miimiimii
05.11.07, 22:52
Czuję pustkę. Wyszedł. Próowałam go zatrzymać, skłamał, że wychodzi
tylko do samochodu jakieśtam po rzeczy. W kuchni na blacie zostawił
mi 200złotych, wiem, że nie zamierza wracać, bynajmniej na noc.
Zrobiłam sobie drinka, w sumie nie wiem po co, w tej sytuacji chyba
się powinno.
Nie czuję nic. Od jakiegoś czasu mentalnie chyba żegnałam się z nim.
Pustka, nic nie czuję, byłam na to przygotowana. już tyle razy
słyszałam o rozwodzie (jeszcze zanim się pobraliśmy). Za każdym
razem oddalałam się o krok, krok w tył.
Nie twierdzę, że jestem gotowa, by być samotną matką. Ale nie jestem
zaskoczona. nie patrzę już na to, jak na katastrofę. Wiem, że
poradzę sobie, bo muszę, zawsze sobie radziłam.
Opieram szklankę o samochodzik synka.. Jego najbardziej mi szkoda,
boję się złamać mu życie, zrujnować jego porządek świata.
Nie wiem co dalej, ale nie potrafię rozpaczać, nie wiem czy jest za
czym. Nasze życie od dawna przyjmowało najgorszy kształt. Chyba nie
ma rzeczy, której byśmy juz sobie nie powiedzieli (choć chyba mam
jeszcze w zanadrzu kilka słów, którymi mogłabym skrzywdzić go
bardziej). Jednak o wzajemnym szacunku nie ma mowy od dawna. Nasze
wspólne życie było jakąś tragifarsą.
Co zrobiłam źle? Wiem. Ze względu na dziecko żałuję, że nie
zdołaliśmy sprostać swoim wzajemnym oczekiwaniom. nie wiem co
powinnam teraz robić?? Nie wiem, nie mogę znaleźć sobie miejsca w
tym znienawidzonym domu tylu złych chwil. Myślę co dalej, nie
potrafię się nawet bać, chyba jeszcze na tyle to do mnie nie
dociera. na wszystko patrzę jakby oczami naszego synka, dziecka
pozbawionego szansy- szansy normalnego życia, bezpiecznego
dzieciństwa u boku mamy i taty, niezniekształconej traumą rozbitej
rodziny psychiki..
Nawet jeśli to jeszcze nie koniec, jeśli w nocy, jutro, czy za kilka
dni on wróci, wiem, że to kolejny krok ku nieuchronnemu rozpadowi
tej "rodziny".
Pamiętam jak w dniu ślubu, widziałam pustkę, podobną do tej którą
widzę teraz. poza obecną chwilą nie wiedziałam nic. Nie czułam tego,
nie miałam wizji nas, za kilka nawet lat, już nie mówiąc o wspólnej
starości. zawsze starałam się być realistką, starałam się
przewidzieć różne opcje, moja intuicja była niezawodna. W dniu ślubu
patrząć w przyszłość, nie widziałam nic. Każdego następnego dnia,
próbowałam wykształcić sobie wizję naszego wspólnego życia, nigdy mi
się to nie udało.
Wiem teraz tylko tyle, że musze być silna dla dziecka, że wobec jego
niewinnej buźki muszę sie uśmiechać i być dla niego oparciem. Wiem,
że patrzy we mnie jak w obraz, że dla niego muszę kreować wizję
szczęśliwego życia i takie dla niego budować. Czy naprawdę taki los
był mi pisany?