one.rozetta
31.05.10, 01:51
Na początku witam wszystkich licząc na to, że ktoś sypnie jakąś złotą radą
choć zdaję sobie sprawę, że temat poniższych wynurzeń nie do końca pasuje do
charakteru podforum. I z całą pewnością nie należy do gatunku rozwiązywalnych
na forum. Ale zaryzykuję.
Z Obecnym jesteśmy razem od ponad dwóch lat. Różnica wieku powyżej dyszki, on
stary kawaler jak to się uroczo określa, ja po kilku poważniejszych związkach.
Mieszkamy razem od ponad roku, generalnie myślę, że układa się dobrze, bo
problemy na linii "bałaganiarstwo vs. skłonność do pedantyzmu" czy też "co
tydzień kościółek vs. skłonność do kontestacji KK" nie są na tyle istotne by
nie dało się ich przezwyciężyć.
Kwestia jest chyba natury nieco poważniejszej.
To raczej typ mocno hmm oziębły. Nie przejawiający głębszych uczuć,
przynajmniej w stosunku do mnie. Nie przypominam sobie by kiedykolwiek mnie
przytulił, pocałował, zwrócił do mnie po imieniu (sic!). Zawsze to forma
bezosobowa, rzucona w przestrzeń. O typowych, używanych w związkach zwrotach
nacechowanych jakimiś tam emocjami nawet nie wspominam.. Komplementu z jego
ust nie przypominam sobie żadnego. Jak nietrudno się domyślić, analogicznie
wygląda sprawa seksu. Minuta pod kołderką i po sprawie. Nie powiem, zaczyna
mnie to męczyć. Zawsze miałam dość
rozbuchany temperament, jestem osobą totalnie bezpruderyjną (ileż to razy od
niego słyszałam "zakryj ten dekolt"), która w poprzednich związkach miała już
możliwość "wyżycia się" i nie potrzebuję teraz bóg wie jakiego szaleństwa..
Ale jakieś minimum przydałoby się zachować.
Temat poruszać próbowałam, może nieco zbyt delikatnie, uważając by go nie
urazić..ale jak widać bez skutku.
Dodam, że z uwagi na moją chorobową przypadłość bzykanie wchodzi w grę tylko
przez ok 10 dni w miesiącu, nie wymagam zatem cudów..
Wszystkie poprzednie związki kończyłam ja, gdyż mam dość silny charakter
(troszkę w tym eufemizmu, przyznaję) i eks nie potrafili utrzymać mnie w
ryzach. Zaczynały się lamenty, jacy to oni biedni, stłamszeni i zeszmaceni..
Teraz, wreszcie trafiłam na faceta, który potrafi mnie trzymać krótko, nie
daje sobie wejść na głowę i pewnie po części dzięki temu rzeczywiście go kocham.
Ale w takich relacjach naprawdę się męczę. Mam wrażenie, że traktujemy się jak
koledzy, mogę na niego liczyć, pomaga mi, uwielbiam jego poczucie humoru.. no
ale brakuje tu czegoś dość istotnego.
I w normalnej sytuacji mogłabym ten związek jeszcze sobie nieco ciągnąć,
sprawdzić czy może coś uda mi się wywalczyć. Ewentualnie mogłabym go zostawić
i poszukać kolejnego delikwenta, bo faceci zawsze uważali mnie za atrakcyjną
więc następca zalazłby się bez problemu. Ale nie chcę, bo jak pisałam, lubię
go bardzo ;)
Jednak sytuacja normalna nie jest. Ze względów chorobowych, muszę natychmiast
zajść w ciążę. Obecny wie o tym doskonale, co ważne - na słowo "dziecko" nie
uciekł z krzykiem, a wydawał się nawet zupełnie ukontentowany z takiego obrotu
sprawy. Podobno dzieci lubi, a w jego wieku to już ostatni dzwonek. Zonk
polega na tym, że badania wyszły nam kiepsko. Na tyle kiepsko, że konieczne
będzie in vitro. Zgodził się bez większego namysłu.
I tu rozdzwoniły mi się nieco dzwonki alarmowe. Praktycznie z dnia na dzień
muszę podjąć tak ważną decyzję, zdając się dosłownie na półsłowka wydukane
przez Obecnego. Obecny nie grzeszy elokwencją ( inteligentny ale cholera
bardzo małomówny) i próba wyduszenia z niego jakiejkolwiek deklaracji nie ma
racji bytu. Ja absolutnie nie mam potrzeby zaciągnięcia go do ołtarza! Nic z
tych rzeczy.. ale chciałabym usłyszeć cokolwiek co da mi pewność, że decydując
się z nim na dziecko, nie pcham się w kanał. Bo póki co, jedynym co z siebie
wyartykułował było stwierdzenie, że "dobrana z nas para". I w drugim miesiącu
znajomości, po kilku głębszych palnął, że mnie kocha, czego jednak na poważnie
nie wzięłam.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że tysiąc razy ważniejsze są czyny nie słowa - i
pod tym względem jest absolutnie ideałem, nie mogłabym sobie wymarzyć faceta,
na którym można bardziej polegać.
Ale czy nie powinnam go nieco przycisnąć? By w werbalny sposób raczył się ciut
określić? I nalegać na lekką choć zmianę stosunku do mojej osoby?
Nie chcę tu nagle rozmamłanych ciepłych kluch, bo takimi gardzę ale do
cholery, jakieś minimum uczucia raz na tydzień mogłoby się pojawić.
Przesadzam? Bo już sama nie wiem.