Dodaj do ulubionych

"To nie moja wina..."

10.11.05, 14:54
Przypomniało mi się przy wątku o przepraszaniu bo pośrednio tego dotyczy.

Dowiedziałam się dziś ciekawej (i zarazem nieciekawej rzeczy). Znam fajne
małżeństwo, pracują z młodzieżą, też taką trudniejszą. Widzą, że teraz bardzo
"modne" staje się usprawiedliwianie siebie i niechęć do przyznawania się do
własnych złych postaw, grzechów po prostu. Czyli postawa - to nie moja wina,
bo mój tata coś tam... bo moja mama coś tam...

Biorę narkotyki, bo rodzice nie wystarczająco dobitnie nie zabraniali.
Skłamałam, bo wszyscy wokół kłamią.
Nie będę się starać panować nad sobą, bo natura dała mi taki temperament, to
nie moja wina, że taki jestem.

To wymyślone przeze mnie przykłady, ale pewnie mogliście nie raz coś podobnego
usłyszeć.

I w kontekście przepraszania, wybaczania - powinniśmy uczyć nasze dzieci tego,
że czasem SĄ winne, że zrobiły źle, że czasem MY jesteśmy winni, że to NASZA wina.

No bo - z jednej strony rozumiem - że różne rzeczy w przeszłości mają na nas
wpływ, nierzadko negatywny, to jasne. Ale czy takie rzeczy usprawiedliwiają
nasze złe postawy, czy grzech przestaje być grzechem?

Czy mąż zdradzający żonę staje się "niewinny" bo żona była marudna i nie dbała
o siebie?

Czy jeśli moje dziecko mnie sprowokowało, moja nadmiernie emocjonalna reakcja
jest usprawiedliwiona? Moim zdaniem nie.

Tak mi się przypomniało i napisało...
Obserwuj wątek
    • darcia73 Re: "To nie moja wina..." 10.11.05, 15:24
      Marzenko, tez tak myslę. Grzech zawsze pozostanie grzechem bez względu na
      okoliczności "łagodzące". Te okolicznosci, ktore sprawiły, ze ludzie sie
      usparwiedliwiają, szukają wymowek tak naprawdę nie powinni ich usprawiedliwiać.
      Wszystko powinno zostac nazwane po imieniu. Zdrada - zdradą, kłamstwo -
      kłamstwem, zabojstwo-zabójstwem. Tu nie ma miejsca na relatywizm.
      Tak samo zawsze rozliczam samą siebie, nie szukam usparwiedliwienia w
      okolicznosciach, tylko we krwi Jezusa. Bo pewne zasady nie są do naginania.
      Wszyscy zgrzeszyli, tylko trzeba się umiec do tego przyznac.
      Twardogłowa jestem, ale Boze przkazania sa naszym wyznacznikiem. Nie trzeba np
      kłamac z grzecznosci, by kogos nie urazic. Bo mozna powiedziec parwde tak, by
      tez nie urazic. Z drugiej strony co to za relacje, ktore się opierają na
      kłamstwie.
    • sion2 Re: "To nie moja wina..." 10.11.05, 15:28
      Stanał mi przed oczyma pomysł amerykańskich katolików - złozony w Watykanie, aby
      dzieci 8- letnie przystępowały do I komunii ale.... nie do spowiedzi. Motywacja
      była taka "żeby dzieci nie miały poczucia winy".

      Generalnie cała ludzkość zmierza w kierunku wypierania się winy, grzechu,
      słabości, niedoskonałości. Bo ludzkosc nie wierzy w miłość Boga. Przecież
      "jestem winny" "jestem grzesznikiem" to tylko połowa prawdy, druga połowa brzmi
      "ale Bóg mnie kocha i zbawia" "jestem kochany jako grzesznik".
      W mysleniu ludzikm przyznać sie do winy i grzechu to strata i złe konsekwencje.
      A po Bożemu przyznac się do winy, powieidziec "bądź miłościw mnie grzesznemu" to
      zysk, wielkie wylanie łaski, tym większe im większe jest przyznanie do winy.
      Wpoić to dzieciom - ot, sztuka.
      • verdana Re: "To nie moja wina..." 10.11.05, 15:49
        Sama nie wiem.
        Nie dopuszczam żadnych usprawiedliwień typu "bo wszyscy inni to robią". To nie
        jest żadne usprawiedliwienie.
        Natomiast pewne traumatyczne przeżycia (głównie w przypadku młodych ludzi
        atmosfera w domu) może nie usprawiedliwiają do końca, ale - jeśli mogę tak
        powiedzieć - odbierają "wolną wolę".
        Rodzice piją i namawiają nastolatka do picia. Czy to jego wina, ze zostaje
        alkoholikiem? Raczej nie.
        Przypadek z mojego własnego doświadczenia. Okradł nas z poważnej sumy pieniędzy
        10-latek. Jak się potem okazało, matka świetnie wiedziała o jego procederze i
        korzystała z ukradzionych pieniędzy. Wręcz na nie liczyła. Czy dziecko jest
        winne, ze zostało złodziejem? Moim zdaniem - nie.
        W ogóle, jesli chodzi o dzieci, to w wielu wypadkach takie usprawiedliwienie do
        mnie przemawia. Jesli dziecko od zawsze słyszy, ze trzeba kombinować, kraść,
        kłamać - to przecież jest po prostu grzeczne, ucząc sie żyć tak, jak nakazują
        rodzice. Nie ono jest temu winne, że nauczyło się takich, a nie innych zasad
        moralnych. To trochę tak, jakby winić za grzech cudzołóstwa ofiarę pedofila.
        Natomiast zwalanie swoich win na zupełnie przyzwoity dom rodzinny ( bo
        nadopiekuńczy, bo za mało opiekuńczy, bo jedynak, bo z rodziny wielodzietnej)
        to zupełnie co innego.
        • marzek2 Re: "To nie moja wina..." 11.11.05, 19:54
          Verdano, rozumiem Twoje rozterki, sprawa nie jest tak prosta. Najłatwiej
          powiedzieć o kim innym "winny". Kwestia winy czy nie winy to chyba temat na
          osobny wątek, ale chciałam trochę ukonkretnić mój post.
          Bo widzisz, postawy, które mnie bardziej niepokoją, to nie postawy dzieci... to
          postawy dojrzałych (przynajmniej wg prawa) osób, w wieku powiedzmy studenckim.
          Ludzi, którzy powinni już czuć się odpowiedzialni za własne czyny. A gdy dorosła
          osoba mówi "to nie moja wina" mam wrażenie że chcą powiedzieć "to nie JA
          zrobiłem to czy tamto, to COŚ (czytaj trudna przeszłość, brak dobrego wychowania
          itp) to zrobiły...
          Bo sprawa wpływu przeszłości na nas to jedna rzecz. Ale nasze czyny są nadal
          naszymi czynami, prawda? Przy patrzeniu na co należy stosować oczywiście
          "okoliczności łagodzące" ale to nie zmienia faktu, że dana osoba zrobiła to, co
          zrobiła.
          Dla mnie osobiście trudne czasem wydaje się przyznanie się do winy w tym sensie,
          żeby powiedzieć to konkretnie, np: " tak, to moja wina, to JA Cię obraziłam" itp.

          No i sprawą nierozwiązaną chyba pozostaną przypadki osób z patologiczną wręcz
          przeszłością, które się z tego wyrwały, podczas gdy ich rodzeństwo np idzie w
          niechlubne ślady rodziców. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem.
    • maadzik3 Re: "To nie moja wina..." 11.11.05, 18:54
      Marzku, nic dodac nic ujac. Przyklad (niestety nie wymyslony choc skrajny)to
      Francja - byl kilka dni temu dobry artykul Agnieszki Kolakowskiej o zamieszkach
      umieszczony w Rzeczypospolitej. Chodzi o tych dwoch nastolatkow ktorzy zgineli w
      transformatorze. Ludzie ktorych policja NIE gonila, acz chciala wylegitymowac
      przelezli dwa mury z ostrzezeniami, wlamali sie do pomieszczenia zamknietego
      i... zgineli. I kto jest winny? Ano panstwo, policja, spoleczenstwo i zapewne
      krasnoludki. Uczmy dzieci odpowiedzialnosci za wlasne czyny, slowa.
      Odpowiedzialnosc zawsze jest indywidualna, cos takiego jak odpowiedzialnosc
      zbiorowa chyba wszystkim kojarzy sie najgorzej, a jako konstrukcja prawna
      istnialo we wspolnotach barbarzynskich ktore zalaly Europe ok. V wieku (i w
      grupach lowiecko-zbierackich wczesniej) gdzie podmiotem prawa byla grupa a nie
      osoba. Dla mnie sama cecha czlowieczenstwa i godnosci osoby ma wpisana
      indywidualna odpowiedzialnosc co oznacza ze nikt za niemoje czyny mnie rozliczac
      nie bedzie ale rowniez to ze nie "upupia" mnie (siegajac do Gombrowicza) i
      pozwola samej podejmowac decyzje ze swiadomoscia ze bede za nie odpowiadac.
      Odpowiedzialnosc to dar, trudny, ale konieczny zeby czlowiek w pelni sie
      uksztaltowal. Stad malo co wyprowadza mnie z rownowagi tak jak slogany o
      "odpowiedzialnosci spoleczenstwa". FUJ!!!!!
      Magda
      • verdana Re: "To nie moja wina..." 11.11.05, 20:08
        To jednak nie do konca tak. Rozumiem, że macie na myśli osoby w miarę rozsadne,
        pochodzące z w miarę normalnych rodzin, takie, które nie przezyły nic takiego,
        co zaburzyło na zawsze ich ocene sytuacji i zachowanie. Takie, które by mogły,
        ale nie chcą. Takie, którym wygodniej jest powiedzieć - to nie ja, to oni.
        Ale ja patrzę na moją matke, która nie jest w stanie nie dzwonić do mnie i
        dzieci 10 (!)razy dziennie. Której musimy się opowiadać, gdy mamy zamiar wrócic
        później (a przeciez nie mieszkam z nią od dwudziestu paru lat). Do której nie
        wolno się spóźnić ani minutę, niezależnie od okoliczności. Która wobec tego
        niezmiernie utrudnia nam wszystkim życie.
        I to nie jest jej wina. Ona inaczej nie może. Po przeżyciach w dzieciństwie dla
        niej każdy kto wyszedł z domu, jest w potencjalnym niebezpieczeństwie. Wróci,
        albo nie wróci.
        Czy można powiedzieć, ze winą mojej matki jest okropne utrudnienie nam i mojemu
        ojcu życia - do tego stopnia, że musimy zrezygnować z wielu rzeczy? Nie.
        Zdecydowanie nie. To wina zupełnie kogo innego.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka