Dodaj do ulubionych

Poplakalam sie ze wzruszenia

13.04.06, 14:17
Opowiadaniem ktore wczoraj przeczytalam (absolutnie prawdziwe). Pewna rodzina
z dwojka dzieci wyjechala z Fort Wayne w Indianie do Kalifornii liczac na
lepsza prace. Z praca sie nie udalo, oszczednosci wyszly, czas bylo wracac do
Indiany. Ruszyli starenka polciezarowka. W Wayouming zepsula sie ostatecznie -
musieli ja sprzedac na zlom. Zadzwonili do Travelers' Aid ktore zaplacilo im
za noc w hotelu gdy czekali na pieniadze od krewnych z Indiany na bilety
autobusowe. I pojawil sie problem. Podrozowala z nimi 17-letnia mala suczka, a
psow Greyhoundem przewozic nie wolno. Probowali namowic kierowcow ciezarowek
do zabrania jej "stopem". Ci byli nawet chetni, ale nikt nie jechal przez Fort
Wayne. Pracownik Traveler Aid proponowal ze zatrzyma ja i uspi po ich
wyjezdzie - moze uznac ze schorowany, 17-letni pies mial dobre zycie, ale nie
zgodzili sie. Obdzwonili wszystkie schroniska i hotele dla psow proszac o
zatrzymanie jej, uczciwie mowiac ze nie maja pieniedzy ale na pewno ja odbiora
i wtedy zaplaca. Zgodzilo sie schronisko przy klinice weterynaryjnej.
Pojechali do Indiany, przy pomocy rodziny znalezli lokum, znalezli prace i...
zaczeli szukac sposobu transportu psa. Ale wciaz mocno ograniczeni finansowo
nic nie mogli znalezc. Po 6 tygodniach zrozpaczona pani domu poprosila o pomoc
miejscowego pracownika Animal Control. Po tygodniu musial przyznac ze sprawa
wyglada na beznadziejna - do transportu samolotowego w luku bagazowym sunia
byla zbyt stara i delikatna, profesjonalny transport ladowy byl b. drogi, a
wszyscy bali sie odpowiedzialnosci za schorowanego na nerki psa. Ktos z jego
wspolpracownikow powiedzial ze w dawnych czasach Pony Express (konna,
sztafetowa poczta przed poprowadzeniem kolei) na pewno by ja wzieli i to go
olsnilo. Obdzwonil wszystkie schroniska po drodze z jakimi mial kontakt.
Zorganizowano sztafete wolontariuszy - ludzie jechali ok. 100 mil na zachod po
suczke i przywozili ja do nastepnego punktu. Najdluzszy odcinek wyniosl 350
mil w jedna strone, co znaczy ze ktos przejechal 1.000 km. Po pieciu dniach
sunia dotarla do domu - z nowa smycza, psim lozeczkiem i anonimowo przez kogos
w Wayoming zaplaconym rachunkiem za pobyt w kenelu. I jako gwiazda lokalnej
telewizjiwink)))
Jako stara psiara poplakalam sie ze wzruszenia. I jak tu nie wierzyc w ludzi?
Magda
Obserwuj wątek
    • minerwamcg Ponieważ chodziło o psa 13.04.06, 21:36
      Hm... Nie chcę być wredna i cyniczna, ale czy w całą tę akcję nie włączyło się
      tyle osób dlatego, że chodziło o psa? Gdyby zamiast suczki była
      osiemdziesięcioletnia babcia bohaterów opowiadania, ochotników byłoby o wiele
      mniej. Bo kogo wzrusza jakaś staruszka? Zwierzątko - to co innego.
      • maadzik3 Re: Ponieważ chodziło o psa 13.04.06, 22:38
        Poki co babciom wolno jezdzic autobusemsmile))
      • maadzik3 Re: Ponieważ chodziło o psa 13.04.06, 22:49
        A powaznie - w swiecie jest wiele okrucienstwa wobec zwierzat i obojetnosci
        wobec starszych osob. I wiele, wiele innych problemow. Czy pomoc w jednym,
        niekoniecznie pierwszoplanowym dla przetrwania swiata to cos zlego? Dla mnie
        przeciwnie. Czy o zwierzeta nie warto sie troszczyc? Ponownie udzielam
        odpowiedzi jak wyzej. A pomoc, jak wynika z postu dot. i ludzi (przede
        wszystkim?) Fakt ze jest oraganizacja ktora w podbramkowej sytuacji zaplaci za
        motel czy bilety chyba o tym swiadczysmile)) Ja w kazdym razie ucze syna szacunku
        do zwierzat, stosunek do najbardziej bezbronnych i zdanych na nas - jak
        wiekszosc zwierzakow - uwazam za wazny. Brutalizujac - kto potrafi zakatowac psa
        nie zareaguje rowniez na krzywde dziecka. Empatia nie ogranicza sie do ludzi,
        choc ich pownna dotyczyc zwlaszcza.
        • minerwamcg Re: Ponieważ chodziło o psa 14.04.06, 10:04
          Wiesz, Maadzik, ale mnie chodzi o co innego. Kiedy wczoraj streściłam tę
          relację Weasley'owi, powiedział: "gdyby chodziło o staruszkę i chciałbym
          jechać, tobyś mi pozwoliła. Ale gdyby chodziło o kota, tobyś mnie sama
          wykopała" smile))) Też mam bzika na punkcie zwierząt, a miauczących w
          szczególności.
          Chodzi mi o co innego. O to, że coraz częściej spotykam się z postawą wielkiej
          empatii wobec zwierząt, przy kompletnym braku tejże wobec istot własnego
          gatunku. Coraz więcej osób przyznaje się, że kocha zwierzęta, a ludzi nie
          znosi. W mediach o wiele więkze wrażenie robi upaprany ropą naftową kormoran,
          niż wzdęte z głodu afrykańskie dziecko.
          Kochanie zwierzątek jest trendy. Kochanie ludzi - jakby mniej.
          • maadzik3 Re: Ponieważ chodziło o psa 14.04.06, 14:07
            Moze, ale w przypadku tej ropy moze byc i cos innego. Wobec czesci krzywdy ludzi
            czujemy sie bezradni. Do krajow afrykanskich plynie spora pomoc - pewnie,
            moznaby wiecej i lepiej, ale jest jej duzo (choc Polska zupelnie nie bierze w
            tym udzialusad((. Akurat Afryka to moj fiol wiec czuje sie dosc kompetentna.
            Wiekszosc tej pomocy jest marnowana lub ttrafia w niewlasciwe rece. Na kalachy
            lokalni kacykowie maja - na jedzenie nie. Napady na konwoje humanitarne sa na
            porzadku dziennym, najslabsze grupy placa (czesto 2/3 pomocy trzeba dac
            miejscowym bandytom zeby pozostala 1/3 pozwolili przepuscic do kobiet i dzieci,
            wypuscili z polowego lotniska). Ostatnio uslyszalam od bylego wolontariusza
            Peace Corps ktory 2 lata uczyl w szkole w Mozambiku pod koniec lat 60-tych a
            teraz jako starszy pan pojechal tam zobaczyc "swoja" szkole. Zobaczyl
            rozkradziona i nie odmalowana ruine i uslyszal od urzednika ze zachod powinien
            przyslac wiecej wolontariuszy bo miejscowym nauczycielom nie oplaca sie uczyc za
            pieniadze jakie dostaja. Tzn. ma im dostarczyc gotowy produkt i ludzi ktorzy 2
            lata beda pracowac za darmo bo miejscowi dla swoich nic nie zrobia. Wiem ze to
            bardziej (duuzo) skomplikowane, naprawde znam afrykanskie stosunki, ale taka
            postawa budzi zniechecenie. Nie dotrzemy do tego dziecka bez narazania zycia,
            oplacania sie bandytom, wspolfinansowania kolejnej dostawy broni. Nawet jak
            dotrzemy (sporo i koscielnych i prywatnych fundacji wciaz tam dziala) nie
            zmienimy nic trwale bez wspolpracy z tymi ludzmi, a to jest trudne w krajach
            rzadzonych przez kacykow, pograzonych w skrajnej nedzy i terrorze. A pingwinowi
            mozemy pomoc, wystarczy umyc z ropy, wyleczyc, odkarmic i wypuscic - kilka
            miesiecy i bedzie sobie radzil sam. Widzac efekty latwiej sie pomaga, widzac
            dziesieciolecia porazek (wiem, wczesniejszy upadek panstw afrykanskich to
            glownie handel niewolnikami, ale to naprawde nie moze byc dzisiaj
            usprawiedliwieniem lozenia na wielomiliardowe fortuny kacykow w szwajcarskich
            bankach) czlowiek czuje sie zniechecony. To nie usprawiedliwienie, ale to powod.
            Ostatnia dobra inicjatywe dla Afryki mial Blair, ale jak wiesz nie przeszla, bo
            teraz bez wspolpracy wiekszej czesci swiata politycznego trwale nic sie nie
            zmieni, wiec zwykly czlowiek... pomaga pingwinom. I dzieciom i staruszkom ze
            swego otoczeniasmile))
            Magda
    • barbie-torun Re: Poplakalam sie ze wzruszenia 18.04.06, 09:45
      też mam psa, boksera
      i pojawił się problem z wakacjami co zrobić
      przecież nie zabierzemy go do mieszkania dziadkó w bloku
      ani nie oddamy do schroniska- psi hotel
      i wczoraj zaproponowaliśmy kuzynowi pobyt w naszym domu
      i opiekę nad psem przez tydzień wakacji
      uszczęśliwimy psa
      no i kuzyna fotografika
      bo to ile roślin na łąkach można przy okazji spacerów sfotografować smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka