Dodaj do ulubionych

Gdy znika fascynacja... (Milska)

06.02.08, 11:22
Im wieksze zaanżgaowanie w zwiazek i oddanie tym sybsza i
gwałtowniejsza śmierć namietności. Jak pogodzić współistnienie
oczekiwania od związku bliskości i oddania i udanego seksu?
Klaszyczny scenariusz i rady Milskiej jak amortyzować ten
nieuchronną sprzecznść. Czy faktycznie przydatne i realistyczne?

Wiele małżeństw przechodzi drogę od intensywnego poczucia zakochania
i olśnienia poprzez codzienne rozczarowania aż do jałowego
zobojętnienia. Nierzadko dochodzą też do ostatniego etapu –
wrogości, urazy, wręcz nienawiści. Czy ta droga jest nieuchronna?
W naszych czasach związek chłopaka i dziewczyny na ogół zaczyna się
od romantycznej fazy uniesienia, a także namiętnego seksualnego
zauroczenia(...) Kto go raz przeżył, będzie to sentymentalnie
wspominał i skrycie, pewnie nawet koło osiemdziesiątki, marzył o
powtórce. Fakty są jednak bezlitosne: z badań wynika, że seksualna
namiętność trwa najwyżej dwa lata, a – wliczając fazę mniej
intensywną – cztery. Potem inwestuje się energię w inne zadania,
takie jak praca, bogacenie się czy dzieci, a seks może pozostać
ważnym i miłym obszarem wspólnoty, ale nie ma już tej niezwykłej
wibrującej nuty, jaką pamiętamy z czasów, gdy wystarczyło na siebie
spojrzeć...
Można zmieniać partnerów przez całe życie w wiecznym poszukiwaniu
upojnego dreszczyku, ale to bardzo męczące, a w ostatecznym
rozrachunku mało satysfakcjonujące. Zamiast szukać nowych pożarów,
warto sprawić, by iskra życia w naszym związku tliła się
przynajmniej. Istnieje jednak poważna przeszkoda: wiele wskazuje na
to, że inna osoba wywołuje w nas pożądanie, kiedy nie jest zawsze
osiągalna lub kiedy czujemy, że możemy ją stracić. Marzenia i
nadzieje często wiążą się właśnie z obiektami niedostępnymi.
Tymczasem dobry związek polega na bliskości, a bliskość to możliwość
codziennego, wzajemnego dostępu do siebie. Jak zatem poradzić sobie
z faktem, że partner jest na wyciągnięcie dłoni.Nie ma prostej
odpowiedzi na to pytanie. Często napotykane zalecenia „ciągłej
pracy" nad małżeństwem mało kogo inspirują, bo wizja związku jako
wiecznej orki raczej zniechęca. Jeżeli już pracować, to nie nad
małżeństwem, ale nad sobą, a ściślej mówiąc nad własną odrębnością.
Osoby, które zbliżyły się tak bardzo, że jedna stała się częścią
drugiej, są dla siebie jak własna ręka – niezbędne, ale niezbyt
atrakcyjne. Jest to nota bene częsty przypadek wśród związków
zadzierzgniętych wcześnie, na przykład w liceum, wspólnie
dojrzewających i kształtujących się jak jedna osoba. Może to
spowodować, że małżonek może być traktowany jak siostra lub brat.
Być może to właśnie przydarzyło się pani Kindze.
Zatem część przepisu na nienużące małżeństwo to zachowanie
odrębności – warto zatem nie stopić się do końca umysłowo,
towarzysko, rodzinnie ani fizycznie. To oczywiście nie wystarcza, bo
dystans raczej rozbija związek niż wzmacnia. Aby para przetrwała,
powinna stworzyć swoistą intymność i zażyłość. Dobra para ma własne
rytuały (,,,) Jeśli zależy nam na żywym małżeństwie, nie należy
dopuścić, by sprowadzało się ono do opieki nad dziećmi. Ci, którzy
są wyłącznie rodzicami (choćby najlepszymi), dość szybko przestają
być parą, łączą ich tylko sprawy dzieci, niknie intymna bliskość.
Dobry związek zatem to taki związek, w którym namiętność stopniowo
przekształca się w zażyłość, tworzy się intymny świat odrębny od
świata zewnętrznego (również od dzieci), a obie strony zachowują
przy tym swoją odrębność.
To jest możliwe.
kobieta.wp.pl/kat,26339,wid,8195878,wiadomosc.html?P%5Bpage%5D=1

Obserwuj wątek
    • sagittka Re: Gdy znika fascynacja... (Milska) 06.02.08, 11:58
      Najlepszy przyjaciel i tajemnicza kochanka w jednym?
      Bliskość, zażyłość, poczucie ze można na siebie liczyć w każdej
      sytuacji, szczerość, a jednocześnie tajemniczość, niedostępność i
      miłosne gierki. Trudno to pogodzić.
      Myślę nawet, że to nie jest mozliwe, że zawsze szala przechyli się w
      jedną stronę i będzie np. większa zażyłość kosztem namiętności.


      • your_and Re: Gdy znika fascynacja... (Milska) 06.02.08, 12:31
        W jakiejś dyskusji pamietam o przytoczonym paradoksie.
        Statystycznie kobiety "karzą" swoich męzczyzn za brak zaangażowania
        w związek, rodzinę dzieci brakiem seksu i tak to włąśnie tłumaczą.
        Ale psychologicznie właśnie paradoksalnie zwiekszenie zaangażowania,
        oddanie partnera i wieksza jego pewność powoduje brak ochoty na seks
        z nim, spadek pożądania i łózkowego zainteresowania partnerem i
        protem zastanawaianie się: "czy mam sie zmuszać do czegoś czego nie
        czuję"?
        • kawitator Re: Gdy znika fascynacja... (Milska) 06.02.08, 13:03
          Trudno to pogodzić. Myślę nawet, że to nie jest mozliwe, że zawsze szala przechyli się w jedną stronę
          Całe życie to jest takie chodzenie na linie i ciągłe szukanie równowagi od zupełnie podstawowych egzystencjalnych tematów czyli jak żyć (tak jak by się miało umrzeć jutro- jak byś miała żyć wiecznie) poprzez związki ( bliskość - indywidualność ) wychowanie dzieci ( miłość – wymaganie i dyscyplina) do zupełnie błahych.
          W każdym przypadku jest to równowaga chwiejna i trzeba bardzo uważać aby znajdować się w środku na swojej docelowej ścieżce bowiem pozycja co dawała tę równowagę wczoraj dzisiaj może spowodować obsunięcie się na skraj. Nie raz w życiu wylecisz niespodziewanie z tego optymalnego stanu równowagi i trzeba szybciutko sie orientować i szukać znowu jak to zrobić aby nie dostać po lapkach.
          Niestety większość ludzi wychowywała się na bajkach w których po zakończeniu okresów zalotów i zdobywania następowało weselisko a potem ludzie „żyli długo i szczęśliwie” Nie ma większego kłamstwa Schody dopiero wtedy się zaczynają :-))))
          • sagittka Re: Gdy znika fascynacja... (Milska) 06.02.08, 13:18
            > Niestety większość ludzi wychowywała się na bajkach w których po
            zakończeniu o
            > kresów zalotów i zdobywania następowało weselisko a potem ludzie
            „żyli dł
            > ugo i szczęśliwie” Nie ma większego kłamstwa Schody dopiero wtedy
            się
            > zaczynają :-))))

            Wiem, wiem, ja juz jestem na tych schodach :)
            Po 16 latach związku wiem, że jak piszesz, "Całe życie to jest takie
            chodzenie na linie i ciągłe szukanie równowagi".
            Myślę, ze w małżeńswtwie się nigdy tej równowagi nie osiągnie (a
            może to i dobrze, bo dzięki temu balansowaniu na linie ciągle się
            coś dzieje i związek jest żywy?).
          • aandzia43 Re: Gdy znika fascynacja... (Milska) 06.02.08, 22:38
            kawitator napisał:
            Schody dopiero wtedy się
            > zaczynają :-))))

            W sprzyjających okolicznościach mogą to być schody do nieba;-)

            A tak poza tym, to nic dodać, nic ująć:-)
            I tak, jak po linie idąc nie należy się zatrzymywać, zawracać i nerwowo kręcić,
            bo grozi to upadkiem w dół, tak i w życiu nie wskazane są przestoje i próby
            zawracania kijem Wisły. Przestoje to właśnie kryzysy. W tym kontekście zawołanie
            Miedzianejkonefki: "Alleluja i do przodu" nabiera filizoficznej głębi;-)

            Kochani, balansujmy więc z wdziękiem i we właściwym kierunku.
    • alicja_z Nie zawsze.... 06.02.08, 12:01
      Nieprawda... Całe szczęście nieprawda. Albo jeszcze inaczej zdarzają
      się przypadki, wyjątki (?) (i myślę że wcale nie takie rzadkie) gdy
      namiętność, pożądanie, zauroczenie i fascynacja nie wygasają albo
      zmniejszają się w niewielkim stopniu nawet u partnerów z długim
      stażem. Mam starszych znajomych (49 i 43), którzy są kontrprzykładem
      Twojego wywodu. Słowem - jest nadzieja :-).
      • gomory Re: Nie zawsze.... 06.02.08, 13:19
        Ale co takiego jest nieprawda, bo sie moze pogubilem?
        Przeciez artykul nie traktowal o niemozliwosci stworzenia wieloletniego zwiazku pelnego zauroczenia. Wrecz podpowiadal jakie postepowanie moze byc pomocne do stworzenia bliskich relacji w dlugotrwalym ukladzie.
        • your_and Re: Nie zawsze.... 06.02.08, 13:56
          Siła namietności owszem wygasa z czasem ale można zawsze zadbać żeby
          sie ciągle tliła (od czasu do czasu zapłoneła jaśniej) a jej
          intensywnośc zamieniła się w zażyłość a nie w nienawiść i gorycz
          rozczarowania.
          Ale wiekszość sie łudzi i oczekuje że u nich bedzie innaczej bo ich
          miłość jest "prawdziwa" - obwiniając partnera za niepowodzenie.
        • alicja_z Re: Nie zawsze.... 06.02.08, 14:04
          Wyciągam pomocną dłoń :-) - moja "nieprawda" odnosiła się w
          szczególności do jawnie przytoczonego stwierdzenia:
          "...Fakty są jednak bezlitosne: z badań wynika, że seksualna
          namiętność trwa najwyżej dwa lata, a – wliczając fazę mniej
          intensywną – cztery..."
          • kroni straszne.... 06.02.08, 14:20
            ...czyli co 2-4 lata zmiana partnerki?? cholera, nie zdążę
            zapamiątywać jak mają na imię! hmmmm.....
            ;)
            • alicja_z mała rada 06.02.08, 17:07
              Wystarczy wybierać partnerki o tym samym imieniu...:-)
          • gomory Re: Nie zawsze.... 06.02.08, 16:33
            W tym akurat przypadku stane po stronie Milskiej-Wrzesinskiej, i bede robil za niewiernego Tomasza. To znaczy nie wierze Tobie ani odrobine.
            W mojej opinii przemawiaja za tym:
            * badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii (badano krew, mierzono cisnienie, poziom hormonow i przeprowadzano testy psychologiczne)
            * moje spostrzezenia ktore potwierdzaja powyzsze
            * liczna rzesza ludzi ktorzy przyznaja "tak jest"
            * protestujacy przeciwko tym wynikom. Niby paradoks, a jednak.
            Byly to osoby delikatnie mowiac majace problemy ze zrozumieniem istoty kwestii. Wiec obserwacje i wglad ktorego dokonywaly byl mocno watpliwy ;).
            W jezyku psychologow "seksualna namietnoscia" nazywany jest poczatkowy okres znajomosci, gdy hormony szaleja. Smieszne jest to, ze nawet bez uprawiania seksu i tak ludzie sa szczesliwi z samego faktu przebywania w swoim towarzystwie. Jednak ta burza minela u kazdej przebadanej pary.
            Oczywiscie to nie znaczy, ze automatycznie znika pociag seksualny do partnera. Nadal mozna prowadzic niezwykle urozmaicone i podniecajace wspolzycie. Trzeba miec tylko swiadomosc, ze w sferze odczuc nie ma juz powrotu do stanu poczatkowego.
            Jest czesc naukowcow ktorzy wrecz twierdza, ze te poczatkowe hormonalne oszolomienie ma znamiona choroby! Trzeba im przyznac racje, ze postrzeganie bywa wtedy mocno zaburzone ;).
            Panuje zgodnosc co do tego, ze ten drugi etap gdy opadna rozowe okulary pozwala stworzyc bardziej wielowymiarowe wiezi. Taka milosc jest glebsza, bardziej przemyslana i poparta czyms wiecej niz krotkotrwalym zafascynowaniem erotycznym. Tutaj uwaga: przejscie na ten etap wcale nie oznacza seksualnej zimy!
            Im bardziej ktos jest emocjonalnie prymitywny, tym bardziej niemozliwym dla niego jest przeksztalcenie poczatkowej seksualnej namietnosci w cos wiecej. Po ok. 5 latach zwiazek zaczyna mu sie rozjezdzac.
            Mam nadzieje, ze choc odrobine przekonalem Cie do slow pani psycholog.
            • alicja_z Re: Nie zawsze.... 06.02.08, 17:03
              gomory napisał:

              > W tym akurat przypadku stane po stronie Milskiej-Wrzesinskiej, i
              bede robil za
              > niewiernego Tomasza.
              > Mam nadzieje, ze choc odrobine przekonalem Cie do slow pani
              psycholog.

              Jako Niewierna Alicja (niewierna ma tu podwójne znaczenie...) ;-)
              przekonałeś mnie .. ale minimalistycznie. Żeby nie było
              nieporozumień - moja namiętność wygasła po ok.2-3 miesiącach od
              ślubu, więc sama nie jestem dobrym przykładem i wpisuję się w tezy
              Pani psycholog.
              Zgadzam się, że uczucia zakochania, początkowej znajomości,
              fascynacji są na pograniczu chemii i choroby...emocje
              buzują...motylki walą skrzydłami....poziom wilgotności rośnie. I ten
              stan faktycznie może trwać skończony okres czasu. Zgoda. Być może w
              psychologii seksualna namiętność to właśnie oznacza.
              Będę się uperała jednak przy swoim jeśli chodzi o namiętność i
              pożądanie rozumiane potocznie. Dla mnie - namiętność polega na tym
              (przykłady pierwsze z brzegu), że rzucasz się na partnera w
              nieoczekiwanych miejscach i porach niespecjalnie przeznaczonych
              na "zwyczajny" seks, że w czasie weekendu nie wychodzisz z łóżka
              robiąc to ho..ho..ho razy, że jest w tym pasja, zatracenie i
              gwałtowność. Zupełnie zbliżone do seksu uprawianego na początku
              znajomości.
              Powrócę do przykładu moich znajomych...do łóżka im nie właziłam
              ale ...mam wszelkie dane przypuszczać, że tak mają. Oczywiście w
              kategoriach statystycznych czy badań dużych populacji Pani psycholog
              ma rację. Ale w szczegółach, czy wyjątkach - jej nie ma. Czy to nie
              jest fajne ?
    • yoric Re: Gdy znika fascynacja... (Milska) 06.02.08, 15:32
      Dobry tekst!
    • your_and zbyt blisko razem 06.02.08, 20:52
      Właśnie na Tok FM jest o firmach rodzinnych. Wymieniają przeróżne zalety i
      goście w studio zgodzili sie do jednej ale podstawowej wady: zamarcie życia
      seksualnego w związkach gdzie mąż i żona pracują i prowadzą firmę razem.
      Ładnie to ujął psycholog że obecność małżonka po spędzeniu całego dnia razem:
      "przestaje witalizować"
      • aandzia43 Re: zbyt blisko razem 06.02.08, 22:50
        Hmm...Tak mi się właśnie wydawało, co do tych firm rodzinnych i życia
        seksualnego małżonków-wspólników. Ale może "nie wszyscy tak mają"? Może są
        sposoby na wspólne prowadzenie interesów i wspólne nadal życie seksualne?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka