zniemczyk
27.07.10, 00:57
Już dawno czułam potrzebę, żeby móc poruszyć ten temat z kimś, kto zechciałby
mi wytłumaczyć...
Przepraszam, że od tego wątku zaczynam, ale muszę... odnaleźć właściwą drogę
do Pana...
A więc... Mnie i mojego młodszego brata wychowywała samotnie mama. Szanuję ją
za to co dla nas robiła i jestem jej wdzięczna. Warunki, w jakich wyrośliśmy
nie były najlepsze, więc ludzie z otoczenia, z zewnątrz, widząc to, do czego
doszliśmy są pełni podziwu. Szczerze mówiąc, to ja osobiście wiele zawdzięczam
Bogu. Zawsze pomagał mi, kiedy tylko mógł. Dzięki Niemu przetrwałam najcięższy
okres mojego życia, a dziś mam wspaniałych, kochających męża i syna (prawie 2
lata) i spodziewamy się drugiego potomka. Nie żyjemy w dostatku, ale mamy
siebie i to nam wystarcza.
Tylko jest pewne ale... Źle się czuję z tym, że tak mało Boga na co dzień u
nas w domu... W moim domu rodzinnym ja i brat staraliśmy się chodzić do
kościoła co niedziela, no chyba że mama miała inne plany itp. Byliśmy
podporządkowani mamie. No i mieliśmy sporo zakazów, które respektowaliśmy.
Próbowałam chodzić na Oazę, ale niestety mama mi zakazała... bo za późno
kończyły się zajęcia. Nie pomagało nawet to, że mnie odprowadzali starsi
koledzy, koleżanki z Oazy... No i całe życie mniej więcej w ten sposób
wyglądało, że byłam rozliczana z każdej sekundy mojego życia, więc moje
spotkania z Bogiem ograniczały się tylko co najwyżej do niedzielnych mszy. W
domu również nie miałam chwili dla siebie, żeby spokojnie się pomodlić itp.
Dopiero jak mama wyszła z domu, a ja zdążyłam wykonać wszystkie obowiązki, to
resztę czasu mogłam spożytkować na modlitwę. W dalszym życiu, czym dalej od
domu rodzinnego, tym więcej czasu miałam na modlitwę... Nie chodzi mi o to,
żeby moją mamę postawić w złym świetle, ale żeby przedstawić środowisko, w
jakim wyrastałam ja i moja wiara.
I teraz... Teraz jestem żoną człowieka który mnie kocha i ja kocham jego.
Tylko że on nie przeżywa tak mocno jak ja miłości do Boga. Nawet niedzielna
msza nie jest dla niego tak ważna. Sporadycznie, kilka razy w roku, sam
proponuje żebyśmy poszli w niedzielę na mszę. Ja od lat staram się chodzić
razem z nim do kościoła, jednak ciężko...
Do tego wszystkiego moja postawa... Teraz po latach rozumiem, co się ze mną
dzieje - ciągle staram się wykonać na czas wszystkie obowiązki, żeby móc
porozmawiać z Bogiem. Tylko że najpierw była praca (średnio 12h dziennie, 7
dni w tygodniu), później ciąża, w trakcie której słabłam w sklepach,
kościołach i innych skupiskach ludzi, następnie dziecko, które zajmowało na
tyle dużo czasu, że szukałam momentu, kiedy mogę pójść do ubikacji, a wkrótce
na świat przyjdzie drugie, chociaż syn nie skończył jeszcze dwóch lat... A w
tej ciąży niestety słabnę szczególnie w kościele (nie wiem dlaczego tak...),
przez to boję się sama, w dodatku z małym dzieckiem chodzić. Nawet znalazłam
niedawno kogoś, kto mógłby mi pomóc i chodzić razem ze mną, jednak ciągle
choroby, albo złe samopoczucie... Nie wiem czy wiecie jak bardzo źle się z tym
czuję...
W konsekwencji wygląda to tak, że pomimo radości z tego co osiągnęłam, w moim
sercu z dnia na dzień rośnie ból i cierpienie, bo nie mam czasu dla Boga. Nie
mam czasu na modlitwę w ciągu dnia, na przeczytanie Pisma Świętego...
Ograniczam się jedynie do rozmów z Bogiem, gdy np. jestem na spacerze z
dzieckiem, które jest w wózku itp.
W dodatku okazuje się, że nie znam zasad mojej wiary. Informacje, które mi
przekazano na lekcjach religii nagle okazują się nieprawdziwe?! Myślałam, że
jeśli nie pójdę do kościoła w niedzielę, to mam grzech i nie mogę przystąpić
do komunii św., dopóki nie pójdę do spowiedzi. Ostatnio znajoma powiedziała
mi, że to nie jest ciężki grzech, tym bardziej, jeśli powodem jest np. złe
samopoczucie w ciąży czy choroba... A co z "ważniejszymi" świętami, kiedy
powinnam być po spowiedzi? Co się dzieje, jeśli zasłabnę w kościele, będę
musiała wyjść i przegapię przez to komunię św.? Raz doprowadziłam się do
okropnego stanu, bo nie chciałam właśnie przegapić komunii... Dalej,
chciałabym cieszyć się Bogiem teraz i po śmierci razem z mężem, ale nie wiem
jak go do tego namówić teraz, więc później czeka nas możliwa rozłąka... a ja
tego nie chcę... Ksiądz proboszcz w poprzednim kościele powiedział mi, że co
ze mnie za żona, jeśli nie potrafię do kościoła własnego męża przyprowadzić...
To naprawdę moja wina? Ja naprawdę staram się, żeby ta nasza rodzina była z
Bogiem... Mąż też się stara, ale na inny, nie zrozumiały dla mnie sposób. Jak
to akceptujecie u swoich mężów, jeśli macie z czymś takim do czynienia? Jak
wygląda Wasz dzień z Bogiem? Jak powinien wyglądać mój? Często nie mamy czasu
na rozmowę ze sobą z mężem... Wkrótce, jak urodzi się dziecko, będzie jeszcze
gorzej... Mówiono mi też od dziecka, że powinnam raz na miesiąc iść do
spowiedzi. Ale ja nawet tak często to, szczerze mówiąc nie za bardzo mam z
czym... Czy jeśli nie byłam u spowiedzi kilka miesięcy, to mam grzech? Grzech
ciężki? Od jakiego wieku i w jaki sposób uczycie, poznajecie z Bogiem Wasze
dzieci? Ja od samego początku, jak już widział, to pokazuje gdzie co jest w
kościele, gdzie jest Pan Bóg, od niedawna (21-miesięcy) robię mu znak krzyża
jego rączkami. Od niedawna też wśród opowiadanych do poduszki (na leżąco)
bajek recytuję "Ojcze Nasz", "Zdrowaś Marjo" czy "Aniele Boży, Stróżu Mój". A
jak wygląda to u Was?
Mam mnóstwo pytań, i pewnie, jeśli będziecie chcieli mi pomóc, jeszcze je
zadam. Tymczasem przepraszam, że tak długi post, ale ogromnie będę Wam
wdzięczna, jeśli przeczytacie i odpowiecie.
Niech Bóg ma Was wszystkich w Swojej opiece.