gdzies czytalam (blagam, nie pytajcie o zrodlo, bo jakbym jeszcze miala
pamietac co gdzie i kiedy czytalam to juz by mi mozgu braklo zeby spamietac co
konkretnie czytalam)
otoz czytalam, ze mozg pobiera ok 80% energii, z tego, co dostarczamy
organizmowi. Inne skladniki odzywcze pobiera tez, ale czytalam o enrgii. Mozg
zywi sie glukoza, ktorej magazynowac nie potrafi i musimy mu ja dostarczac na
biezaco.
Czy mamy zrec cukier w kostkach i zagryzac czekolada... oczywiscie mozna, ale
wtedy mozg co prawda sie najje, ale bedzie zamulony a w żołądek tez sie troche
bedzie buntowal.
Jak go (mozg) zywimy cukrem rafinowanym (najprostsze i najlatwiej dostepne
zrodlo glukozy - batonik mozna przeciez dostac na kazdym kroku) to jednak
traktujemy go troche jak bezdomnego. Wiadomo, bezdomny z glodu zje wszystko,
tyle, ze nikt od niego nie oczekuje, ze bedzie pracowal, ze bedzie kreatywny,
zadowolony itp... bezdomny egzystuje. Czeka az znajdzie kolejny nadgnity
kartofel lub sucha skorke chleba. Podobnie mozg, ktory nie otrzymuje
wartosciowego dla siebie pokarmu. Z glodu zje to co mu rzucimy, bo jak nie
zje, to sie zaglodzi, ale tez trudno od niego oczekiwac, ze bedzie czul sie
dobrze. A im gorzej sie czuje, tym bardziej nam dokucza. Dla mnie to logiczne.
Ja juz wiele lat temu zauwazylam, ze jak jestem naprawde glodna to nie moge
zjesc nic slodkiego (choc niektorzy mowia, zeby zjesc batonik, to poziom cukru
sie podniesie) bo jest mi wlasnie niedobrze i glowa mnie boli. Zawsze staralam
sie zjesc wtedy "cos konkretnego". Teraz na pierwszy rzut wcinam orzechy
wloskie (podobne leczymy podobnym - chyba cos jednak w tym jest)
Poszlam jeszcze o krok dalej, orzechy nosze zawsze przy sobie i jak jestem
troche glodna, lub zaczyna bolec mnie glowa, wcinam orzechy. Oczywiscie nie
kilo na raz, ale wcinam. Mozecie nie wierzyc, ale bol glowy przechodzi. Choc
jak bralam antydepy, to mnie glowa rzaaaadko bolala... musialam naprawde juz
dluuuugo nic nie jesc.
Oczywiscie orzechy nie zastapia posilku, ale sa rewelacyjne doraznie - mozna
je zawsze miec pod reka. Pewnie nie kazdy bol glowy mozna wyleczyc orzechami,
ale taki, ktory jest polaczeniem zmeczenia i jednolitego bolu ogarniajacego
cala glowe na pewno mozna probowac.
No i jeszcze sen. Część z Was ma dzieci. Czy jak dziecko jest marudne i widac,
ze jest spiace to dajecie mu kawe, red bulla czy kladziecie spac? Pytanie mam
nadzieje retoryczne.
Jak mozg jest zmeczony, to tez jest marudny (przeciez dziecko jak jest marudne
to tez dlatego, ze mozg mu tak "kaze"). Wiec mozg jest marudny a my mu kawe,
herbate.... Tylko im dluzej jest zmeczony a my mu ciagle red bulla, to sie w
koncu wk*** (czytaj: dostaje chadu) i ma nadzieje, ze teraz to juz na pewno mu
damy odpoczac i zjesc cos dobrego. A my go psychotropami. Czasem sie troche
uspokaja, jednak z czasem tych psychotropow trzeba wiecej i wiecej i wiecej.
Tak, wiem, psychiatra powie, ze to zaburzenia neuroprzekaznikow... tylko czy
to jest przyczyna, czy moze skutek...
Moja Teoria Mojej Pierwszej Wielkiej Manii jest taka
1. silne, negatywne przezycie emocjonalne na ok. rok moze dwa przed
2. rzut hashi - wyrzut hormonow
3. dzieki hormonom mialam m.in. troszku wiecej sily dlatego prawie nie spalam,
intensywna praca + dojazdy zajmujace ok. 15 godz na dobe, potem jeszcze
sleczenie bez sensu przed kompem + glosna muza prosto w uszy, kiedy tylko sie dalo
a potem to juz samo poszlo
Dlaczego skadinad zdrowy psychicznie czlowiek, ktory nie spal 3 doby ma glosy,
albo inne zaburzenia. Czy to zaburzenia neuroprzekaznikow wywolaly zmeczenie i
objawy psychiczne, czy moze brak snu (oraz rozne psychostymulanty, ktore
niedoborowi snu na ogol towarzysza) wywolaly zaburzenia w neuroprzekaznikach
dajac objawy choroby psychicznej...
Slyszeliscie o takich przypadkach? Bo ja slyszalam, chyba nawet gdzies tu na
fourm. Moze to bylo na schizofrenii bo glosy to jednak schiza. Czasem
podczytuje to forum, bo w koncu bylam schizo-afektywna
W tym momencie
WIELKI SZACUNEK dla Ubik. Mialas racje, zaburzenia
psychiczne sa zbyt subtelne, zeby wszystko moc zwalic na tarczyce. Choc
szwankujaca somatyka na pewno nie pomaga. I moze nie koniecznie u kazdego
chadowca musi to byc tarczyca, ale mysle (intuicyjnie czuje), ze nadzwyczaj
czesto wlasnie tak jest.
Mysle, ze potrzebowalabym max 2 tygodni, zeby sie doprowadzic do stanu, w
ktorym chodzilabym po scianach. Skoro jedna-dwie godziny snu za malo powoduje
juz lekkie nieprzyjemne pobudzenie i smiechawke, to przez dwa tygodnie spiac
np. po 3 godziny na dobe mozna wiele osiagnac. Do tego dolozyc sporo slodkiej
kawy... rozmarzylam sie

Jednak przez szacunek dla samej siebie nie bede
tego sprawdzac. Przypomne, ze od prawie trzech miesiecy nie biore lekow. Jak
nie dośpię, to wtedy sobie lizne olanzapinke, zeby sie nie chustac. Troche
przymula i oslabia myslenie

, ale jak juz narozrabiam, to musze za to
zaplacic. Wiec sie nie skarze. Ale bardzo nie lubie tego stanu niezdrowego
pobudzenia, dlatego staram sie nie rozrabiac. Moze jeszcze kiedys bede mogla
zarwac noc. Np w Sylwestra. Ale jeszcze nie teraz.
Byc moze kogos wkurzylam. Trudno. Pisze to co mysle
Ale byc moze jedna osoba wezmie sobie do serca to co napisalam.
I wlasnie dla tej osoby to napisalam.
ps.
zdrowe cialo i zadbany mozg to oczywiscie jeszcze nie wszystko, co jest
potrzebne, zeby pozbyc sie chadu... o czesci juz bylo a reszte pozostawiam Wam
- samodzielne odkrywanie tego jest zbyt fajne, zebym miala Was pozbawic tej
przyjemnosci podajac wszystko na talerzu
ps2.
oczywiscie to co napisalam to WYLACZNIE moje przemyslenia, choc jak zwykle
oparte na ogolnie dostepnej wiedzy
po prostu wzielam puzzle i ulozylam z nich obrazek, mnie sie podoba