bassooner
14.04.08, 11:04
Ja wczoraj zjadłem... i się porzygałem. Bo przecież nie zaszkodziło mi wypicie wcześniej piwa, wódki, piwa, Żołądkowej Gorzkiej i piwa. To te nerkowce. Wiem, bo je wyrzygałem. Hm, a może zielona herbata? Jadłem nerkowce popijając zieloną herbatą. No tak, to pewnie jakaś mieszanina wybuchowa i poszło, znaczy wyszło. Na szczęście prawie trafiłem do kubełka, który żona mi uszykowała po wcześniejszej eksmisji do osobnego pokoju.
Teraz jest w pracy. Ale muszę po nią jechać około piętnastej. Będzie ciężko, ale wezmę jako wsparcie, a właściwie tarczę, Tosię. Kiedyś widziałem to w jakimś filmie przyrodniczym.
Kiedy dochodzi do walki między pawianami, to ten pokonany, żeby nie narazić się na dalsze razy, bierze szybko w ręce pawianie dziecię. Jest wtedy nietykalny, bo pawianie dziecię to dla pawianów świętość. Dlatego zabiorę Tosię. Może żona nie zaatakuje?
Po co ja jadłem te nerkowce?
Kiedyś byłem na weselu i zaszkodziła mi jakaś sałatka, bo przecież nie wódka...
Łaziłem później przez pół wesela po dworze, po jakiś krzaczorach. Próbowałem się jej pozbyć gilając się paluchem po tym małym zynzelku w gardle – wiecie o co chodzi. Było ciężko, bo co spuściłem łeb na dół to świat wirował mi jak na karuzeli – jak to na weselu po oczepinach.
Bo wiecie, na weselu to byle do oczepin wytrzymać. A tempo potrafi być szybkie. Tak to na parkiecie, jak i przy stole. Nie daj Boże usiąść z jakimiś zawodowcami. Wezmą Cię w obroty i już po tobie. Do oczepin nie wytrzymasz, nie da rady, a czasami to nawet do kawy i ciasta.
Znajdą cię później nad ranem pod stołem, albo śpiącego z głową w galarcie.
Bo wiecie, na weselu spotyka się świat czerwono winnych intelektualistów z wódczanym ludem pracująch miast i wsi. To są właśnie ci zawodowcy, zaprawieni w bojach, o przepalonych wysokoprocentowymi trunkami rurach. Nie dasz im rady, choćbyś się posrał.
Dla nich seta to tak jak łyk czerwonego wytrawnego dla Ciebie. A na spalonej pozycji jesteś już na przedbiegach, na samym początku wesela, a nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że po ubraniu garnituru w domu. Bo ty pracujesz w chłodnych, klimatyzowanych pomieszczeniach. Oni na dachach i rusztowaniach przy falującym powietrzu, kiedy nawet muchy padają z gorąca. Ubierasz się w te letnie sobotnie i parne popołudnie w garnitur... albo nawet nie – wystarczy, że włożysz skarpetki i już Ci jest gorąco. A gdzie tu jeszcze spodnie, koszula, marynara i lakierki, o krawacie nie wspomnę. Ale w domu jest jeszcze znośnie. Najgorsze przyjdzie jak wyjdziesz na zewnątrz.
Wychodzisz. Na ulicach pusto. Kto żyw siedzi se nad jakimś jeziórkiem w krótkich nachach i sączy zimne browary. Starsi siędzą w chałupach, żeby im omegi nie wysiadły z gorąca. Ty w pełnym rynsztunku, w garniturze, z kwiatami, telegramem i żoną pod pachą. Już czujesz, że Ci czoło zrosiło i plecy zwilgotniały.
Podjeżdża taryfa. Wsiadasz i od razu przypominasz sobie jak to było, jak miałeś auto bez klimy. Wysiadasz pod kościołem z lekka wymięty, a kwiaty od wyjazdu z domu zdążyły podwiędnąć. Za to w kościele jest przyjemnie. Stare mury trzymają chłód i chociaż praktykujesz nieregularnie, a właściwie regularnie niepraktykujesz przyznać musisz, że kościół jest wcale przyjemnym miejscem. Masz na myśli oczywiście temperaturę, bo te wszystkie dzwonki, śpiewy i zawodzenia działają Ci na nerwy. A zdenerwowany jesteś bo idziesz na wesele. Bo nie wypada nie iść. A nie chce Ci się jak cholera. Na dodatek do rodziny żony, a dokładniej do wiejskiego odłamu rodziny żony. Zawodowcy.
Msza się kończy. Trzeba niestety wyjść na zewnątrz. Z przyjemnego chłodu do pieca.
Ustawiasz się w kolejce do życzeń z przywiędłymi już z gorąca kwiatami. Słońce „przyjemnie” praży w ramiona. Przypomina Ci się scena z filmu „Czterej Pancerni i pies” kiedy to Gustlikowi jakiś Niemiec przestrzelił termos z gorącą grochówką na plecach. Czujesz się podobnie, bo plecy też masz mokre i gorące.
Dochodzisz do pary młodej. Nieznajoma dziewucha i nieznajomy chłopak szczerzą się do Ciebie, a ty do nich. Coś tam im życzysz i całujesz wycałowane szczeże przez poprzedników lica. Najgorsze jednak przed tobą.
Jedziesz z jakimś wujkiem i ciotką ich samochodem do świetlicy na wieś w której odbędzie się weselicho. Po raz drugi tego dnia przypominasz sobie jak to jest latem w samochodzie bez klimy w garniturze pod krawatem. Wysiadasz mokry i wchodzisz do świetlicy, jest duszna i gorąca. Na sali duży stół ustawiony w podkówkę i metalowe krzesła o zielonych siedziskach ze skai. Później – jak Ci się „usta” spocą - zauważysz, że zielona skaja jest lekko wilgotna. Goście się zjeżdżają. Jest i w końcu para młoda. Jakieś powitanie, pierwszy taniec itd...
Siadacie do stołu. Patrzysz po sąsiadach. Buraczane uśmiechnięte lica, stalowe gangi, białe skarpety i zelówki wskocz – wyskocz. Zawodowcy. Ciasnota potęguje jeszcze bardziej uczucie gorąca. Nie możesz nawet rozchylić zbytnio łokci, żeby przewentylować pachy.
Ani się spostrzegasz masz już polane. Zawodowcy się rozkręcają. Walisz lufę. Weszła jak w masełko, może dlatego, że miała temperaturę ciała. Do popicia same dwulitrowe napoje z tanich marketów o wściekłych seledynowych i żółtych kolorach zdradzających ich nienaturalne pochodzenie. Też ciepłe. Po drugiej, ciepłej lufie włosy stają Ci dęba na rękach i odczuwasz jakby, nawet chłód. Ale nie na długo, bo właśnie na salę „wjeżdżają” wazy z gorącym rosołem. Sam nie wiesz dlaczego – może to psychologia tłumu – ale zaczynasz spożywać gorący rosół z makaronem. Jesteś teraz niczym reaktor atomowy. Żywy ogień pali cię od wewnątrz. Pot spływa z czoła na nos, kapie do rosołu. Kiedy kończysz zawodowcy nalegają na następną lufę, którą ktoś polał w trakcie konsumpcji. Po gorącym rosole jest nawet jakby chłodna.
Masz dwie mozliwości: albo dotrzymasz kroku, co niechybnie skończy się zwaleniem z nóg, albo będziesz unikał dłuższego przebywania przy stole dylając na parkiecie, gdzie królują poleczki i obertasy. Nie wiadomo co gorsze. Jeśliś młody i wydolny - dasz radę. Ale jeśli jesteś po nikotynistą po czterdziestce, prowadzącym siedzący tryb życia i masz stresującą pracę – nie dasz rady i twoje serducho może nie podołać. Do oczepin będziesz leżał z zawałem na OIOM-ie. Musisz przeto mierzyć siły na zamiary i wymiarkować w czym jesteś mocniejszy.
Byłem ze dwadzieścia lat temu na takim. Połowa wesela pracowała w okolicznych lasach jako drwale. Najpierw była wizyta w domu panny młodej. Dwa pokoje, kupa ludzi i z dziesiącioro rodzeństwa w wieku malejącym o rok, półtora. Później był wymarsz wszystkich gości do kościoła, jakiś kilometr po piachu. Ja szedłem w środku pochodu. Kurz wzniecony przez poprzedników uniemożliwiał dostrzeżenie butów. A ja swoje wyglancowałem na cacy.
Impreza odbywała się w remizie strażackiej. Było to największe wesele jakie przeżyłem. Było to też wesele, gdzie trzydzieści procent gości to były dzieci w wieku różnym. Miały do dyspozycji duże pomieszczenie wyłożone w całości materacami. Kiedy te młodsze były już zmęczone i śpiące, zanosiło się je po prostu do tej ich „sypialni” i tam leżały pokotem.
W miarę zbliżania się oczepin, co słabsi miastowi zawodnicy padali jak muchy.
Czerwono - winni intelektualiści nie wytrzymywali tempa narzuconego przez wódczany lud pracujący i zasypiali, czy to przy stole z głową na platerze, czy to gdzieś po krzakach na zewnątrz. Wtedy dołączali do dziatwy śpiącej na materacach, wywlekani na bieżąco przez zawodowców.