marzek2
26.05.04, 13:55
Przeczytałam to zdanie przed chwilą w jakimś poście do dziewczyny w ciąży,
która się o coś martwi i... kopnęło mnie! Zobaczyłam w tym samą siebie, to
chyba właśnie kryje się za moim ciągłym zamartwianiem się, co będzie,
dzieleniem włosa na czworo, przewidywaniem wszystkich możliwych obrotów
sytuacji itp.
Jak udaje się Wam być mamami czy przyszłymi mamami wierzącymi, które się nie
martwią? Mnie się wydaje, że na moje martwienie ma wpływ niestety bardziej
obraz zatroskanej matki-Polki niż słowa Jezusa "dość ma dzień dzisiejszy
swojego utrapienia", czy "popatrzcie na ptaki, kwiaty....", "wie Ojciec Wasz
niebieski czego Wam potrzeba"... Często wpadam w schemat "kochająca mama to
mama, która martwi się o dziecko, o przyszłość" itp. Albo myślę sobie, no jak
ja mogę się nie martwić w takiej sytuacji?
Jak odróżnić zamartwianie się od realnego spojrzenia na sytuację? Gdzie tu
jest realizm a gdzie brak zaufania do Boga? No właśnie może zbytni realizm
jest po prostu brakiem zaufania czy chęcią kontrolowania sytuacji zamiast
oddać to Bogu?
Tak trochę mi się układa myśli pisząc więc może to trochę nieskładne, ciekawa
jestem jak jest z tym u Was.