bart.ez
20.02.05, 10:33
www.tygodnikpodhalanski.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=606
Maciej F., turysta z Warszawy, zniszczył ponad 500-metrowy odcinek nartostrady z Kuźnic w kierunku Goryczkowej. Próbował ją sforsować samochodem.
Jurek Jurecki
Swoim mitsubishi o napędzie na cztery koła wybrał się na nietypową eskapadę w nocy z wtorku na środę.
Samochód zakopał się na wysokości klasztoru Sióstr Albertynek. Strażnicy Tatrzańskiego Parku Narodowego natrafili na porzucony pojazd rano w środę popielcową.
Za szybą terenowego mitsubishi leżało zezwolenie na wjazd do Kuźnic, wydane przez Urząd Miasta Zakopanego.
Dokument na okaziciela dotyczył gości Jaworzynki, budynku, w którym oprócz restauracji jest kilka pokoi gościnnych.
Tam też parkowcy znaleźli właściciela samochodu. Zaspany tłumaczył, że o niczym nie wie, a swój samochód pożyczył w nocy jakimś kolegom.
Tłumaczenie to nie na wiele się zdało. W kasie PKL musiał zapłacić ponad tysiąc zł za naprawę nartostrady i holowanie ratrakiem samochodu do Kuźnic. Pięciusetzłotowy mandat dla policji w tym kontekście wydawał mu się już pewnie drobiazgiem.
- Ten człowiek spał u nas tylko jedną noc - mówi Bogumiła Janowiak, szefowa Jaworzynki.
- Gdy pojawili się strażnicy TPN, wybiegł na bosaka, był bardzo zaskoczony, że samochodu nie ma na parkingu. Tłumaczył, że pożyczył samochód kolegom poznanym w Zakopanem. Rzeczywiście, wyglądał na przerażonego
. Janowiak potwierdziła, że Maciej F. dostał od niej zezwolenie, które upoważnia gości Jaworzynki do parkowania w Kuźnicach. Zdaniem Dariusza Wysłoucha, szefa wydziału drogownictwa w urzędzie miasta, tego typu zezwolenia wydawane są osobom, które prowadzą działalność w Kuźnicach.
Właściciele miejsc noclegowych dostają zezwolenia na okaziciela, aby ich goście mogli parkować swoje samochody na czas pobytu w miejscu zamieszkania.
- Zezwoleń na jazdę po nartostradzie nie wydajemy - śmieje się Wysłouch, który przypomina równocześnie, że ten odcinek trasy należy już do TPN i miasto i tak nic do niego nie ma.
- To pierwszy tego typu przypadek - mówi Paweł Murzyn, dyrektor PKL. - To była jakaś przejażdżka pijanych ludzi. Wygląda na to, że nie zdawali sobie sprawy, gdzie jadą. Tak czy inaczej dla właściciela samochodu to był bardzo drogi pobyt w Zakopanem.