Wyobraźcie sobie taką scenę:
Sala sądowa, sędziowie surowi, poważni, oskarżyciel wyjątkowo sprytny i przebiegły, adwokat spokojny, poważny i smutny. Na ławie oskarżonych siedzą: Neron, Hitler, Pol Pot, Stalin. Są sądzeni za wszystkie okrucieństwa, których się dopuścili. Pełen powagi sędzia odczytuje mocnym głosem wyrok skazujący, wylicza haniebne uczynki. Na sali panuje idealna cisza, słychać jedynie kolejne słowa przewodniczącego składu sędziowskiego. Nagle otwierają się drzwi do sali rozpraw i staje w nich Jezus z Nazaretu. Spokojnym głosem mówi: "Wysoki Sądzie, oni są niewinni! Ja to uczyniłem"
Co czujecie? Jakie myśli przebiegają przez Wasze głowy?
Zacznę od siebie, coby nie było, że podpuszczam. Tekst ten przeczytałam kilka dni temu w jednym z czasopism. Poraził mnie. Chodzę i myślę nad nim cały czas. I wiecie co? Odczuwam potężną radość, że dane mi było poznać właśnie takiego Boga