Dodaj do ulubionych

Nasze Anioły...

25.02.06, 16:36
Wieczór. Jedziemy drogą przez las - do nas na wieś. Dość wolno, bo wprawdzie
tuż za nami ani przed nami nikogo, ale... znacie te wiejskie drogi... To ktoś
nieoświetlony na rowerku pędzi, to pijak w rowie...
Ślisko, ale nawet niespecjalnie. Dzieci jakioś zgodnie siedzą z tyłu, muzyka
gra cicho. Nagle ! Samochód... na tej drodze... obracamy się, widzę przed
maską grupę drzewek, rów, światła zamiatają drogę, mąż coś stara się z
kierownicą.Przez chwilę widzę rów z boku - to dobrze. Nie drzewa, tylko
dachowanie, to chyba lepiej ? Znowu obracamy się , a jak widzę drzewa na
wprost,to przemyka mi myśl - " no dwa razy się nie uda !". Udało się. 2x 360
i jeszcze 45 na dokładkę. Drzewa nie ruszone.My nie ruszeni. Mały przytulony
ramieniem przez Najstarszą ma buzię w podkówkę. Pokazał się za nami samochód.
Gdy stanęliśmy już w miejscu, w świetle zamajaczyły sylwetki dwóch kobiet...
Dobry samochód, zimowe opony, dobry kierowca.Ale jeszcze...
Ilu Aniołów pomagało nam wszystkim w czasie tego wypadku ?
Żaden się nie spóźnił. Ani nie pospieszył.
Obserwuj wątek
    • pawlinka Re: Nasze Anioły... 25.02.06, 16:44
      "Ilu Aniołów pomagało nam wszystkim w czasie tego wypadku ?
      Żaden się nie spóźnił. Ani nie pospieszył."

      Myślę, że to lata praktyki anielskiejsmile))... Bogu niech będą dzięki!
      • kulinka3 Re: Nasze Anioły... 25.02.06, 17:00
        Pawlinka ma rację! Wieki całe doświadczenia.Dziękujcie swoim Aniołom Stróżom, a
        chyba szczególnie Aniołowi kierowcy!
        Niech Bóg Was prowadzi szczęśliwie z powrotem.
          • mader1 Re :)))) 25.02.06, 18:09
            ale mam nauczkę. Wiem już, że modlić to muszę się całe swoje życie, bo w tej
            ostatniej chwili może być na to za mało czasu smile
            • mharrison Re: Re :)))) 25.02.06, 18:47
              >Ilu Aniołów pomagało nam wszystkim w czasie tego wypadku ?
              >Żaden się nie spóźnił. Ani nie pospieszył."

              Mader, bardzo się cieszę że nic się Wam nie stało.

              Tylko czasem sobie myślę, co Ci aniołowie robili w czasie innych wypadków...
              Zagapili się?
              Skupili się na innym?
              Czy po prostu nie zrobili nic bo "Bóg tak chciał"?
              • mader1 Re: 25.02.06, 19:50
                Mharrison. Wiem, że jeszcze żyjemy. I wszyscy, ktorzy znaleźli się w pobliżu -
                też.
                Parę razy byłam o włos od śmierci.Także jako dziecko. Dane mi było nieraz
                zastanawiać się ( od tych dziecięcych lat) - dlaczego ? Nie znajduję w swoim
                życiu żadnego usprawiedliwienia. Choć staram się to życie przeżyć jak
                najlepiej - nie wiem. Nie wiem dlaczego nie ja.
                Pamiętam , jak kiedyś moja babcia miała operację. Byłam małą dziewczynką,
                wszyscy wokół się przejmowali, ja też. Pamiętam, jak byłam u niej w szpitalu a
                ona tak się bała, płakała. Wyszłam wieczorem i odmówiłam swoją dziecięcą,
                bardzo głupią i naiwną modlitwę. Poprosiłam Boga, że skoro babcia jest takim
                dobrym, gotowym człowiekiem... wychowała dobre dzieci, pracuje, kochana jest,
                to może Bóg zabrałby mnie ? Ze mnie nie wiadomo, co wyrośnie... Pewnie mama
                zdenerwowałaby się sad ale się nie dowiedziała, co za głupoty gadałam wink
                Ani babcia wtedy nie umarła, ani ja. Po wielu latach ... no dokuczyła mi trochę.
                Można domyślać się. Można znaleźć pocieszenie.Można pytać.
                Nie wiem : dlaczego ?
              • kulinka3 Re: Re :)))) 26.02.06, 10:48
                mharrison napisała:

                >
                > Tylko czasem sobie myślę, co Ci aniołowie robili w czasie innych wypadków...
                > Zagapili się?
                > Skupili się na innym?
                > Czy po prostu nie zrobili nic bo "Bóg tak chciał"?
                >
                Myślę,że aniołowie w chwili śmierci są naszymi przyjaciółmi, którzy prowadzą nas
                bezpiecznie na "drugą stronę".
                A pytanie -dlaczego- jest tu na ziemi pytaniem nie do rozwikłania.
                Zresztą czy odpowiedź na nie, uczyni cierpienie znośniejszym?

                >
      • pawlinka Re: Nasze Anioły... 25.02.06, 22:27
        "A pytanie Mharrison ciągle zostaje bez odpowiedzi"

        Łatwiej mi napisać do Mader - "to Bóg tak chciał". Nie potrafię natomiast tak
        pewnie niczego powiedzieć Mharrison sad Nie potrafię sad Niczego...
    • mary_ann Re: Nasze Anioły... 25.02.06, 23:09
      Cieszę się, że nic Wam się nie stało.

      Mocno przytulam i Ciebie, i m_harrison (bo ja też nie rozumiem, a że "Bóg tak
      chciał" nie przechodzi mi w takich sytuacjach przez gardło)

      mary_ann
    • marzek2 Re: Nasze Anioły... 25.02.06, 23:32
      A właśnie dziś opowiadałam moim dziewczynom o aniołach i o tym, że one naprawdę
      są i naprawdę chronią ludzi. No to mam kolejną historię do opowiedzenia...
      Dobrze, że Bóg Was zachował a Anioły stanęły na wysokości zadania...
    • lolinka2 Re: 26.02.06, 16:16
      Wieczór. Zima. Wracamy ze zgromadzenia, boczną drogą, bo blizej znacznie z
      zmęczeni jesteśmy. Droga boczna tj. asfalt ale wąska zdecydowanie. My
      nieprzypięci pasami (pierwszy i ostatni raz), młoda bezpiecznie w foteliku, ja z
      nogą w gipsie na całej długości. Zaraz po skręceniu w tę nieszczęsną drogę
      zaczyna nami szarpać, samochód tańczy, nawierzchnia - szklaneczka, przed nami
      drzewa i rów. Zaparłam się tą zagipsowaną nogą o podłogę, przycisnęłam męża do
      siedzenia z całej siły, krzyknęłam "Jehowo ratuj!" i juz frunęliśmy nad rowem.
      Wpasowaliśmy się idealnie między drzewa, po 10 cm max z kazdej strony było.
      Urwał się zderzak, popękał mi gips, noga i cała reszta mnie i rodziny bez
      szwanku.....

      Albo inne zdarzenie:
      Miałam 18 lat, byłam świeżo po maturze i dla zrelaksowania spedzałam tygodniowe
      wakacja w Krakowie, w ich trakcie pojechałam do Zakopanego i dość lekkomyślnie
      jako pierwszą w zyciu górę (Łysej Gory nie licząc) na jaką wejdę wybrałam
      Giewont. Ubranie w miarę, ekwipunku jakiegokolwiek poza tym brak, komórek wtedy
      nie znałam, reszta swiata nie miała pojęcia gdzie będę, szłam sama. W połowie
      drogi zerwała się burza, lał deszcz, było slisko. Ja sie nie poddawałam - nie
      zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji a po wtóre taką mam naturę. I kiedy po
      tysiącu metrów pośliznęłam się na wąskim szlaku na jakimś mokrym korzeniu i
      trzymałam się chudawego drzewka obiema rękami zaczynając sobie przypominać z kim
      ewentualnie nie jestem pogodzona, pojawił się on. Zwyczajny zdawałoby sie
      młodzieniec, w zielonym sztormiaku z plecaczkiem. Bez słowa wział mnie za rękę,
      podniósł z tego korzenia i zaczął sprowadzać na dół. Nie powiedział przy tym ani
      słowa, ja też nie, bo byłam totalnie oszołomiona - nie bardzo wiedziałam skad on
      się tam wziął, szlak był pusty a jeśli już ktoś szedł to raczej wcześniej mozńa
      go było usłyszeć. Jego nie słyszałam. Kiedy bezpiecznie sprowadził mnie na hale,
      powiedział krótko - ja idę w tamtą stronę, tam jest moje schronisko, szybko się
      obrócił i zanim powiedziałam 'dziękuję' czy cokolwiek, juz go nie było widać (na
      puściuchnej łace). Po chwili zdałam sobie sprawę, ze z tamtej strony nie ma
      żadnego schroniska, są łąki po prostu.........
      Przemokłam okrutnie i przemarzłam tego lipcowego dnia, ale nawet lipny katar
      mnie nie wziął.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka