mamalgosia
22.04.04, 18:19
Trochę zainspirował mnie wątek kory - nie, żeby on był pesymistyczny, tylko
we mnie wzbudził jakieś czarnowidztwo.
Wczoraj w szkole, w której pracuję, chłopak (13 letni) wypróżnił się na
podłogę. Inni dwaj równie dorośli mężczyźni nasikali do butelki z
ajerkoniakiem i częstowali innych. Można się załamać: czy naprawdę żyjemy na
najlepszym ze światów?
A tu dzisiaj rano: niespodzianka: dziewczyny z IIb pytają, czy w przyszłym
roku też je będę uczyć, bo one chcą tylko mnie. A potem chłopak z IIa: "Nigdy
nie przypuszczałem, ze tak można lubić nauczyciela, jak ja lubię panią"
I cały świat jaśnieje, chociaż nic się nie zmieniło.
Czy macie chwile chandry, kiedy patrzycie na wszystko z pesymizmem? Chodzi mi
o takie chwile, w których nic się nie chce, ale nie ma ku temu jakichś
głębszych obiektywnych powodów (choroba, strata kogoś lub czegoś). Czy macie
wtedy wrażenie, że wszystko się układa źle i - co gorsza - rzeczywiście
układa się źle. czy po takich chwilach zawsze przychodzi słońce?
Bluźnierstwa w tym nie ma , więc zapraszam do pogadanki