sherlock_holmes
23.02.05, 19:15
Nie wiem czy pamiętacie, ale Tomek854 po wakacjach opisywal wrażenia z jazd autostopem - m.in.z PH, który dzięki szkole bezpiecznej jazdy dociążał przód samochodu na zakrętach, dzieki czemu mógł jechac 140km/h bez obawy o wyrzucenie z zakrętu.
Niedawno miałem okazję jechać z kolegą, który kiedyś też był w takiej szkole uczony. Skręcał w prawo, a że było ślisko, wypluło mu przód, na co zareagował nawet prawidłowo, bo zaciągnął hamulec ręczny. Tyle,że było to na skrzyżowaniu, gdie nie widział bocznych wlotów - przy skręw prawo mógł wpakować sie w coś wyjeżdżającego z tamtej ulicy.
A dziś mój znajomy jechał z jednym kolesiem, oczywiście służbowym samochodem - i ten mu pokazywał Aaltonena na betonie. Nauczył się tego w szkole BEZPIECZNEJ jazdy.
Pytanie: dlaczego szkoły TECHNIK SPORTOWEJ JAZDY nazywają się szkołami BEZPIECZNEJ jazdy, skoro nie uczą jak jeździć bezpiecznie, a jedynie jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych?
Dobry kierowca to nie ten, który potrafi wyjść z poslizgu. Dobry kierowca to ten, który nie wpada w poślizg...
Dlaczego nie ma w Polsce szkól, które uczyłyby jak jeździć bezpeicznie - tzn. mieć wyobraźnię, przewidywać zachowania innych uczestników ruchu, jechać płynnie i kulturalnie? Może dlatego, że każdy jest najlepszym na świecie kierowcą?