lost_in_confusion
31.05.08, 21:28
Poznalismy sie dosc pozno, w okolicach 30-tki. Niby o zyciu powinno
sie juz wiedziec sporo... Poczatkowa fascynacja, pokrewienstwo dusz,
takie tam banaly, ktore jednak sprawiaja, ze ludziom robi sie dobrze
w swoim towarzystwie. Znajomosc dlugo trwala "nieskonsumowana", bo
potrzebowalam przerwy po 9-letnim poprzednim zwiazku... Nie kazdy
potrafi tak od razu rzucic sie w wir nowego. Ale to bylo mi tez
potrzebne z innego wzgledu, ten czas pozwolil mi docenic czlowieka,
na ktorego w zwyklych okolicznosciach nigdy nie zwrocilabym uwagi.
On zakochal sie szybciej, ja docenialam go bardzo powoli.
Niedawno poprosil mnie o reke. I tu zaczynaja sie schody...
Jak pisalam wyzej, znajomosc skonsumowalismy dosc pozno, bo po ok.
roku znajomosci (znamy sie ok. 3). O ile mozna nazwac to
skonsumowaniem... Typ neurotyka, problemy ze wzwodem, gdy juz sie
uda - przedwczesny wytrysk. Dodajmy do tego brak delikatnosci,
wyczucia - jednak nie wynikajacy z egozimu a z braku... no nie wiem,
chyba "talentu". Bardzo sie stara, pomijajac kwestie nad ktorymi nie
potrafi zapanowac, slucha moich wskazowek, probuje sie do nich
stosowac. No nie wiem, jak Wam to opisac... taki lozkowy Jas Fasola
(przykro mi o nim tak pisac, ale inaczej okreslic tego nie umiem).
Od 2 lat brak poprawy, mimo ze sama tez staralam sie jakos pomoc.
Jakies pol roku temu stracilam ochote na jakiekolwiek zblizenia.
Zdarzaja sie sporadycznie, co na pewno nie pomaga, ale bardzo trudno
jest mi sie zmusic. Zaczynaja irytowac mnie drobiazgi, bzdury takie
kompletne, ze kupil sobie "babskie" piwo w sklepie, ze przestraszyl
sie psa, z ktorym bawil sie sasiad... Czuje, ze ten zwiazek sie
konczy, a bardzo tego nie chce - laczy nas wiele cech, spraw,
zainteresowan. Jest mi z nim dobrze, dopoki nie zaczyna znow
probowac zaciagnac mnie do lozka. Wewnetrzny sprzeciw, jaki przy tym
we mnie sie pojawia jest coraz silniejszy i trwa coraz dluzej. Nie
radze sobie z tym... powiedzcie mi, jak wyjsc na prosta?