obecna_xyz
02.10.08, 12:25
Z łatwością znajdziecie coś o facecie, lub już to znacie.Problem
sprowadza się do "cudownych" uzdrowień dzięki mechanizmom samo-
naprawczym. A czy my w normotymii nie powinniśmy popracować nad
sobą? Problem polega na tym,że wizualizacje trzeba przeprowadzać
codziennie 3x 15 minut. Palmę pierszeństwa każdemu, kto tak długo
wypoczywa w ciągu dnia. No i tu jest pies pogrzebany. Zapewne
wszyscy, tak jak i ja, poganiacie się cały dzień.Nie myślę teraz o
czarnych dnia apatii depresyjnej. Mam syndrom wiecznego
zaniedbywania siebie; wszyscy i wszystko jest ważniejsze.
Znalazłam ostatnio takie wewnętrzne zaklęcie, które działa: pytam
siebie- dlaczego sobie to robisz?
Kolejna sprawa to, jak zwizualizować chorobę psychiczną: ja
wyobrażam sobie kłąb czarnego dymu wewenątrz mózgu , który rozprasza
się pod wpływam oddychania.Wyobrażam sobie światełko biegnące po
neuronach, albo że w rytm oddechu zalewa mnie ciepła fala
serotoniny.
Mam jeszcze takie doświadczenie: wszyscy traktują swoje choroby
somatyczne, zwłaszcza raka, jako coś obcego w sobie. Też staram się
myśleć , że to jakiś "mem" prowadzi we mnie swoje życie i okłamuje,
by rosnąć w siłę. Np w manii szepce mi do ucha: goń,goń, zawsze
byłaś taka energiczna,aż cię za to podziwiali, w końcu mąż też jest
aktywny cały dzień. Kiedy dopada mnie potworna myśl natrętna (taka
moja specjalność) staram się jakby stanąć obok i zobaczyć, że to
tylko w mojej głowie.
Staram się tropić moje negatywne myśli oraz emocje i odcinać je od
reszty dnia. Prowadzę też dziennik (od zawsze), gdzie bilansuję
swoje plusy i minusy. Robię takie rachunki, by wyszło na plus.
Jeszcze jadna dygresja: myślę,że nasze życie posuwa się w
codziennych koleinach planu dnia, nawyków, wad. Staram się wyrywać z
tych kolein- usilnie stram się, by codzień zrobić coś inaczej.
Problem optymizmu/pesymizmu to kwestia wypełnionej do połowy
szklanki; dla jednego jest w połowie pełna, dla drugiego w połowie
pusta.
No i myślę,że KAŻDY, też ci normalni, mają jakieś problemy. Stan
permanentnego szczęścia w ogóle nie istnieje. Niesympatycznie cieszę
się potyczkami innych (sory).Np,że moje rówieśnice są w większości
grubsze.
W swojej walce stawiam sobie drobne cele, małe kroki.
Staram się nad nikim, oprócz siebie, nie litować i starannie izoluję
się od toksycznych informacji. Jestem zła,że nad naszym forum są te
zaginione dzieci.
Mózg łatwiej reaguje na obrazy niż słowa, więć w moim pamiętniku
często rysuję takie ideogramy własnego pomysłu- leżak= wypoczynek
itp.
Zrobiłam sobie w duchu założenie dobrej woli: każdy ma dobra wolę i
realizuje ją jak umie. Może to pomoże uporać mi sę z pretensjami do
moich nieżyjących rodziców. Zresztą w pracy z pacjentami Simonton
zauważył,że psychoterapia z psychoanalzą i rozpamiętywaniem
dzieciństwa dawała bardzo złe efekty.
Jeszcze jeden mały wynalazek: worek napełniony starymi ciuchami,
który okładam z całej siły- efekt cudowny.
Dostałam od ginekolog progesteron: po pierwszej tabletce dopochwowej
padłam na dwa dni -taka senność ( mam teraz wyłącznie problemy z
zasypieniem). Gorzej, że powoduje on też depresję- wg. ulotki-, ale
może zastosuję np po 1/4 tabletki.Macie zdanie o progesteronie?