anovan
02.05.12, 22:42
Jesteśmy małżeństwem od 5 lat. Problem z seksem był już na samym początku - mąż nie mógł nawet osiągnąć erekcji, więc długo trwało zanim do seksu doszło, musieliśmy nawet skorzystać z porady terapeuty(!). Problem polegał na tym, że mąż był we mnie "zbyt" zakochany i "za bardzo mu się podobałam", sam jest starszy i - obiektywnie rzecz biorąc - niezbyt przystojny. W związku z tym uznał, że "na mnie nie zasługuje, itp." Po terapii, kilku spotkaniach zarówno indywidualnych jak i wspólnych, zaczęliśmy uprawiać seks. Bez fajerwerków, właściwie to dość słabo - mąż nieporadny w łóżku, próbujący dominować (bo wie, że lubię), ale nieudolnie... Byłam zakochana, pokochałam go, ale seks nigdy nie był udany. Z tego powodu zresztą wielokrotnie myślałam o rozstaniu, ale z wielu przyczyn (bardziej tych wysyłanych przez rozum, niż serce), nie zrobiłam tego. Trwamy tak teraz w "białym małżeństwie", wcześniej - prawie cudem - udało mi się dwa razy zajść w ciążę. Mam 32 lata, moje potrzeby seksualne rosną, jestem coraz bardziej atrakcyjna (co też rzekomo wpływa na męża, tyle że negatywnie, zniechęcająco, onieśmielająco...) i wprost proporcjonalnie rośnie moja frustracja... Przestałam już widzieć w nim mężczyznę, jest współlokatorem, który zapewnia mnie i dzieciom bardzo wygodne życie, jest przyjacielem, z którym można pogadać i poprzytulać się - to tyle. Wiem, że to i tak dużo, ale seks jest jednak nieodłącznym elementem małżeństwa, choć może się mylę. Czytając to forum widzę, że niekoniecznie tak jest...