Dodaj do ulubionych

artykuł w WO (please, please, please)

30.06.09, 21:16
36.a zlinkowała artykuł z WO w wątku do daifak26:
kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,6731904,Please__please__please.html
Ciekawa jestem, co myślicie o tym tekście? Bo mnie osobiście bardziej wkurzył
niż wzruszył. Chętnie zderzę myśli.
Obserwuj wątek
    • 36.a Re: artykuł w WO (please, please, please) 30.06.09, 21:29
      czym wkurzył? postawą matki "trzeba powiedzieć o tym głośno, bo stała się krzywda"? mnie postawa matki tu nie interesuje. daifak jest wolontariuszką, dziewczyna z felietonu też, zdolna - tu też.
      podlinkowałam. pewnie nawet nie przeczytała, ale to nieważne.

      ja wierzę, że takim "Magdom" można pomóc. nie znalazł się nikt mądry, z otwratą głową i sercem obok?
      a może lekooporna depresja i "tak miało być"?

      więcej uwag nie mam
      • dzedlajga Re: artykuł w WO (please, please, please) 30.06.09, 23:00
        jak depresja jest lekooporna, to jest nie powiem co a nie depresja!

        Przyczyn samopoczucia podobnego do depresji jest z całą pewnością mnostwo. Ja
        ostatnie lata nie mialam zadnej depresji. Owszem, zaraz po manii to byla
        depresja jak ta lala, ale potem to sie trzeba bylo zajac wynikami tarczycowymi
        co to niby w normie byly, a nie ladowac w siebie tony antydepresantow, ktore
        pomagaly jak ... nie pamietam, bylo jakies takie fajne powiedzenie ale mi
        wylecialo. Znaczy nie pomagaly.

        To jest tak, ze mozliwych chorob czlowiek moze miec pewnie paredziesiat razy
        wiecej niz objawow. I mnostwo dolegliwosci daje te same albo bardzo podobne
        objawy, ktore bardzo latwo mozna pomylic.

        Czy komus by przyszlo do glowy, ze przy wysokim tetnie moze bolec glowa. Ja to
        odkrylam przypadkiem, bo miewam lekko podwyzszone tetno i sobie czasem mierze. A
        serce nigdy mi wtedy nie wali, nawet jak jest ponad 100! Przy okazji, tetno lubi
        przyspieszac w czasie gorącej dusznej pogody, tak jak ostatnio, to m.in dlatego
        boli nas wtedy glowa. Mozecie sprawdzic jak chcecie.

        Lekarze biora pierwsze co im przyjdzie do glowy i jesli leczenie nie pomaga, to
        wymyslaja ze schorzenie jest lekooporne, zamiast poszukac przyczyny gdzie
        indziej. Im to dynda, to my się męczymy a oni zgarniaja pensje albo i za
        prywatna wizyte! Nóż mi się w kieszeni otwiera jak o tym mysle.

        Moze ktos ogladal jeden z ostatnich odcinkow Na dobre i na zle. Kobieta przez 10
        lat miala robione tony badan na RÓŻNE CHOROBY i wychodzilo, ze ma problem z
        glowa a nie z gardlem, bo wszystko bylo ok, tylko mowic nie mogla. Dopiero sie
        okazalo ze chyba gronkowiec utajony byl i nie wyszedl w badaniach, dopiero po
        jakims czasie.

        Mysle, ze pierwsza diagnoza czesto bywa nietrafna. Za to jak idziesz do lekarza
        i mowisz, ze masz taka to a taka chorobe, to on ma z glowy. Kontynuuje leczenie
        poprzednika, chocby bylo nieskuteczne i robi glupie miny do pacjenta. A ze na
        depresje nie ma zadnych obiektywnych badan, to sie wymysla, ze jest lekooporna i
        czesc!

        Ja w depresji zaraz po manii bylam jak zamrozona. Nic nie czulam, nie bylo
        zadnych mysli a juz na pewno nie samobojcze. Nic. Bezwlad. Pustka. Nic nie ma
        sensu. Moze przesadzam, ale to jest depresja, a nie brak sil i nadmierna
        sennosc. Wszyscy tu wiedza, co sądzę o braku sił i senności, a ci co zrobili
        badania sa na to zywym dowodem. A glupie mysli w koncu przychodza czlowiekowi do
        glowy, bo ma WIELKĄ CHĘĆ cos zrobic tylko ma zero sily i motywacji, zeby palcem
        ruszyc.

        W depresji nie ma chęci na nic. Tak jak mania jest aktywnoscia, motywacja i
        checia na wszystko na 100% tak w depresji aktywnosc, motywacja i chec na
        cokolwiek (lacznie ze smiercia) wynosi 0. Zaden psychiatra tego nie potwierdzi,
        ale ja sobie daje rece i nogi poobcinac, ze mam racje.
        • dzedlajga Re: artykuł w WO (please, please, please) 30.06.09, 23:20
          przepraszam, unioslam sie, moze za bardzo

          generalnie moze troche namieszalam, bo nie pisalam o artykule, tylko o depresji
          lekoopornej, wiec troche nie na temat wink
        • 36.a Re: artykuł w WO (please, please, please) 01.07.09, 03:41
          nie zgadzam się z tym, co piszesz. i myślę, że nie ma prostej odpowiedzi, co tej dziewczynie mogłoby pomóc. bo mogę dorzucić, że chociażby posiadanie życia osobistego. 18-letni człowiek przynajmniej kilka razy był juz zakochany. co wtedy jeśli jego doświadczenia emocjonalne są równe zeru? czy daifak26, że przywołam jej osobę była kimś zafascynowana? ścieżek poszukiwania przyczyn może być mnóstwo.

          jestem laik, ale ze swojego poziomu uznaje istnienie depresji lekoopornej. takie osoby są. wtedy stosuje się elektrowstrząsy. więcej powiedziałaby Awanturka.

          ten fragment jest ciekawy:

          - Mnie się wydaje, że Magda urodziła się z jakąś skazą. Może to była skaza wynikająca z mikrourazów w okresie porodu albo komplikacji poszczepiennych. Miała takie ataki płaczu, że w żaden sposób nie można było jej uspokoić. Wyrywała sobie włosy z głowy, tłukła głową o podłogę...

          A Twój ostatni akapit... Nie wiem, czy wiesz, ale jest taki moment w depresji przepraszam może być, że chory poczuje się na tyle lepiej przepraszam jego aktywność wzrośnie, że wtedy sięgnie po <metody sobie daruję> ew. będzie miał obraz zakończenia życia i ku temu
          będzie zmierzał. i to nie jest depresja?

          obrazów depresji jest mnóstwo. u siebie czuję zatrzymanie myśli, zablokowanie ciała, przesiedziałabym, przeleżałabym w jednym miejscu. najgorzej jest gdy taki stan chwyta człowieka "na mieście", ostatnio niemal nie. inni jednak z depresją będę w miarę poprawnie funkcjonować. tylko w duszy będzie im wyło...
      • tytufor Re: artykuł w WO (please, please, please) 30.06.09, 23:01
        Przeczytałam. Tej dziewczynie od bardzo dawna potrzebna była pomoc i farmakologiczna, i terapeutyczna.
        Mnie wkurzyło całe jej otoczenie.
      • drugikoniecswiata Re: artykuł w WO (please, please, please) 30.06.09, 23:07
        Nie neguję dramatu Magdy. Ani jej mechanizmu radzenia sobie, a raczej
        nieradzenia ze sobą. Byłabym idiotką, gdybym to negowała, bo to również mój
        schemat. Wolontariaty, harcerstwo, olimpiady, stypendia, itd. itp. Oraz
        przerażająca samotność i coraz węższy tunel. Naprawdę znam to z autopsji, chyba
        dlatego tak długo rzucałam tym grochem o ścianę w wątkach daifak. "Litość i
        trwoga", jak w antycznej tragedii.

        A wkurw był wielopłaszczyznowy, próbuję to jakoś ogarnąć, między innymi dlatego
        zapytałam - nie chciałam tego robić w oryginalnym wątku, żeby oddzielić dyskusję
        nad tekstem od samej historii. nie mam żalu, że matka opowiada o krzywdzie -
        całe szczęście, że to robi. Ale mam - że wysłuchującej tej opowieści
        Szczepkowskiej nie stać na krok dystansu niezbędny do tego, by oddzielić
        poczucie krzywdy od faktów, i nie robić czytelnikowi papki z mózgu.

        tak na pierwszy rzut

        1) piszesz "depresja lekooporna" - a ja nie wiem, nie sądzę, choć to tylko
        intuicyjna nieufność. nie wiem jak potraktować zdanie "dostała leki, które jej
        nie pomagały, z tego co wiem, łykała je" - wrodzona podejrzliwość zapytałaby: a
        jak długo je łykała? tydzień, dwa? jedno opakowanie? Nie wiem dlaczego, ale nie
        odniosłam wrażenia, by była po tych lekach na choć jednej kontrolnej wizycie. O
        tym, że trzeba czasu, piszą na każdej ulotce. Ale "dostała leki, które nie
        działały" wygląda bardziej spektakularnie, jest jakiś domyślny winny. Lekarz. Bo
        złe zapisał.

        2) Postawa matki ograniczała się do szukania lekarstwa dla Magdy. Metodą
        zaprowadzenia jej do psychologa, psychiatry, szpitala, rozmów z nią. Nie chce mi
        się wierzyć, że w czasie tej pielgrzymki nikt nie zaproponował terapii
        rodzinnej, albo podjęcia równolegle terapii przez rodziców - zwłaszcza pani
        psycholog, która powiedziała o poważnym stanie Magdy. Boję się, że pokutuje
        podejście "ona
        ma problem" niemal tożsame z "ona ma defekt", rola rodziców ogranicza się do
        szukania sposobu naprawienia skazy.

        3) Czytając pretensje o nieinformowanie jej o wypisaniu córki miałam wrażenie,
        że matka traktuje ją jak swoją własność. Gdzie jest granica pomagania? Moja mama
        też ma bezbłędny detektor moich nastrojów, i wcale nie jestem jej za to
        wdzięczna. Nauczyłam się mojej depresji na pamięć i wiem, kiedy i jakiego
        wsparcia potrzebuję. Mamy mają do siebie to, że wiedzą lepiej. Ta wiedza, choćby
        okraszona najszczerszymi intencjami, niestety bywa niedźwiedzią przysługą. Co z
        tego, że ktoś mnie ocali przed samobójstwem, jeśli jakość życia będzie nie do
        zniesienia?

        Nie wiem, czy tę dziewczynę można było uratować. Ale na pewno można było
        próbować pomóc jej mądrzej, niż zostało to zrobione - nie tylko w tym ostatnim
        etapie. Magda nie wyrosła w czarnej dziurze, a problem nie pojawił się nagle,
        tylko narastał przez wiele lat. Tu zabrakło jakiejś sensownej strategii
        działania, przemyślanego, długofalowego wsparcia. Było dużo chaotycznych,
        pojedynczych kroków, które same w sobie do niczego nie doprowadziły. Nie zgadzam
        się z tym, że odpowiedzialność / winę za to ponoszą wyłącznie "ci źli", czyli
        lekarze.

        Ale równie daleka jestem od obwiniania matki, rodziców - łatwo jest tworzyć
        scenariusze alternatywne i analizować po fakcie. Tylko że tekst chyba ma
        spełniać również funkcję informacyjną? W takim razie moim zdaniem oprócz
        informowania, że depresja bywa śmiertelna, wprowadza dezorientację w kwestii
        przebiegu, pomocy, leczenia.

        To jest krecia robota, bo - mając w tyle głowy taki tekst - następna mama
        następnej Magdy uzna, że zrobiła wszystko, co się dało, zaprowadziwszy córkę do
        psychologa / psychiatry, a on był be, bo spieprzył robotę. Albo co gorsza - nie
        zaprowadzi nigdzie, bo z gazety się dowie, że wszyscy lekarze to konowały. Nie
        zgadzam się z tym.

        Ten tekst jest potrzebny, bardzo potrzebny, a dramat bardzo prawdziwy. Ale
        należało go opisać mądrzej, bo takie coś imho przynosi co najmniej drugie tyle
        szkody, co pożytku. no ale to moje zdanie, ciekawa jestem waszego.
    • awanturka Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcasy" 01.07.09, 03:05
      Jestem znawczynią tematu, niestety sad sad sześć pobytów w szpitalach psychiatrycznych, 14 elektrowstrząsów na koncie...

      Uwierzcie mi, dla osoby w ciężkiej depresji nie żadnego kompletnie znaczenia to jak wyglada szpital , jak odnosi się do niego peronel, psychoterapia jest niemozliwa i jeżeli są próby jej prowadzenia to przewaznie jest dla chorego katorgą.

      Ten postulat by w szpitalu były warunki takie jak kolorowe sale, kwiatki, obrazki na ścianach i zajecia terapeutyczne od rana do wieczora, częsty kontakt z pschologiem to tylko wyobrazenia ludzi zdrowych o tym co moze pomóc choremu, mające się nijak do rzeczywistości.

      Prawie wszyscy pacjenci szpitali psychiatrycznych odmawiają udziału w zajęciach terapeutycznych (muzykoterapia, arteterapia, terapia zajęciowa) i bardzo niechętnie odnosza sie do rozmów z psychologiem. Niechętnie tez odnosza się w większosci do wizyt rodziny, traktują je jak zło konieczne. Tak to wygląda od środka niestety....

      Pomóc choremu jest nizwykle trudno, mozliwości i personelu medycznego są niestety żałośnie ograniczone, tak naprawdę pomagają leki i...czas.

      Nie umiejszam roli psychoterapii, wsparcia rodziny itp. ale to przynosi efekty w okresie rekonwalescencji i jako sposób zapobiegania nawrotom.

      W naprawdę głebokiej depresji to co wydaje się być ważne dla rodziny chorego dla samego chorego przewaznie nie ma zadnego znaczenia. Cierpienie jest tak ogromne, ze wszystko w okól staje się zupelnie nieważne...

      I trzeba sobie jasno powiedzieć - są przypadki w których nic i nikt nie może pomóc (nie twierdzę, że w szpitalu o którym mowa w artykule nie było nieprawidłowości, ale jedynie, że tragiczny finał sprawy niekoniecznie swiadczy o tym, ze one były).


      To zupełny mit, ze depresja jest zawsze uleczalna (jak mozna przeczytac w ulotkach dla pacjentów). Niestety zdarza się, na szczęście dość rzadko, że pacjentowi nie mozna pomóc, poprostu nie można....

      P.S.

      A tak przy okazji to myslę, tak jak autor poprzedniego postu, ze była to depresja w przebiegu borderline, to paskudne, bardzo trudno leczace się zaburzenie (włsciwe wyleczyć go do końca nie można, a tylko złagodzić objawy), pacjent przewaznie nie chce współpracować i w znacznej liczbie przypadków podejmuje próby samobójcze (i takie "autentyczne", nastawione na pozbawienie się życia i takie, "na pokaz")

      Chciałam jeszcze dodać o dwoch sprawach nie wspomnianych w artykule, a mogących zawazyc na tym, że lekarze nie zatrzymali dziewczyny w szpitalu.

      1. Ustawa psychiatryczna, która narzuca duze obostrzenia jeżeli chodzi o przymusową hospitalizację (gdy pacjent nie chce pozostac w szpitalu). Muszą zajść ścisle okreslone przez ustawę okoliczności a lekarz musi zawiadomić o decyzji o przymusowej hospitalizacji sąd i potem udowodnic przed sądem, że te okoliczności rzeczywiscie miały miejsce. Inny sposób to wystąpienie przez rodzinę osoby chorej do sądu rodzinnego z wnioskiem o przymusową hospitalizację. Matka dziewczyny tego nie zrobiła...

      2. Zarządzenie NFZ, który finansuje tylko 2 miesięczny pobyt pacjenta w szpitalu, jeżeli pacjent w szpitalu przebywa dłuzej to szpital ponosi straty. Jest wprawdzie mozliwość pzrdłuzenia refundacji pobytu, ale wymaga to wypelnienia mnóstwa papierków, przejscia całej drogi urzędniczej i nie zawsze prosba szpitala rozpatrzona jest pozytywnie.

      To wszystko nie takie proste jak wygląda w artykule - ciężko chora dziewczyna, zatroskani rodzice i źli nieczuli lekarze...
      • czareg Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 06:02
        Depresja, bordeline, ChAD??
        Ten fragment o przyjęciu na 30 osób i samodzielnym przygotowaniu potraw, to
        "kompulsywne" uczenie się - nie wyglądają wam na zachowania maniakalne?

        Pierwsze przesłanie - psychiatra to nie cudotwórca, szczególnie względem osoby
        pełnoletniej jest dość bezradny, jeżeli nie chce ona współpracować. Same leki
        potrafią zadziałać bardzo późno (do miesiąca) - ale najpierw muszą być trafione
        (w moim przypadku 4 antydepresant wyciągnął mnie z dołka).
        Drugie przesłanie - brak wiedzy o możliwych problemach psychicznych, wręcz tabu
        na ich temat powoduje bardzo późną reakcję rodziny i otoczenia, oraz nierealne
        oczekiwania względem lekarzy (patrz punkt pierwszy).
        Trzecie przesłanie - trudne dziecko to kiepskie wytłumaczenie. Sam wiem, jak
        trudno się z takim żyje (wreszcie zaczynam to powoli dostrzegać też z drugiej
        strony, nie tylko "skrzywdzonego" dzieciaka). Mam nadal żal do rodziców o wiele
        spraw - ale przynajmniej próbowali. Jak zakopałem się w książkach - próbowali
        mnie zapisać na gimnastykę, wypromować bieganie (to była gimnastyka poranna -
        jogging jeszcze nie był modny), zarazili mnie manią żeglarstwa. Żeby mi zapewnić
        kontakt z rówieśnikami, ponieważ niechętnie wychodziłem z domu, nigdy się nie
        poskarżyli na przesiadywanie kolegów u mnie w pokoju (a bywało dzień w dzień
        przez długie miesiące - tyle że 20 była godziną graniczną). Teraz wiem jak to
        było uciążliwe, szczególnie, że do mnie chodziło się przez główny pokój
        (przechodni). Tutaj zaś wyłania się obraz Magdy samej - rodzic nakarmi, kupi,
        załatwi, ale jest jakby obok. Trudno jednak cokolwiek opiniować, artykuł
        niewiele jednak opisuje relacje z najbliższymi.

        Podsumuję - poza czysto emocjonalnym ładunkiem i możliwością wypłakania się dla
        matki artykuł nic nie wnosi - wręcz zniechęca do szukania pomocy
        psychologicznej. Aż wstyd, że w Wysokich Obcasach znalazł się tak brukowy
        produkt, pomimo wysokiego, literackiego warsztatu.
        • 36.a Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 06:24
          Chylę czoła.
          Prawdziwy Czareg miast Czareg-Doradca wink
          szacunek
        • awanturka Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 09:51
          czareg napisał:

          > Podsumuję - poza czysto emocjonalnym ładunkiem i możliwością wypłakania się dla
          > matki artykuł nic nie wnosi - wręcz zniechęca do szukania pomocy
          > psychologicznej. Aż wstyd, że w Wysokich Obcasach znalazł się tak brukowy
          > produkt, pomimo wysokiego, literackiego warsztatu.

          Otak, właśnie tak !!!
        • drugikoniecswiata Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 10:52
          No właśnie. To mnie wkurzyło. Jechanie na emocjach bez odpowiedzialności za
          napisane słowo. Czyli nie tylko mnie.
      • drugikoniecswiata Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 11:16
        > Ten postulat by w szpitalu były warunki takie
        > jak kolorowe sale, kwiatki, obrazki na ścianach i zajecia
        > terapeutyczne od rana do wieczora, częsty kontakt
        > z psychologiem to tylko wyobrazenia ludzi zdrowych
        > o tym co moze pomóc choremu, mające się nijak do rzeczywistości.

        No właśnie. Kiedy zimą tego roku kontemplowałam wypisane mi przez panią dr
        skierowanie i rozważałam + i -, jednym z koronnych argumentów przeciwko był mój
        strach przed tym, że każą mi uczestniczyć w jakichś zajęciach, a zwłaszcza
        terapii, na którą zwyczajnie nie miałam siły. Chciałam miejsca, w którym
        mogłabym leżeć, płakać i spać, a nie trybików, które by mnie zassały.

        Gdy potem tłumaczyłam paru osobom, dlaczego się ostatecznie na szpital nie
        zdecydowałam, zadziwiło mnie ich totalne votum nieufności. "może to właśnie
        chodzi o to, żeby się zmusić" - ludzie, ludzie............

