gonia64
29.03.07, 13:29
Dwa lata temu dowiedziałam się że mąż ma kochankę. Że romas trwa od roku.
Pomimo że w domu jak później twierdził między nami było lepiej niż tylko ok.
Na moje pytanie o seks odpowiedział że było mu ze mną fantastycznie. Ja też
to tak czułam. Miałam mętlik w głowie.
Nie będę opowiadać co przeżywałam. Jak bardzo nie umiałam i nie umiem
zrozumieć dlaczego? Zaufanie prysnęło jak bańka mydlana.
Prosił o szansę. Zgodziłam się. Próba odbudowy czy jak on mówił naprawy. Z
zebranych przeze mnie informacji z tamtą kobietą zerwał kontakt. (a może mam
złe informacje? sama nie wiem) Ja w ogromnym stresie powoli pogrążałam się w
depresji. Brak poczucia własnej wartości, poczucie uprzedmiotowienia,
poczucie że jestem niepotrzebna, niekochana. Brak sensu życia i poczucie
straconych najlepszych lat na czekanie aż on wróci z kolejnych wyjazdów
służbowych do domu. Beznadzieja.
Z mojej strony strach przed kolejnym ciosem. Rezerwa. Oczekiwanie w jaki
sposób będzie próbował naprawić. Problemy które zamiatałam pod szafę bo
wcześniej uważałam za takie z którymi można żyć byle by było zaufanie
lojalność wypłynęły ze zdwojoną siłą. Jego długoletni brak okazywania uczuć,
czułości, wsparcia w różnych sytuacjach bolał podwójnie. Bo skoro tamtej
okazywał wszystko to co mnie nie okazywał... Na moje wcześniejsze uwagi że
tego mi brakuje jego reakcja była "czego ja chcę? przecież on haruje".
Z jego strony zaangażowanie się w prace fizyczne na rzecz mieszkania.
Remontuje wszystko po kolei. Od momentu kiedy mleko się wylało zaczął mnie
cmokać w policzek, przestał do mnie mówić kobieto (pomimo że ja do niego
mówiłam słoneczko) tylko przypomniało mu się jak mam na imię. Potrafi mnie
przytulić. Doczekałam się pierwszych kwiatków, pamięci o imieninach. I na tym
koniec.
Niestety teraz to dla mnie za mało jak na sposób naprawy związku. Rozmowy są
o rachunkach, pogodzie, dzieciach. Nie ma rozmowy o nas. O tym nie chce
rozmawiać. Według niego jeżeli mu nie wierzę to mogę sprawdzać on nic nie
poradzi na to że mam brak zaufania. Ja oczekuję wsparcia a on na to że
przecież remontuje. Oczekuję wsparcia a on na to że przecież zmywa naczynia.
Nie wiem jak dotrzeć do niego.
Ostatnio wypłynęła nowa sprawa. Wycofując autem na parkingu zahaczyłam
zderzakiem o krawężnik. Skutkiem czego zderzak do wymiany, czyli auto na
warsztat. Jego reakcja na to co zrobiłam: skoro zepsułaś to napraw, ja za tym
biegać nie będę. Zobaczysz jak to jest załatwiać takie sprawy. (on miał kilka
stłuczek na swoim koncie, a to był mój drugi raz od piętnastu lat) Uniosłam
się ambicją oczywiście że naprawię nie ma sprawy. Ale sam widzisz jak wygląd
twoje wsparcie. Rozpoczęła się wymiana zdań. Moje emocje puściły i
wyciągnęłam jego brudy wypominając że do tamtej pindy potrafił jechać
kilkadziesiąt kilometrów żeby jej pomóc a dla mnie nawet nie ma ciepłego
słowa typu "no trudno nie martw się, wszystko będzie dobrze, lub samochód to
nie koniec świata". Żadne słowo pociechy, tylko zepsułaś to napraw.
Przestałam się odzywać. Na drugi dzień odwoziłam go do pracy, chciał mnie
cmoknąć a ja powiedziałam "bez łaski". No i zaczęłam go traktować jak
powietrze. Z samochodem wszystko pozałatwiałam czekam tylko na sygnał kiedy
mam go postawić na warsztat. O tym go uprzejmie poinformowałam na co
usłyszałam "że gdyby wiedział że taka będzie moja reakcja to sam by to zrobił
i może dokończyć załatwianie tego tematu". Moja odpowiedź była - "dam sobie
radę, zaczęłam temat to skończę. A wogóle to chcę cię uprzedzić i to nie
straszenie, czy szantarz, że po naprawie oddaję kluczyki i auto a sama się
wyprowadzam. Nie mogę dłużej tego wyrzymać" Wszystko to mówiłam spokojnym
tonem.
Jego reakcja? Wykrzykiwanie, że ja od dawna to planowałam, że z góry
założyłam że się rozejdziemy. (nie jestem w żaden sposób zabezpieczona
finansowo).
Później gdy się uspokoił. Zaczęliśmy rozmawiać, powiedziałam po raz kolejny
że w tym co robi nie widzę odbudowy zaufania czy próby pokazania że nie mogę
liczyć na niego. Ponieważ jechał do miasta coś załatwić, zaproponował mi
wspólne wyjście do kawiarni i dokończenie rozmowy. Rozmowa w kawiarni nic nie
wniosła. Był chłodny i obcy.
W domu wróciliśmy do tematu. Stwierdził, że skoro jest tak jak jest to on ma
propozycje taką że, dajemy sobie szansę jeszcze pół roku a jeżeli nic się nie
zmieni to się rozwodzimy.
Doradźcie coś sensownego, bo ja już nie wiem co o tym myśleć, to wszystko
mnie przerasta