rapsodiagitana
18.03.07, 16:53
Ostatnio strasznie ożywiło się moje życie towarzyskie, chodzę na masę spotkań
z moimi znajomymi i przyjaciółmi ze studiów, liceum i nawet podstawówki... Z
różnymi ludźmi, o różnym podejściu do życia. Najczęściej moich rówieśników -
23-25 lat, ostatni rok studiów... Słucham ich, wypłakują mi się w rękaw,
zwierzają... I powoli mam wrażenie, że słucham ciągle tej samej historii,
opowiedzianej z różnych stron. Są sami, mają za sobą jakieś dłuższe związki,
które okazały się nieudane. Flirtują, szukają dalej. Mają powodzenie, ale to
ciągle nie to... Brakuje im miłości, poważnego związku. Mają wrażenie, że coś
im ucieka, ze nigdy się nie doczekają swojej drugiej połówki. Większość już
odlicza czas do zaplanowanego wyjazdu (ucieczki?) - do innego miasta, do
innego kraju. Tak jakby to miało coś zmienić.
I kurczę, nie rozumiem, o co chodzi, skąd to się bierze. Długo mi się
wydawało, że to tylko filmowo-serialowa fikcja. Albo jakiś mit o "syndromie
piątego roku". A teraz to obserwuję. To są i faceci, i dziewczyny. Wszyscy
fajni, inteligentni, wrażliwi... W czym problem? Zbyt wysoko ustawiona
poprzeczka? Jakiś znak czasów? Trochę żal patrzeć na to pokolenie
singli-nie-z-wyboru.
To nie jest post z prośbą o poradę, tylko taka refleksja... Widzicie coś
takiego wokół siebie?