posługując się mniej zawiłym tokiem myślenia - nie rozgladasz się na boki,
      póki jesteś szczęśliwa. Sam fakt, że to robisz, świadczy więc za tym, że nie
      jesteś. Oczywiście, jak w każdym zyciowym scenariuszu, praktyka jest zazwyczaj
      bardziej skomplikowana niż teoria. Tym samym, tyle o ile nie zgodzę się nigdy
      z poglądem o "wyłącznej winie tej trzeciej", przyznam, że w stosowaniu
      radykalnych rozwiązań mężczyżni są z reguły większymi tchórzami niż kobiety i
      dlatego częściej zdarzają im się uwikłania w "okresy przejściowe" pod
      tytułem "jeszcze żonaty, ale już związany z inną kobietą". Odpowiedź na taki
      stan rzeczy jest prosta - mężczyźni nie umieją odchodzić donikąd. Są bardziej
      gruboskórni i ubożsi o cały wachlarz emocji, charakterystyczny kobietom,
      dlatego łatwiej jest im tkwić w nieudanych związkach, choćby nie wiem jak
      wstrętnych, bo potrafią przedłozyć wygodę, przyzwyczajenie itd. nad miłość,
      pasję, namiętność. Dopiero kiedy namacalnie (a niestety zazwyczaj wiąże się to
      z poznaniem kogoś nowego) uświadomią sobie, w czym tkwią, rozbudza się w nich
      tęsknota za prawdziwym uczuciem, do którego gdzies tam pod warstwą
      swojej "wszystkojedności" i "bylejakości" tęsknią. Rozwijają wtedy skrzydła,
      odchodzą ze starych do nowych związków, z nadzieją na lepsze i wtedy zaczynają
      się schody...

      Zawsze dziwiło mnie, dlaczego mężczyźni nie odchodzą ze związków, w którym
      jest im źle, póki jeszcze mogą zrobić to z klasą, zanim rozpoczną się dramaty
      w stylu "byłe", "obecne", dzieci itd. Może dlatego, że ja myślę inaczej.Bo ja
      potrafię... Nie wiem.
      Kiedy zdałam mojemu mężczyźnie pytanie, co robił przez 5 lat u boku kobiety,
      na której temat tak de facto nic nie potrafi powiedzieć, która jest mu na
      wskroś obca pod każdym względem, odpowiedział mi, że nie wie...
      Wie jednak, że to jego wina, bo za długo zwlekał z decyzją, by powiedzieć
      swojej żonie o tym, że jej nie kocha.
      Stchórzył. I zapłacił za to wyskoką cenę. Zapłaciła ja ona i płacę ją ja.
      Ale to nie moja wina, że oni nie umieli zbudować sobie szczęścia.

      Mam nadzieję, że dojdziesz do takiego rozwiązania, które pozwoli Ci spać
      spokojniej, niezależnie od decyzji, jaką podejmiesz.

      Trzymaj się.
      Kasjusz

      Ps. Nie rozumiem tylko jednego. Czy Twój mężczyzna też czuje, że u boku byłej
      zony byłby szczęśliwszy, czy to tylko Twoje odczucia?
      I pamiętaj, że nikogo nie zabierasz dopóty, dopóki ten ktoś sam nie chce
      zostac zabranym.




      • delfina6 Re: rozbicie malżeństwa 26.11.03, 10:48
        Kasjuszku (nie wiem jak Twój nick odmienić) otóz ja chciałabym naprawić, to co
        zniszczyłam, czyli to, że odebrałam im szansę mieszkania razem (bo miłości z
        jego strony juz nie było, a to co ona czuła czy czuje tego nie wiem, choć
        przypuszczam, ze pewnie go kocha). I nie obchodzi mnie czy będą ze sobą
        szczęśliwi. Chcę poprostu doprowadzić do stanu w którym jego poznałam. I myslę,
        ze jest to raczej egoizm z mojej strony, bo chcę oczyścić sie z tych wszystkich
        zarzutów kierowanych w moja stronę. Wiem, że mówiłyście, bym się ludźmi nie
        przejmowała, ale teraz już mi nie chodzi o ludzi a o samą siebie, bo ja
        naprawdę bardzo źle myślę o sobie.
        • asiek25 Re: rozbicie malżeństwa 26.11.03, 11:24
          Delfinko, nie myśl o sobie źle!
          Ja też przez to przechodziłam. W kilka miesięcy po rozpoczęciu wspólnego zycia
          z moim M., kiedy okres euforii miłosenj już minął i zaczęło się życie normalne,
          też w pewnym momencie myślałam o tym, że lepiej byłoby, gdyby on wrócił do
          żony. Odnosiłam wtedy wrażenie, że z nią, w tamtym domu było mu lepiej niż ze
          mną. Przygniatały mnie wyrzuty sumienia strasznie. Odnosiłam wrażenie, że
          wszyscy mają mnie za potwora, który złośliwie i bezlitośnie zniszczył szczęście
          innych. Poza tym nam wtedy też się za bardzo nie układało. Nawet mu chyba raz
          powiedziałam, żeby wracał do żony i dzieci. Ale on nie chciał. I ona też też
          nie. I nadal jesteśmy razem.
          To nie Ty zniszczyłaś ich związek. Spróbuj to sobie uświadomić. Ja też tak
          długo myślałam, ale naprawdę dużo mi dały wypowiedzi innych dziewczyn
          (szczególnie Kasjusza i Jayin) odnośnie rozbijania cudzych związków. Poczytaj
          je sobie dokładnie, jest tam wiele mądrych słów, które powinnaś wziąć sobie do
          serca. Nie daj się zaszczuć innym. Podnieś głowę, spójrz innym w oczy i powiedz
          im, że to nie jest Twoja wina. Twój mąż powninien Cię w tym wspierać.
          Chyba, że to w Waszym związku brakuje już miłości i to jest prawdziwym powodem
          Twoich starań o przywrócenie poprzedniego stanu rzeczy. Czy tak?
        • darcia73 Re: rozbicie malżeństwa 26.11.03, 11:33
          Dziewczyno, masz nieźle pokręcone w głowie. Ja jestem ta pierwsza i nigdy nie
          chciałabym, żeby mi ta druga oddała eksa. To byłby horror dla wszystkich. Każdy
          człowiek ma wolną wolę. Jeżeli coś zaczyna się nie układać w waszym związku,
          nawet z powodu twoich wyrzutów sumienia czy opinii otoczenia, powinnaś szczerze
          porozmawiać o tym z partnerem i szukać uzdrowienia sytuacji w WASZYM
          MAŁŻEŃSTWIE, a nie „oddawać” męża eks żonie. Jak będzie chciał, to sam od
          Ciebie odejdzie. Ale jeżeli to ty czujesz się nieszczęśliwa i szukasz pretekstu
          do rozstania, to już inna sprawa.
      • femalespirit Re: rozbicie malżeństwa 26.11.03, 16:00

        > Od zawsze, a było to na długo przed faktem poznania mojego obecnego partnera,
        > byłam zwolenniczką poglądu, że związki niszczą Ci, którzy je tworzą. Moim
        > zdaniem nie istnieje nic takiego, jak wina osoby trzeciej,
        Alez oczywiscie, ze TEZ istnieje, bo ta trzecia/trzeci zwykle nie broni sie
        przed cala historia i nie podchodzi do niej obojetnie, tylko aktywnie dazy do
        tego, by zdobyc ukochana osobe. A tam, gdzie jest wlasna aktywnosc jest tez
        odpowiedzialnosc i wina. Naturalnie nie wylaczna, ale tez jakas, nie mozna
        udawac, ze jej nie ma.

        > Posługując się mniej zawiłym tokiem myślenia - nie rozgladasz się na boki,
        > póki jesteś szczęśliwa. Sam fakt, że to robisz, świadczy więc za tym, że nie
        > jesteś. Oczywiście, jak w każdym zyciowym scenariuszu, praktyka jest
        zazwyczaj
        > bardziej skomplikowana niż teoria.
        Zgadza sie, ale niestety sa ludzie, ktorzy jak sie pojawiaja klopoty w
        malzenstwie to wola szukac nowej osoby niz podejmowac prace i wysilek dla
        dotychczasowego zwiazku. Nowa ekscytacja, milosne i seksualne uniesienia zawsze
        wygraja ze zwiazkiem, w ktorym nie jest juz rozowo (co nie znaczy, ze jest
        tragicznie i nic sie juz nie da uratowac). Jest pewien typ ludzi, ktorzy
        przeskakuja z jednego zwiazku do drugiego jak sie tylko zacznie naturalny dla
        kazdego zwiazku moment znuzenia czy klopotow. I takich ludzi nie potrafie
        usprawiedliwic i nie uwazam ich odejscia od zon/mezow za calkowicie w porzadku,
        bo uczciwiej byloby najpierw probowac cos naprawic. W koncu malzenstwo to nie
        tylko milosc i uniesienia; to takze pewne zobowiazanie i swiadectwo wobec prawa
        i spoleczenstwa - samo oslabienie milosci moim zdaniem nie jest powodem od razu
        do rozstania jak gdyby nigdy nic. Tym sie rozni malzenstwo od luznych zwiazkow
        mesko-damskich, ze tworzy nowa wartosc, rodzine, na rzecz ktorej trzeba
        popracowac. Nie namawiam nikogo do trwania przy kims, kogo nie kochaja, ale
        namawiam do prob naprawy, bo nigdy milosc nie znika z dnia na dzien, tylko z
        jakichs powodow, ktore byc moze mozna usunac.

        > przyznam, że w stosowaniu
        > radykalnych rozwiązań mężczyżni są z reguły większymi tchórzami niż kobiety i
        > dlatego częściej zdarzają im się uwikłania w "okresy przejściowe" pod
        > tytułem "jeszcze żonaty, ale już związany z inną kobietą". Odpowiedź na taki
        > stan rzeczy jest prosta - mężczyźni nie umieją odchodzić donikąd. Są bardziej
        > gruboskórni i ubożsi o cały wachlarz emocji, charakterystyczny kobietom,
        Czy ja wiem? Mi sie wydaje, ze mezczyzni bardziej zdaja sobie sprawe ze
        spolecznego brzemienia czegos takiego jak rozbicie rodziny. I oczekiwan
        otoczenia, dla ktorych powazny facet to musi byc ktos stateczny i
        uporzadkowany. Co do uczuciowosci to raczej dzielilabym ja po prostu miedzy
        ludzi, a nie mezczyzn i kobiety. To mit, ze faceci sa bardziej gruboskorni. Po
        prostu mniej sobie uczucia uswiadamiaja i jeszcze mniej o nich mowia.

    • latent Re: rozbicie malżeństwa 26.11.03, 12:35
      A ja czuje sie winna... Choć to dość dawno... Choć to "tylko" długoterminowy
      zwiazek a nie małżeństwo... Choć nie było dzieci... I pomimo ze tłumaczę
      sobie, że byłam tylko "KATALIZATOREM" jak to chalsia kiedyś ładnie
      określiła... No cóż ale ja jeśli spojrzeć na to naprawę uczciwie byłam
      dość "aktywnym" katalizatorem... I wiem ze Ona naprawdę cierpiała przez kilka
      lat (łącznie z próbą samobójczą jak doniesli mi "życzliwi")... I wiele wiele
      razy próbowała zeby On wrócił...
      I choć to za nami to czasem myśle o tej dziewczynie... I wiecie co? Znam ją z
      opowiadań rodziny, przyjaciół męża i wydaje się być naprawde fajną osobą... I
      pewnie gdybym poznała najpierw Ją a potem męża nie mogłabym jej tego zrobić...
      Większość z forumowiczek ma swoje codzienne problemy z eksami, i dzieć mi z
      poprzednich związków... I trochę im zazdroszczę bo u mnie cene za moje (
      nasze ) szczęście zapłaciła tylko ona. nigdzie indziej bym tego nie napisała
      ale naprawdę mi przykro...
    • apolka Re: rozbicie malżeństwa 26.11.03, 15:05
      Dziewczyny, pozwólcie że się wtrącę (dotychczas byłam niema :o), no cóż, żyję
      w "normalnym" związku i oby tak dalej :o)...).
      Nie zgadzam się z opinią, że nie można rozbić cudzego związku, że jeśli on
      istnieje to nic go nie zniszczy ..., to tak miło brzmi tylko w teorii. Prawda
      jest taka, że każdy związek przeżywa lepsze i gorsze chwile, zarówno
      przeżywanie tych dobrych jak i wychodzenie z tych złych umacnia związek. Gdy
      przychodzą te gorsze chwile, gdy związek jest osłabiony, łatwo go rozbić "z
      zewnątrz" i jeśli ktoś wykorzystuje taką sytuację to jest to niszczenie z
      premedytacją. Ale życie ma wiele barw...
      • kasjusz3 Re: rozbicie malżeństwa 27.11.03, 03:06
        Jak sama piszesz, życie ma wiele barw, a sprawy, które są tu poruszane wiele
        aspektów. Zgadzam się, istnieją sytuacje, które wspomniałaś, ale są też takie,
        kiedy "ta trzecia" w ogóle nie wtrąca się w związek swojego partnera, który
        jeszcze formalnie trwa. Nie namawia i nie jątrzy. Nie można chyba tego wtedy
        nazwać działaniem z premedytacją czy niszczeniem. Zwłaszcza, kiedy coś juz
        dawno zostało zniszczone.

        pozdrawiam

        • apolka Re: rozbicie malżeństwa 27.11.03, 09:16
          To właśnie miałam na myśli. Liniowy tok rozumowania - odszedł do "innej" więc
          widocznie nie był już Z "tamtą" a jedynie PRZY "tamtej" jest dużym
          uproszczeniem.
          Myślę, że wyrzuty sumienia powinny dotyczyć tych "trzecich", które
          świadomie "zadziałały" w odpowiednim, korzystnym dla siebie momencie aby zerwać
          to co się ledwo, ledwo ale jednak trzymało. Tylko, że osoby, które radzą sobie
          w życiu żerując na cudzych słabościach, kierujące się w swoim postępowaniu (nie
          tylko w życiu uczuciowym) wyrachowaniem chyba już dawno zapomniały, jak to
          jest, mieć wyrzuty sumienia. Za to często odczuwają je Ci, którym poczucie winy
          zostało wmówione, narzucone przez "lepiejwszystkowiedzących", którzy "źdźbło w
          cudzym oku dojrzą ale belki we własnym ...".
          pozdrawiam
          • delfina6 Re: rozbicie malżeństwa 27.11.03, 11:59
            Czesc
            apolko, nie zrozumialam Twojej wypowiedzi,
            "kierujące się w swoim postępowaniu (nie tylko w życiu uczuciowym)
            wyrachowaniem chyba już dawno zapomniały, jak to
            jest, mieć wyrzuty sumienia. Za to często odczuwają je Ci, którym poczucie winy
            zostało wmówione, narzucone przez "lepiejwszystkowiedzących", którzy "źdźbło w
            cudzym oku dojrzą ale belki we własnym ...".
            czyli uwazasz, ze moje poczycie winny jest nieautentyczne, a tylko wmówione
            przez innych, bo jestem, az tak wyrachowana osobą?
            • apolka Re: rozbicie malżeństwa 27.11.03, 12:24
              Kurczę, albo ja się tak niejasno wyrażam albo Ty coś pokręciłaś smile
              Miałam na myśli to, że osoby, które są wyrachowane i lubią "wykorzystywać
              sytuację" zwykle nie mają takich dylematów, wyrzuty sumienia owszem, może
              poojawiły się kiedyś, na początku "obrania drogi" ale systematycznie zagłuszane
              milkną. No chyba, że nastąpi nagłe "olśnienie"... (piszę w szerszym kontekście).
              Bywa też tak, że ktoś czuje, że postępuje słusznie, że jest "w porządku",
              zakładam, że jest to odczucie szczere a nie "wypracowane" przez
              długotrwałe "wmawianie sobie". Mimo tego poczucia, "jednostki" wrażliwe,
              narażone na systematyczne "oddziaływanie" osób, które "mają inne zdanie", z
              czasem zaczynają wątpić we własne uczucia, intencje, poddają je w wątpliwość, w
              końcu przyjmują punkt widzenia innych, "bo może to oni mają rację?, ich jest
              wielu a ja jedna..." Przyjmują ocenę innych, pojawiają się wyrzuty sumienia. To
              tyle, mam nadzieję, że jaśniej.
              I jeszcze jedno: To chyba Kant wymyślił taką receptę aby postępować w stosunku
              do innych tak, jak chcielibyśmy, aby inni postępowali wobec nas.
              • darcia73 Re: rozbicie malżeństwa 27.11.03, 14:16
                apolka napisała:

                > I jeszcze jedno: To chyba Kant wymyślił taką receptę aby postępować w
                stosunku
                > do innych tak, jak chcielibyśmy, aby inni postępowali wobec nas.

                to jedno z przykazań Dekalogu: kochaj bliźniego swego jak siebie samego smile
                • kasjusz3 Veto 27.11.03, 17:20
                  Moment, moment, bo nam się tu zaczyna powoli szkółka niedzielna robić.
                  "nie czyń drugiemu, co Tobie niemiło", "kochaj bliźniego swego" itd.
                  (chyba zaraz zacznę wysyłac pieniądze na głodujące dzieci w Etiopii...).

                  Wszystko to piękne, ale proszę, Apolko, nie odpowiadaj mi komunałami, mocno
                  podsiąkniętymi filozofią wyrosłą na jedynie słusznym sposobie myślenia, pod
                  tytułem "była - dobra, obecna - zła, bo rozbiła związek."
                  Sama napisałaś, że scenariusze w życiu bywają różne, więc wypadałoby chyba,
                  chcąc przynajmniej pozostać choc odrobinę obiektywnym, przyznać, że nie sposób
                  wszystkich wcisnąć do jednego worka czy szuflady. Absurdem jest zakładanie, że
                  każda osoba, która pojawia się w związku, zanim jeszcze tamten przestanie
                  formalnie istnieć, go rozbija. A co ze związkami, w których nikt niczego nie
                  chce ratować, co ze związkami, w których wygasła miłość? Mają się mizdrzyć do
                  siebie, jak idioci, bo tak podoba się miasteczku, księdzu czy pani sąsiadce?

                  Kant powiedział również: "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie".
                  Rozumiem, że receptą na przestrzeganie tego prawa jest jedynie słuszne, zgodne
                  z wolą tłuszczy myślenie: "Ta to biedna, bo mąż jej odszedł do innej."
                  Może pozwólmy każdemu na rozliczanie się z własnym prawem moralnym?

                  pozdrawiam
                  • darcia73 Re: Veto 28.11.03, 08:18
                    kasjusz3 napisała:

                    > > Może pozwólmy każdemu na rozliczanie się z własnym prawem moralnym?

                    Oj, chyba wtedy zapanowałaby anarchia. Szczególnie w naszym kraju. A miłość
                    moze umrzeć tylko wtedy, kiedy się ją z peremedytacja zabija, zaniedbując
                    związek. I niestety w większości dotyczy to panów. Rozpisywanie się o
                    bylejakości tej pierwszej, która mąz przestał kochać, o niczym nie świadczy, ta
                    bylejaka , szara kobieta tak samo ma uczucia. Jak to fajnie ujął Zanussi w
                    jednym z wywiadów: w każdym człowieku jest dążeniu do piękna. I kazdego za coś
                    można kochać. W dzieciństwie uwielbuiałam czytać o Pollyanie, która swoim
                    postępowaniem umiala skruszyc najtwardsze serca. Kasjusz3, jeżeli nie jestes
                    dostrzec w ludziach nic pozytywnego, to Ci współczuję. Towja miłosć sie wypali
                    i co bedzie dalej. Teraz jest fajnie a za 20 lat? chciałabym z Toba poromawiać,
                    jak będziesz stała nad grobem, wtedy jestem ciekawa twoich poglądów. Nie można
                    w życiu kierowac się tylko i wyłącznie egoizmem. Kim byśmy wtedy byli?
                    • kasjusz3 Re: Veto 28.11.03, 19:53
                      Darciu:

                      Nie wiem, z czego wywnioskowałaś, że nie jestesm w stanie dostrzec w ludziach
                      nic pozytywnego. Ze sposobu w jaki formułuję swoje wypowiedzi, czy z tego, co
                      w tych wypowiedziach zamieszczam? I jedno i drugie nie oddaje w pełni mnie
                      samej, która jest nieco bardziej skomplikowana niż tematyka byłych i obecnych
                      związków, tego czy owego forum. Znasz mnie? Rozmawiałaś ze mną? Wiesz, kim
                      jestem, czym się zajmuję? Wydaje mi się bowiem, że forum internetowe nie jest
                      do końca wykładnią człowieczeństwa czyjegokolwiek, więc, proszę, nie formułuj
                      opinii na temat tego, co potrafię dostrzec w ludziach, a czego nie, ponieważ
                      nie wiesz tego.

                      Sprawa druga dotyczy istoty tego, co napisałaś.
                      Nigdy, w żadnym ze swoich postów, nie sugerowałam, że była zona winna jest
                      rozpadowi związku. Raczej, że na kompleksowy jego rozpad składają się grzeszki
                      obu stron, niezależnie jak wzajemnie interpretowane. To znaczy, że sprawy
                      związku pozostają w rękach tych, którzy tworzą ten związek i to oni są za
                      niego odpowiedzialni. I nie wystosowuj wobec mnie filozofii gminu, ktora
                      zakłada, że większość sytuacji, w których zaniedbywany jest związek nalezy
                      przypisac mężczyznom, ponieważ jest to moim zdaniem bzdura. Tak, jak istnieją
                      męzczyźni, którzy nie szanują kobiet, dupki i kłamcy, tak samo są i kobiety
                      manipulantki, panny, którym wszystko się należy i które nie szanują swoich
                      męzczyzn, bo ci są od przynoszenia pieniędzy. Uwierz mi, że postawa nie zależy
                      tu od płci. Rozumiem, że statystyki każą Ci wierzyć, że to mężczyźni częsciej
                      odchodzą. A czy istnieją jakieś statystyki, które mierzą poziom miłości i
                      zaangazowania w związek? Czy jest przepis, który każe mi kogos kochać, jesli
                      go juz nie kocham i NIE CHCĘ kochać?

                      Sprawa trzecia:
                      Szanuję niezaprzeczalne prawo każdej jednostki chodzącej po tym świecie do
                      własnych uczuć i emocji i NIGDY nie twierdziłam, że była żona prawa takiego
                      nie ma. Pisanie o wadach byłej zony nie ma tu nic do rzeczy. Są to dwie
                      odrębne sprawy. Tak, jak człowiek, który zanosi sie z ręką na drugiego ma
                      prawo do złości i frustracji, nie ma zarazem prawa do bicia lub ten, który
                      został skrzywdzony ma prawo czuc się skrzywdzonym, lecz niech nie wymaga od
                      innych, by mu przyklaskiwali, ponieważ skala pokrzywdzenia jest skalą bardzo
                      subiektywną. I tak, jak współczuję kobietom samotnie wychowującym dzieci, nie
                      znaczy że tym samym uważam, że winę za ich położenie ponoszą ich mężowie,
                      którzy odeszli, bo są to dwie odrębne sprawy. Czasem ponoszą, a czasem nie.
                      Nigdy, moim, zdaniem całkowitą. I mówię to w pełni świadomości wypowiadanych
                      przeze mnie słów.

                      I na koniec:
                      To, co powiedział Zanussi jest komunałem. Trudno się z tym nie zgodzić, jak i
                      trudno zachwycić, a juz na pewno nie ma to nic wspólnego z moja poprzednią
                      wypowiedzią. Jak zaznaczyłam powyżej, nie odbieram nikomu prawa do emocji,
                      samorealizacji, poszukiwań itd. Każdy jest tu po coś i jest to wyłącznie jego
                      sprawą, jaka wybiera sobie drogę. Nie każ mi jednak, w obliczu poprawności
                      społecznej, kochać tych, których nie chcę kochac i lubic tych, których nie
                      chcę lubić. Nie odbieram nikomu prawa bycia głupcem, ale od głupców stronię.
                      Jeśli jednak ktos czuje się świetnie w ich towarzystwie, to jego sprawa.
                      Przynajmniej dopóty, dopóki nie ładuje mi się z butami na duszę, twierdząc, że
                      kura jest symbolem piękna.

                      Tak, jak, lubiąc Mozarta, nie śmieję się z koleżanki z pracy, która słucha
                      Britney Spears, bronię Mozarta, w momencie, kiedy jedynie słuszna fala
                      nowomody mówi mi, że Mozart jest be.
                      I nie chcę kochac każego, bo, jak to napisała Szymborska, "wolę siebie lubiąca
                      ludzi niż kochającą ludzkość" i jest mi z tym dobrze. Pewnego dnia
                      uświadomilam sobie bowiem, że na świecie zawsze istniał będzie głód, zawsze
                      umierały będą dzieci, fundamentalista jeden z drugim wysadzać się będą w
                      powietrze, a siedemnastolatki chodzić w ciąży.
                      Nie ma już siły, i nie chcę się tym martwić.
                      I tak, masz rację, jestem egoistką.

                      pozdrawam cię,
                      kasjusz
                      • chalsia Re: Veto 29.11.03, 11:46
                        Kasjusz napisała:

                        > I na koniec:
                        > To, co powiedział Zanussi jest komunałem. Trudno się z tym nie zgodzić, jak i
                        > trudno zachwycić, a juz na pewno nie ma to nic wspólnego z moja poprzednią
                        > wypowiedzią. Jak zaznaczyłam powyżej, nie odbieram nikomu prawa do emocji,
                        > samorealizacji, poszukiwań itd. Każdy jest tu po coś i jest to wyłącznie jego
                        > sprawą, jaka wybiera sobie drogę. Nie każ mi jednak, w obliczu poprawności
                        > społecznej, kochać tych, których nie chcę kochac i lubic tych, których nie
                        > chcę lubić. Nie odbieram nikomu prawa bycia głupcem, ale od głupców stronię.
                        > Jeśli jednak ktos czuje się świetnie w ich towarzystwie, to jego sprawa.
                        > Przynajmniej dopóty, dopóki nie ładuje mi się z butami na duszę, twierdząc, że
                        > kura jest symbolem piękna.
                        >
                        > Tak, jak, lubiąc Mozarta, nie śmieję się z koleżanki z pracy, która słucha
                        > Britney Spears, bronię Mozarta, w momencie, kiedy jedynie słuszna fala
                        > nowomody mówi mi, że Mozart jest be.
                        > I nie chcę kochac każego, bo, jak to napisała Szymborska, "wolę siebie
                        lubiąca
                        > ludzi niż kochającą ludzkość" i jest mi z tym dobrze. Pewnego dnia
                        > uświadomilam sobie bowiem, że na świecie zawsze istniał będzie głód, zawsze
                        > umierały będą dzieci, fundamentalista jeden z drugim wysadzać się będą w
                        > powietrze, a siedemnastolatki chodzić w ciąży.
                        > Nie ma już siły, i nie chcę się tym martwić.
                        > I tak, masz rację, jestem egoistką.

                        Jak by wszyscy egoiści na świecie myśleli tak, jak Ty (vide wyżej), to być może
                        mniej było by umierających dzieci i głodu, a nawet fundamentalistów.
                        smile
                        Ja też jestem egoistką (co nie znaczy, że nie mam wobec innych "odruchów
                        dobroci" wink))). Nie wstydzę się tego. To zdrowe i dobre. Kwestia według mnie
                        dotyczy tylko POZIOMU egoizmu.

                        Pozdrawiam,
                        Chalsia
                        • paradise_lost Re: Veto 13.01.04, 18:18
                          chalsia tak czytam Twoje wypowiedzi (nie tylko tu ale i na e-mama i na
                          samodzielnna mama) i naucz się kobieto wreszcie czytać ze zrozumieniem.
                          Niestety często Twoje posty wykazują się całkowitą ignorancją jakbyś
                          kompletnie nie czytała tego na co próbujesz dać odpowiedź.
                          • chalsia Re: Veto 13.01.04, 18:32
                            ??????????????

                            A czemu uważasz, że każdy post musi być bezpośrednia odpowiedzią na postawione
                            pytanie/problem ?

                            A po za tym, nie pamietasz z lekcji polskiego z podstawówki tekstu "co poeta
                            chciał przez to powiedzieć ?" Dowolną wypowiedź mozna zinterpretować na wiecej
                            niż jeden sposób.

                            A z ciekawości (bo uczyć się można tylko przez doswiadczenie i na błędach)
                            poproszę parę przykładów.


                            Pozdrawiam,
                            Chalsia
                  • eremka Re: Veto 01.12.03, 15:29
                    kasjusz3 napisała:

                    > Moment, moment, bo nam się tu zaczyna powoli szkółka niedzielna robić.
                    > "nie czyń drugiemu, co Tobie niemiło", "kochaj bliźniego swego" itd.
                    > (chyba zaraz zacznę wysyłac pieniądze na głodujące dzieci w Etiopii...).
                    >
                    > Wszystko to piękne, ale proszę, Apolko, nie odpowiadaj mi komunałami, mocno
                    > podsiąkniętymi filozofią wyrosłą na jedynie słusznym sposobie myślenia, pod
                    > tytułem "była - dobra, obecna - zła, bo rozbiła związek."
                    > Sama napisałaś, że scenariusze w życiu bywają różne, więc wypadałoby chyba,
                    > chcąc przynajmniej pozostać choc odrobinę obiektywnym, przyznać, że nie
                    sposób
                    > wszystkich wcisnąć do jednego worka czy szuflady. Absurdem jest zakładanie,
                    że
                    > każda osoba, która pojawia się w związku, zanim jeszcze tamten przestanie
                    > formalnie istnieć, go rozbija. A co ze związkami, w których nikt niczego nie
                    > chce ratować, co ze związkami, w których wygasła miłość? Mają się mizdrzyć do
                    > siebie, jak idioci, bo tak podoba się miasteczku, księdzu czy pani sąsiadce?
                    >
                    > Kant powiedział również: "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie".
                    > Rozumiem, że receptą na przestrzeganie tego prawa jest jedynie słuszne,
                    zgodne
                    > z wolą tłuszczy myślenie: "Ta to biedna, bo mąż jej odszedł do innej."
                    > Może pozwólmy każdemu na rozliczanie się z własnym prawem moralnym?
                    >
                    > pozdrawiam

                    Mysle, ze Kant by nie byl zadowolony z tak wybiorczego traktowania jego
                    filozofii wink
                    jasne ze "prawo moralne we mnie..." ale w polaczeniu z imperatywem
                    kategorycznym "Postępuj tylko wedle takiej zasady, jaką chciałbyś widzieć jako
                    prawo powswzechne". i tak dalej i tak dalej... co Ty wiesz, a ja rozumiem.
                    pozdrawiam

                    PS. Z moich obserwacji wynika, ze szkolka niedzielna lepsza niz religia w
                    szkole ;-P
                  • bebe31 Re: Veto 14.01.04, 18:12
                    Kasjuszu,
                    Sprawa prosta. Faceci żonaci powinni być poza zainteresowaniem. Jestem
                    zwolenniczką czystych układów: po co spotykać się z żonatym facetem, nawet
                    jeśli, jak to czyni część żonatych mających ochotę na skok w bok, zaklina się,
                    że żoną to już związek fikcyjny? Po co wchodzić w związek dwojga ludzi
                    opierając się tylko na ocenie jednej ze stron? Po co w ogóle ryzykować, że
                    jednak krzywdzi się tamtą, "pierwszą" stronę? Najłatwiej powiedzieć: Nic mnie
                    to nie obchodzi - to jego sprawa, ale co jeśli jego żona jednak kocha i jest
                    zaangażowana a on ma po prostu chęć na małą odmianę? Jak związek jest martwy
                    należy się ze sobą pożegnać i tyle. Wchodzenie z butami w czyjeś małżeństwo, w
                    tak delikatną sferę jaką jest związek dwojga osób jest nie w porządku. I to po
                    ludzku nie w porządku, nie "jedynie słusznie". Jestem zwolenniczką
                    twierdzenia, że każdy ponosi odpowiedzialność za to, co robi.
                    z życzeniami samych solidarnych ze sobą kobiet wokół Twojego męzczyzny
                    Bebe
                • apolka Re: rozbicie malżeństwa 02.12.03, 10:25
                  No, to raczej nie to samo. Filozofia Kanta dopuszcza krzywdzenie drugiego, pod
                  warunkiem, że godzimy się na to aby nas również krzywdzono. Np. oszukuję cię i
                  tym samym godzę się na kłamstwa z twojej strony. Przykazanie miłości bliźniego
                  (nie zawarte w dekalogu, nazwane przykazaniem nowym) wyklucza (podobnie jak
                  cały dekalog) takie "posunięcia".
                  I jeszcze raz podkreślam, uważam, że pojawienie się "tej trzeciej/ tego
                  trzeciego" MOŻE ale NIE MUSI dopomóc rozpadowi związku. Nie ma w tym względzie
                  reguły. Bo tak naprawdę wszystko zależy od tego, co ktoś rozumie pod pojęciem
                  tegoż związku. Bywają pary tuż przed, w trakcie czy też po separacji/
                  rozwodzie, które jednak coś jeszcze (albo znowu) łączy (mam na myśli uczucia),
                  bywa też tak, że ludzie pozostający w formalnym związku żyją OBOK siebie wiele
                  lat, nic ich już nie łączy poza wspólnym adresem i jakimś "dorobkiem", czasem
                  dzieckiem/dziećmi, mimo to nawet nie myślą o rozwodzie, taka myśl pojawia się
                  dopiero, gdy pojawia się nowa osoba... .
                  Życie pisze różne scenariusze, nie zawsze to, co wygląda na oczywiste
                  oczywistym jest. I nie ma sensu brać na siebie odpowiedzialności za rozpad
                  czegoś, co rozpadło się bez naszego udziału, tylko dlatego, że ludzie widzą to
                  inaczej (bo przed rozwodem, bo dzieci...). Paroadoks polega na tym, że osoby,
                  które świadomie niszczą związki (czasem bardzo dobre ale przecież nie idealne,
                  czasem przechodzące kryzys, wszystko zależy od talentu, motywacji i
                  samozaparcia "trzeciej/trzeciego") wyrzutów sumiena nie miewają ponieważ z tym
                  sumieniem też kiepsko... .
                  • kasjusz3 Dzięki za te słowa 03.12.03, 07:31
                    Apolko:
                    Fajnie, że to napisałaś. Wybacz, jeśli zasyczałam za mocno w reakcji na Twój
                    poprzedni post, ale wywnioskowałam z niego, że generalnie uważasz, iz osoba,
                    która pojawia się na horyzoncie w momencie, kiedy formalnie istnieje jeszcze
                    były związek,ponosi częściową odpowiedzialność za jego rozpad, a moim zdaniem
                    nie można z powyższego scenariusza uczynic reguły.

                    Napisałaś:"(...)nie zawsze to, co wygląda na oczywiste oczywistym jest. I nie
                    ma sensu brać na siebie odpowiedzialności za rozpad czegoś, co rozpadło się
                    bez naszego udziału, tylko dlatego, że ludzie widzą to inaczej (bo przed
                    rozwodem, bo dzieci)."

                    Chciałam, żeby takie motto przyświecało również moim wypowiedziom, ale jesli
                    gdzieś się zagubiło, to podkreslam po raz kolejny, że zgadzam się, ze
                    róznorodnosć sytuacji kreuje różnorodne modele zachowań, dlatego nie wolno
                    zadawalać się schematami w temacie byłych, obecnych, rozbitych zwiazków itp.

                    Darciu:
                    Uwierz mi, że nie kieruje się w życiu zasadą mściwości i nienawiści. Mój post
                    o byłej żonie byc może tchnie pogardą, jednak ja wcale nie ukrywam, że tej
                    pogardy nie ma. Zaznaczyłam jednak wyraźnie, że chodzi mi o pewne postawy,
                    którymi gardzę, a nie o to, ze gardzę, bo to była żona.
                    Tym samym, nie odbieram jej prawa do bycia kim tam sobie chce być.
                    I nie wchodzę do niej do domu, mówiąc "Poczytaj lepiej Nietschego zamiast
                    gapić się w telewizor". I nie kupuję jej szminek, zeby zadbała o siebie,
                    ponieważ ja uważam, że kobieta powinna byc zadbana. W momencie jednak, kiedy
                    ona pozwala sobie na komentowanie mojego trybu życia, wszystkowiedzącym tonem
                    aroganta, stwierdzając, że jestem "dziwna", ponieważ zamiast siedzieć z
                    sąsiadką na kawie chodzę do kina lub, że jestem niedojrzała, ponieważ zamiast
                    zająć się "prawdziwym życiem" trwonię pieniądze na bzdury typu podróże lub
                    koncert, nie pozostaję obojętna.

                    Zasada jest taka. Kiedy idę przez ulicę i widzę dwudziestolatkę pchającą
                    wózek, nie zatrzymuję się przy niej z komentarzem "taka młoda, zmarnowałaś
                    sobie życie." W momencie jednak, kiedy wyżej wspomniana, nie pytając, czy
                    jestem zainteresowana tematyką smoczków i grzechotek, wpycha mi na siłę
                    komentarz w stylu "lepiej ródź szybko dzieci, bo po trzydziestce to juz tylko
                    zespół Downa cie czeka", reaguję. I moja reakcja nie jest wtedy miła, bo i ja
                    nie jestem wtedy miła.

                    Szanuję wybory każdego człowieka. Szanuję prawo każdej jednostki do własnego
                    szczęścia, nawet jeśli odbiega to od moich wartości czy przekonań. Nie lubię
                    tylko, gdy ktos narzuca mi swoje przekonania jako jedynie słuszne i
                    obowiązujące, rozumiesz? Jeśli ktos uważa, że szczytem dobrego smaku jest
                    mielony i surówka to jego sprawa. Niech nie zarzuca mi jednak przy okazji, że
                    jestem "dziwna" (to eufemizm dodam), w momencie, kiedy ja nad mielonego
                    przedkładam japońską restaurację.

                    pozdrawiam ciepło

                    • soonia Re: Dzięki za te słowa 10.01.04, 01:14
                      Witam wszystkich smile
                      Jestem tu pierwszy raz i przyznam, ze ten wątek jst bardzo ciekawy, nawet za
                      bardzo, bo zahacza o bardzo wiele spraw. Czy któraś z Was była kiedykolwiek w
                      sytuacji kobiety, dla której mężczyzna porzucił żonę, a później porzucił ją dla
                      jeszcze innej? Czy to raczej "budowle jednopiętrowe"? wink czyli parter -
                      pierwsza i piętro - druga? Z góry przepraszam, jeśli kogoś urażam --> zdaję
                      sobie sprawę, że są tu kobiety, które mogą być w gejzerze emocji, prosze o
                      wyrozumiałość.
                      Mój eks odszedł od żony. Doszukiwałam sie w jego "pierwszej"
                      wszelkich powodów, dla których ją zostawił -(oczywiście, aby zmniejszyć moje
                      poczucie winy): czy dbała o siebie, czy była zaborcza, zazdrosna,czy go
                      zdradzała, czy zamykała się w domu, czy kierowała sie także jego pomysłami, jak
                      spędzic wolny czas, czy dbała o związek, czy starała sie nazywać nadchodzące
                      problemy,itp.
                      Niestety, obraz tej kobiety znałam tylko z jego ust. Kiedy ją poznałam, okazało
                      się, że jest ona osobą wartościową i atrakcyjną ( ona nie wiedziała, kim
                      jestem). Wiele z rzeczy, o ktorych mówił, bylo nadmuchanymi balonami. Nie wiem,
                      czy to nie zabrzmi obrazoburczo ( bo, drogie panie, sporo na tym forum
                      agresji): nie wierzcie do końca swoim facetom, jesli chodzi o opowieści o eks.
                      Zostawmy im pole do tego, aby ( podobnie do nas kobiet) mogli sie wygadać.
                      Jedną sprawą jest, że ich zwiazek po prostu się wypalił i juz nie ma racji
                      bytu. Najlepiej( podobnie, jak w zakochaniu), gdy dzieje się to po obu stronach
                      oraz gdy obie strony to stwierdzą. W moim przypadku tak było. Nie obyło się bez
                      cierpienia, żali, itp. Ale potem okazało się, że obie strony znalazły szczęście
                      w następnych związkach.
                      Drugą sprawą jest mówienie o kimś źle. Jesli mowi to mąż o swojej byłej żonie -
                      chyba nie najlepiej to o nim świadczy. Na początku mnie to uspokajało. Ale
                      później odbierałam to jako przejaw braku klasy. Wina leży zazwyczaj po obu
                      stronach.
                      Zauważyłam, że gdy mój A.mówil o swojej byłej żonie źle, był pełen emocji,
                      jakichs niezakończonych bóli. Tak, jakby mial do niej pretensje o ich rozwalony
                      związek. Nieźle mi to dawało do myślenia, ale nie chcę sie tu rozpisywać -
                      wnioski same sobie dopowiecie.
                      Czy myslicie, ze są na świecie ideały? Albo, że człowiek zdaje sobie do końca
                      sprawę ze swoich wad? Że oboje partnerzy starają sie je nazywac u siebie i
                      walczyc z nimi? A szczególnie w wirze codziennego życia? Pełnego wyjazdów,
                      rodziny, znajomych, planów, biznesów?
                      Jest późno więc wybaczcie chaos w mojej wypowiedzi.
                      Własciwie to chcialam przekazać, co sama wypracowałam (wiem wiem, że to żadna
                      nowość, ale może przykurzona). A mianowicie, że najlepiej upraszczać związki do
                      linii łączących dwa punkty. Czyli: moje relacje z mężem, moje stosunki z jego
                      byłą, jego relacje z byłą i jego relacje ze mną. Nie dopuśćcie do gmatwania
                      tkaniny wzajemnego życia obcą nicią - najlepiej,żeby składało się z osnowy i
                      wątku 2 nitek. Im wiecej nitek, tym większe prawdopodobieństwo, że powstanie
                      kołtun.
                      Wiem, wiem, ze upraszczam. I wiem, ze łatwo mi mówić, bo byla mojego faceta
                      jest szczęsliwa z kims innym. Ale długo nie była!
                      pozdrawiam serdecznie



    • frania3 Re: rozbicie malżeństwa 11.01.04, 03:21
      Powiem Wam cos bardzo waznego.
      Nie zbudujecie prawdziwego szczescia na czyjejs tragedi.
      To tak proste..., choc nie wszyscy to rozumieja.
      Malzenstwo to nie tylko sex i zafascynowanie chwila..., to przede wszystkim
      zangazowanie.
      Kazdy zwiazek przechodzi czasem trudne chwile i jesli w takim momencie znajdzie
      sie na drodze ''owa przyjazna'' piekna, wolna i tak przeciez niewinna (!!!) to
      moze go zniszczyc. Sa kobiety chytre i sa te nieswiadome swoich czynow ale ani
      tych pierwszych, ani tych drugich nie mozna usprawiedliwic.
      A potem juz tak w zyciu bywa, ze los nam zwroci z nadwiazka...
      Kochalo sie we mnie kilku zonatych mezczyzn, jeden wlasnie zostal ojcem po 9
      miesiacach horroru problemowej ciazy swojej zony, inny nie mogl miec ze swoja
      zona dzieci co bylo jego zyciowym celem, jeszce inny mial dosc rutyny i szukal
      zmian..., i to tylko dzieki radom mojej matki mialam sile powiedziec NIE. Byli
      to przeciez piekni, atrakcyjni itd. mezczyzni. Na dodatek to takie podniecajace
      czuc sie bohaterka i urotowac takiego biednego zuczka z nieudanego
      malzenstwa !!!
      Dzis sama jestem mezatka i rozumiem w pelni slowa mojej matki, i bardzo jej
      jestem wdzieczna.
      Ten pierwszy dzis kocha nad zycie swoja zone, a okres ciazy i porodu ich syna
      wspomina jako kryzys - kryzys ktory pokonali wspolnie co jeszce wzmocnilo ich
      uczucia, ten drugi zadoptowal mala Chinke i sa wspaniala rodzina, ten trzeci
      rozwiodl sie dla innej kobiety..., ale to nie ja mam wyrzuty sumienia.
      Sa osoby ktore sa przekonane ze zyjemy w epoce ''konsumenta'' tzn. ze co 3-5
      lata zmieniamy samochod, pralke, lodowke, dom, meza, zone...itd.
      Zagubilo sie wiele waznych wartosci i w tym chyba najwiekszy problem.

      Pozdrawiam te pierwsze i te drugie..., i te trzecie.
      -forma

      • kasjusz3 Re: rozbicie malżeństwa - do Frani 11.01.04, 09:34
        Witaj

        Jest jedna zasadnicza róznica pomiędzy opisanymi przez Ciebie a tysiącem
        innych przypadków - inne scenariusze wydarzeń. Owszem, są setki mężczyzn i
        kobiet, dla których długotrwały romans czy choćby tymczasowy skok w bok są
        antidotum na problemy, których nie umieją lub których nie chce im się
        rozwiązywać. Są don Juani, którzy szukają pocieszenia w ramionach modeli coraz
        to młodszych i piękniejszych, są kobiety, które nie umieją doceniac tego, co
        mają, ślepo lądując w ramionach bogatszych, zabawniejszych i bardziej
        seksownych panów. I niech sobie będą i niech sobie urządzają swoje życia tak,
        jak mają ochotę.

        Są też jednak i tacy, którzy pomylili się w swoich wyborach, tacy, dla których
        miłość to abstrakcyjne stwierdzenie, tacy, którzy nie chcą i nie mają już siły
        naprawiac tego, czego naprawic się nie da.

        Jakim prawem wciska się ich wszystkich do tej samej szuflady? Bo tak podoba
        się społeczeństwu? Bo ludzie uwielbiają etykiety? Żonaty - w porządku,
        rozwodnik - be, bo pewnie ma sporo na sumieniu? Czy kobieta, która odchodzi od
        męża pijaka i awanturnika równa jest tej, która woli BMW od Fiata i tylko dla
        niego jest w stanie skrzywdzić kogos, kto ją kocha? Czy facet, który zostawia
        gnuśną i przekonaną o prawdziwości mitu "męzczyzna = płatnik" kobietę stoi na
        tym samym poziomie, co ten, dla którego liczy się kolor podwiązek i niższy
        rocznik w metryce?

        Jasne, małżeństwo to przede wszystkim zaangażowanie, co jednak, gdy danwo go
        już nie ma? Bywa tak, że miłosć się kończy, nieprawdaż?

        Proponuję zrezygnowanie z generalizacji.
        Pozdrawiam,
        Kasjusz
    • justinka_s Re: rozbicie malżeństwa 12.01.04, 15:05
      heh, na każdy taki post słysze usprawiedliwianie i prośby o nie generalizowanie
      fakt...nie powinno się upraszczać, ale jak ktoś mówi o wątku porzucenia żony do
      samotności to nie sprowadza tego zdarzenia do rozbijania małżeństwa, jak mówi o
      rozbijaniu małżeństwa to nie zanczy, ze zrobiła to kobieta która poznała
      partnera już po rozwodzie
      zazwyczaj każdy pisze o swoim życiu
      ja zostałam porzucona przez męża z małym dzieckiem dla innej, byliśmy razem 9
      lat
      i nie zgodze się z Naturella, która twierdzi, ze mąz i tak by odszedł, bo gdyby
      kochał nie zrobiłby tego, nie prawda, mój mąz tydzień po odejściu napisał mi
      list " mimo wszystko kocham was bardzo" i potem to powtarzał
      dlaczego nie wrócił? nie został? bo nie umiał mi spojrzec w oczy i patrzyć jak
      cierpię, bo by miał zbyt duże wyrzuty sumienia

      podobała mi się szczera wypowiedź Latent i Sooni
      nie oszukujmy się jak obecny oczernia swoją eks, bo to nie do końca prawda
      ja o swoim mężu nie mówię źle chociaż skrzywidził mnie i nadal to robi, mówię
      tylko źle o jego odejściu
      a znajomi i bliscy delikatnie zarzucają mi " dlaczego go bronisz, patrz co
      zrobił ci? jak teraz sie zachowuje, nie ma dla ciebie jako matki i żony
      szacunku"
      i ta która mówi, ze gdyby rozbiła dosłownie rodzinę nie miałaby wyrzutów
      sumienia jest naiwna i głupia, i rani osoby taie jak ja
      jak jesteś szczęśliwa to tylko pomyśl co byś sama czuła np w mojej sytuacji
      pozdrawiam szczęsliwe kobiety , które w żaden sposób nie przyczyniły sie do
      rozbijania małżeństw ( par również) i nie dążyły do własnego szcześcia kosztem
      innych

      • kasjusz3 Re: rozbicie malżeństwa 12.01.04, 16:40
        A kim Ty jesteś, by z taką łatwością segregowac innych do szuflad z
        napisem "głupia", "mądra", moralna", "niemoralna"? Kto dał Ci takie prawo i
        wobec jakich reguł określasz swoją moralność? Wobec tych wypielęgnowanych
        przez prowincjonalne społeczeństwo czy seriale w TV? Poznałaś dusze tych,
        które oskarżasz? Zajrzałaś do ich mózgów? Wiesz na pewno, że kazda z nich
        kieruje się w życiu zasadą mściwości i nienawiści? Jakim prawem ironizujesz z
        faktu, że uogólniać nie można? Rozumiem, że najlepszym byłby jedyny słusznie
        obowiązujący kodeks moralnosći stworzony przez Ciebie, tak? No, może jeszcze
        przez resztę nieskazitelnie czystych moralnych hipokrytów.

        Też odszedł od mnie facet kiedyś. Do innej. Stwierdził, że to nie to po 3
        latach związku. Nienawidziłam go strasznie, a teraz jest moim przyjacielem, bo
        dzięki niemu nauczyłam się kochać mądrzejszą miłością. Uświadomił mi, jakie
        błędy popełniałam, ślepo ufająć w perfekcyjność i nieomylność swoich uczuć.
        A ona nie miała i nigdy nie będzie mieć nic c tym wspólnego, bo to nie ona
        przez 3 lata zachowywała się jak idiotka.

        Pozdrawiam
        • chalsia Re: rozbicie malżeństwa 12.01.04, 22:03
          Piszesz o swoim przypadku Kasjusz i OK.
          A w moim przypadku ja nie zachowywałam się jak idiotka przez naście lat (co nie
          znaczy, że jestem bez winy - o tym juz wiele napisałam i akceptuję "swój
          udział"), i ona, ta "trzecia" miała do czynienia z odejsciem eksa.

          Pozdrawiam,
          Chalsia
        • justinka_s Re: rozbicie malżeństwa do Kasjusz 13.01.04, 10:07
          jeszcze dopiszę coś, czuję się urażona Twoją wypowiedzią
          może dlatego, ze pierwszy raz przeczytałam słowa "A kim Ty jesteś,Kto dał Ci
          takie prawo"
          prawo wypowiedzi ma każdy
          nie napisałam w swojej wypowiedzi o mściwości i nienawiści, sama nawet tego nie
          czuję do tych dwojga, przez których złamał się mój świat ( odmniennie do Ciebie)
          nie pisałam o "drugich" że KAŻDA jest taka jak napisałam
          i nie stworzyłam nikomu tylko sobie kodeks zasad i nikomu ich nie wpajam
          nie obrażam mojej "drugiej" ani mojego eks,a to chyba wiele
          a mój mąz nie stwierdził, ze to nie to co chciał mieć, tylko spakował kilka
          rzeczy i zostawił dziecko jak ja byłam w pracy
          i za to powinnam czuć do niego pogardę i nienawiśc...a nie czuję, ale Ty o tym
          nie wiesz, bo mnie nie znasz, a oceniasz

          z powazaniem
          justyna
      • mamaadama4 Re: rozbicie malżeństwa 12.01.04, 16:57
        justinka czyżby to nie był kolejny twój post o "tych które umieją się przyznać
        oraz mających wyrzuty sumienia"? W innym wątku na emamie to nie ty pisałas
        podobnie? Jeżeli nie to sorry, ale i tak powtórzę to co tam napisałam - nie
        jesteśmy okropnymi harpiami i prosze nie oczekiwac tu posypywania głów
        popiołem, samobiczowania i worków pokutnych. każda z nas ma swoja historie i
        nie zawsze jest to wydzieranie z domowego ciepełka męża - biedaczyny.
        danka
    • justinka_s Re: rozbicie malżeństwa 13.01.04, 09:37
      achh...własnie pisałam o tym, że mówię o swoim życiu, i nikogo innego
      nie generalizuję, nie szufladkuję, nie oceniam indywidualnych przypadków, tylko
      mój, ale wiem też jak się czuję i to moje zdanie
      łatwo jest powiedzieć, kierujesz się moralnością zaściankową, możliwe , ale
      mnie też nie znacie i dlaczego mnie oceniacie w taki sposób
      ja nie odnosze swoich słów do każdej macochy czy tej drugiej, ale do tych,
      które rozbiły komuś związek
      nie uważam ich za harpie, ani drapieżne osoby
      i nie uważam, ze mój mąz jest bez winy, a to, ze nie pisałam o tym tutaj to
      dlatego, ze nie o tym był ten post
      i nikt mi go nie zabierał z domowych pieleszy, sam poszedł
      ale z ogromnym udziałem drugiej, któa dzwoniła i stawiała mu ultimatum

      k woli wyjaśnienia, ja kieruję się pewnymi zasadami w życiu, jedna z
      nich:staram się nie robić innym tego, co mi sprawiłoby przykrość

      i moje zdanie jest i będzie niezmienne odnośnie osób nie mających wyrzutów
      sumienia, osób pakujących się miedzy małżonków
      dopowiem tu coś jeszcze, po mojej tragedii moja znajoma by uświadomić mi
      zaślepienie do męża i jego postępowanie zapytała: jakbyś się czuła gdyby
      zrobiono to Twojej córce lub najlepszej przyjaciółce, czy ty byś przyjaciólce
      odbiła męża?
      podziwiam eksów, z którymi można się dogadać, chciałam tak ze swoim mężem mimo
      wszystko, ale słyszę słowa, któych nie chciałabym usłyszeć, dlaczego? bo
      chronię swoje dziecko? bo zerwałąm kontakt z mężem by zapomnieć? bo zwróciłam
      uwagę, że jego śmieszne donosy na policji ( niejdnokrotne ) to komedia?
      to nie ja zachowałąm sie jak idiotka, uniosłam głowę i zyję swoim życiem i z
      tego jestem dumna, ze mam czyste sumienie
      pozdrawiam

      p.s. to mimo wszystko dyskusja o własnych zdaniach, i nie sadzę, że można się
      za to obrażać
      • soonia Re: rozbicie malżeństwa 14.01.04, 18:46
        Witajcie,
        Znów będzie chaotycznie, znów przepraszam.
        Dzieje sie b. często (wiem to od znajomych), ze meżczyźni w kryzysie nie wiedzą
        co robic, czują sie bardzo zagubieni. Wiadomo także, ze sa oni psychicznie od
        nas, kobiet, znacznie mniej wytrzymali, nie ma więc co sie dziwić, że pani,
        kóra zjawia sie wtedy w jego zyciu, staje sie dobrą wróżką, która wskazuje
        zagubionemu misiowi drogę we mgle....najczesciej wprost do własnego domku z
        piernika (taka metafora sielanki). Smieję się teraz sama z siebie, bo tak mi
        zależało, zeby miś siedział w mojej złotej klateczce jak najdłużej i nie
        zauważał złotej kłódeczki!
        Dzisiaj ja zastanawiam sie juz w spokoju, ile tak naprawde wypracowalismy na
        nasza korzyść, a na ile on uciekł z poprzedniego, skomplikowanego związku. Na
        pewno zakochalismy sie w sobie, a co do tego, to naprawde trudno mieć do
        kogokolwiek pretensje. Tym bardziej, gdy chcąc nie chcąc widywalismy sie
        regularnie.
        Ech, wiem, że to najtrudniejsze na świecie wczuc się w racje obu stron....
        Kobieta, ktora jest z rozwodnikiem, szybciutko oskarża poprzednia partnerkę,
        tym bardziej, ze przecież misio - taki kochany, tak skrzywdzony....SCENARIUSZ
        STARY JAK SWIAT. Słowa, które padają powtarzaja sie od setek lat ( tu przyznam
        się, ze socjologia to moje hobby a zawodowo zajmuję sie wnętrzami), mianowicie:
        zołza, nie dbala o niego, same pretensje, same roszczenia, paniusia...
        A kobieta, od której odszedł mąż? oskarża babkę, która zajęła jej miejsce - ze
        to jej wina, ze skorzystała z kryzysu, ze suka, itp
        Rozbić komus związek to jest tragedia dla osoby wrażliwej. Tym bardziej, ze
        zawsze wygląda to tak, ze robi sie to z wyrachowania, dla własnego szczescia.
        Jeśli jeszcze zostają dzieci - to koszmar. Właściwie to koszmar co najmniej 3
        osób. Tamtej, jego, mój, mojego byłego ...i dzieci.
        Ja widzialam, że cierpieli wszyscy, ale najbardziej cierpi zawsze osoba
        porzucona. Ja mogłam sie wtulić w ramiona człowieka, ktory mnie kocha....a ona
        juz nie. Tak samo później...ja juz cholernie marzłam...a słyszalam tylko złe
        słowa...Tak bardzo potrzebowałam elementarnego wsparcia, ciepła...
        Według mnie Justinka wcale nie generalizuje ani nie szufladkuje ( ale nie
        czytałam innych wypowiedzi, znam na razie tylko ten wątek) Dla mnie (podkreslam
        DLA MNIE) osiągnęła ona 40% obiektywizmu - gratuluję.
        Panie, które jesteście tymi, co "rozbiły": zdajecie sobie sprawę, że "tamta"
        cierpi? że jest sama, że się boi? że żałuje i w pierwszym odruchu zrobi
        wszystko - aż do samoupodlenia - aby odzyskać misia? Mysl, ze byc może to nie
        ma sensu, że trzeba przecierpieć ( jak spiewa Kasia Nosowska - "..przeczekac
        trzeba mi"), że to mogla byc od początku pomyłka? Że szczęście jest i dla mnie?
        Zwróćcie uwagę, że tam, gdzie pojawia sie agresja, tam dzieje sie coś
        niepokojącego. Jak stan zapalny, który nieważne w jakim miejscu ciała -
        powoduje ze na termometrze rosnie kreska...
        Szukajmy włąsnego szczęścia, ono na pewno jest i dla nas - ale nie na siłe!
        Szczęście rodzi inne pokrewne pozytywne uczucia: spokój i poczucie
        bezpieczeństwa. Szczescia sie innym zazdrości, dlatego sie je ukrywa, żeby nikt
        nam go nie skradł. Szczeście na pokaz jest podejrzane. Dlatego nie wylewajcie
        swojej agresji na byłe kobiety swoich partnerów. One juz sa nieszczesliwe.
        Życzcie im szczescia, a i Wam będzie lepiej ( hihi, bo nie będą Was nagabywać -
        taki zarcik). To tyle na dziś.
        pozdrawiam gorąco i porzucone, i rozbijaczki małżeństw!

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka