Z problemami "przywitałam " się juz na poczatku ciąży. Ledwie dowiedziałam
się, że na świat prosi sie nowy obywatel, a juz się zaczęło... Najpierw
plamienie, które pewnej nocy przeszło w całkiem spore krwawienie. Byłam już
pewna, że niestety...Ale okazało się, ze dzieciątko ma się dobrze, a mnie
pomogły końskie dawki luteiny a potem duphastonu. Potem niewielkie skurcze i
kolejne leki. No i skracajaca się szyjka-szew w 16 tyg. Oczywiście zwolnionko
i odpoczywać, odpoczywać... No więc zaprzyjaźniłam się z pozycją
horyzontalną. Na szczęście nie musiałam cały czas leżeć, choc i tak
przymusowe nieróbstwo skutkowało moimi napietymi nerwami (Nobel dla męża, że
wytrzymał

). I tak nam płynęło, aż do pewnego wczesnego ranka, kiedy
poczułam całkiem wyraźne skurcze. Kierunek szpital, ciężarówka leków i
zastrzyków (jeszcze długo potem nie mogłam wygodnie usiąść). Udawało się
przez 3 dni, a potem mimo cudów medycyny skurcze co 4 min, spełznięty szew,
całkowite rozwarcie, kroplówa i decyzja o cc. Nasza dziewczynka miała swoje
zdanie i mimo przemawiania jej do rozsądku zaprosiła się na świat znacznie
wczesniej, zmuszając rodzinę do panicznego przeczesywania sklepów w
poszukiwaniu wyprawki...