        Stoi za tym logika "jeśli się tam położysz, oni cię wyleczą, a tu cierpisz na
        własne życzenie", a zwłaszcza koronna w tej logice wiara w istnienie magicznego
        lekarstwa - i nijak nie przebijało, że to nie jest taki prosty, zerojedynkowy
        rachunek. Że mimo depresji mogę mieć świadomość moich potrzeb większą, niż pełni
        najlepszych chęci przyjaciele. Że jestem autonomicznym i dorosłym człowiekiem,
        chorym i potrzebującym pomocy, ale wciąż człowiekiem, nie przypadkiem,
        człowiekiem, który potrzebuje także poszanowania jego autonomii. Że chorując już
        parę lat mogę mieć w tym temacie nieco większą wiedzę, niż oni z radia, tv i
        gazet. Zadziwił mnie ten totalny brak pokory.

        > Pomóc choremu jest nizwykle trudno,
        > mozliwości i personelu medycznego są nieste
        > ty żałośnie ograniczone, tak naprawdę pomagają leki i...czas.

        Z jednym się nie zgodzę - do możliwości personelu medycznego należy zapewnienie
        ciepłej, godnej atmosfery. Ale to ma niewiele wspólnego z kwiatkami na ścianach
        i rozkładem dnia. To kwestia serca i standardów. O to warto walczyć, choć
        nieobskurna łazienka z pewnością też by się przydała.

        > To zupełny mit, ze depresja jest zawsze uleczalna
        > (jak mozna przeczytac w ulotkach dla pacjentów).

        A już zwłaszcza to, że do jej uleczenia wystarczy kontakt z psychiatrą. Rozumiem
        ten ulotkowy PR, mający na celu przełamać lęk przed szukaniem pomocy, ale... to
        rozczarowanie dużo mnie osobiście kosztowało.

        > Niestety zdarza się, na szczęście dość rzadko,
        > że nie mozna pomóc, poprostu nie można....

        No właśnie. Czy można wtedy wymagać od człowieka, by cierpiał bez końca w imię
        naszego dobrego samopoczucia? Nie mówię tu o depresji nigdy nie leczonej, to
        raczej moje przemyślenia na fali paru lat huśtawki bez specjalnych efektów.
        czasem naprawdę mam dość i nie jest to chwilowy impuls. no ale to refleksja
        niecenzuralna.
        • quaxo Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 12:04
          A właśnie, "może właśnie o to chodzi, żeby się zmusić" też słyszę, nawet od
          bliskich osób. Czuję się, jakbym walił grochem o ścianę, nawet odpowiadać nie
          mam siły...
          • drugikoniecswiata Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 12:43
            Najgorsze w tym jest to, że oni mają TROCHĘ racji. W zasadzie długofalowo chodzi
            o to, żeby się zmusić, żeby nie nakręcać depresji, gdy nadchodzi, siła woli
            przypomnieć sobie wtedy o potrzebie szukania bodźców pozytywnych, bo pozbawiając
            się bodźców wszelakich zostajemy z rozpaczą sam na sam, co tylko ją potęguje.

            Ale tego, kiedy się zmusić da, a kiedy nie, nie mamy na czole wypisane. A nawet
            jeślibyśmy mieli, to i tak większość życzliwych by nie uwierzyła.
            • tytufor Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 13:22
              Ja wiem po sobie, że w depresji, o tym większym nasileniu oczywiście, żadne zmuszanie się, branie się w garść i inne, zdawałoby się racjonalne działania, nie wchodzą w grę. Wszystko człowieka przerasta i nic nie ma sensu. Ot i tyle.
              • awanturka Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 13:28
                Ja posunełabym sie dalej i stwierdzila, ze najzwyczajniej w swiecie szkodzi. Nawt jak człowiek się jakimś nieprawdopodobnym i heroicznym wysiłkiem do czegoś zmusi to okazuje się, że jest nieporadny, niewydolny, wszystko się sypie, nad niczym nie panuje.... I to jest dodatkowo dołujące....Nic mi tak nie pogarszało nastroju jak "unaocznienie" własnej kompletnej niemocy...
                • dzedlajga Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 20:48
                  człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi

                  My podejmujemy decyzje, ale nie mamy pojęcia dokąd nas one zaprowadzą. Jak coś
                  ciągle nie wychodzi, mimo, że okrutnie się staramy, to może następnym razem
                  warto spróbować iść w drugą stronę? Ja tak zrobiłam parę razy w życiu i jak
                  dotąd zaskakująco dobre mam efekty
              • drugikoniecswiata Re: Moje posty z wątku n/t z forum "Wysokie Obcas 01.07.09, 16:59
                Wszystko zależy od nasilenia i czasu trwania chyba, poza tym może jest
                osobnicze? Nie twierdzę, że tak jest, gdy się już stoczę na sam dół - wtedy
                faktycznie jedyne co pomaga, to święty spokój, odpuszczenie i czas.

                W każdym razie mnie się nie raz zdarzyło, że gdy "życie" zaaranżowało mi dajmy
                na to odwiedziny koleżanki z małym dzieckiem i musiałam mieć oczy naokoło głowy,
                a maluch brykał mi po domu i do mnie gadał, to po jej wyjściu humor miałam sto
                razy lepszy. Podobnie, gdy z największym wysiłkiem zwlekłam się z łóżka do
                pracy, bo w tej pracy ktoś się do mnie uśmiechnął, miło zagadał, zmieniła się
                perspektywa. Odrywamy się od siebie, zwracamy do świata. To leczy.
    • lolinka2 Re: artykuł w WO (please, please, please) 01.07.09, 19:27
      tak traktują chorych w każdym wieku... polska psychiatria jest
      żałosna... i w powijakach... z których nie chce wyjść. Normalni są
      nieliczni. A szkoda.
    • dzedlajga Re: artykuł w WO (please, please, please) 01.07.09, 20:22
      zmuszać się???

      A nie myśleliście kiedyś, że choroby psychiczne mogą właśnie (częściowo przy
      najmniej) wynikać z tego, że ciągle się do czegoś zmuszamy na co nie mamy
      ochoty? Bo przecież całymi dniami najczęściej robimy to, co nie sprawia nam
      najmniejszej przyjemności. Może warto zacząć szukać tego, co da nam odrobinę
      prawdziwej radości...

      Może wtedy cierpienia będą choć trochę mniejsze...
      • drugikoniecswiata Re: artykuł w WO (please, please, please) 02.07.09, 22:30
        nigdy nie masz tak, że jak już zwleczesz się z łózka (choć bardzo nie chcesz, bo
        masz doła, ale np trzeba iść do pracy), umyjesz, ubierzesz i zjesz śniadanie, to
        czujesz się lepiej, niż prawdopodobnie czułabyś się zalegając w tym łóżku do
        południa? mnie się to nie raz zdarzyło.

        myślę, że jak wszędzie potrzebny jest umiar, przegięcie w każdą stronę groźne.
        chciałabym się do niczego ine zmuszać, ale kto mi wtedy opłaci rachunki, leki,
        psychoterapię i kupi te książki, które będę w łóżku czytać?
        • dzedlajga Re: artykuł w WO (please, please, please) 02.07.09, 23:01
          troche nie o to mi chodzilo, chyba znow zle trafilam w temat bo troszke niestety
          odlecialam

          W dole to jasne, ze czasem trzeba sie zmusic, bo inaczej nigdy z tego wyrka nie
          wyjdziesz

          Ale mowie, tak ogolnie w zyciu, ze sie ciagle o cos staramy, walczymy, trzymamy
          sie tego zebami i pazurami, i kiedy jest juz blisko, to wtedy trach, wszystko
          bierze w leb i nie wiadomo od czego zaczac. I wtedy moze warto sie zastanowic,
          czy moze nie warto sprobowac czegos innego. Tak mi sie wydaje
    • majagor Re: artykuł w WO (please, please, please) 01.07.09, 22:13
      A dla mnie ten artykuł jest.. hmm średnio wiarygodny.
      Oczywiście są fakty, dziewczyna nie żyje, wypisała się sama ze szpitala itp.
      Tego nie neguję..

      Ale dlaczego w artykule nie ma ani jednej opinii lekarza, kogoś ze szpitala?
      Dlaczego mam uwierzyć, że było tak jak ta pani opowiada? Może z innej strony
      wyglądało to troszkę inaczej?


    • awanturka Re: artykuł w WO (please, please, please) 02.07.09, 22:38
      A jakby nie była ładna to by nie było szkoda? Myślisz, ze to jej zdjęcie zamieszczona przy artykule?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka