reptar
17.04.03, 12:39
Jonatan Chwyt, pianista, zatrudnia się na dalekiej północy jako muzyk
rozrywkowy. Trafia do małej norweskiej osady pełnej marzeń, emocji i tajemnic,
którymi żyją jej mieszkańcy. Oj, dzieje się tam, dzieje, choć wszystko swoim
tempem, właściwym polarnej nierozróżnialności dnia od nocy. Jest to jedna
z tych książek skonstruowanych z drobnych spraw - teraz mogę ją otworzyć na
dowolnej stronie i delektować się takim czy innym epizodem stanowiącym niemal
osobną historię - tworzących jednak niesprzecznie całość, silną przez swoją
zwykłość i niezwykłość równocześnie. Główny bohater mówi: „Nie warto
kolekcjonować nieporozumień, tylko dziwne trafy, zaskakujące przypadki
i spotkania; to ich wartość będzie rosła”. I faktycznie, sensem przypadków
nie jest ich zaistnienie; one nie wydarzają się, aby napędzać akcję, lecz
pojawiają się w niej jako ilustracja; ot, kolekcja właśnie, i trochę to takie
wszystko uciekające w symbol bez brzemienia filozofii, z dyskretnymi
niedopowiedzeniami. Proste rzeczy opisane językiem w wielu miejscach bliskim
poezji, a jednak nie robiącym wokół swojej poetyckości żadnego hałasu. Pod
tymi względami „Jubel” przypomina mi trochę „City”, a kto na tym forum spotkał
się już z moimi wypowiedziami na temat tej drugiej książki, ten wie, jak
wielka to z mojej strony pochwała. „Jublowi” przyznaję dobre miejsce w górnych
partiach mojego prywatnego rankingu literackiego i powoli zaczynam się
rozglądać za innymi książkami Larsa Saabye Christensena.