Opowiadaniem ktore wczoraj przeczytalam (absolutnie prawdziwe). Pewna rodzina
z dwojka dzieci wyjechala z Fort Wayne w Indianie do Kalifornii liczac na
lepsza prace. Z praca sie nie udalo, oszczednosci wyszly, czas bylo wracac do
Indiany. Ruszyli starenka polciezarowka. W Wayouming zepsula sie ostatecznie -
musieli ja sprzedac na zlom. Zadzwonili do Travelers' Aid ktore zaplacilo im
za noc w hotelu gdy czekali na pieniadze od krewnych z Indiany na bilety
autobusowe. I pojawil sie problem. Podrozowala z nimi 17-letnia mala suczka, a
psow Greyhoundem przewozic nie wolno. Probowali namowic kierowcow ciezarowek
do zabrania jej "stopem". Ci byli nawet chetni, ale nikt nie jechal przez Fort
Wayne. Pracownik Traveler Aid proponowal ze zatrzyma ja i uspi po ich
wyjezdzie - moze uznac ze schorowany, 17-letni pies mial dobre zycie, ale nie
zgodzili sie. Obdzwonili wszystkie schroniska i hotele dla psow proszac o
zatrzymanie jej, uczciwie mowiac ze nie maja pieniedzy ale na pewno ja odbiora
i wtedy zaplaca. Zgodzilo sie schronisko przy klinice weterynaryjnej.
Pojechali do Indiany, przy pomocy rodziny znalezli lokum, znalezli prace i...
zaczeli szukac sposobu transportu psa. Ale wciaz mocno ograniczeni finansowo
nic nie mogli znalezc. Po 6 tygodniach zrozpaczona pani domu poprosila o pomoc
miejscowego pracownika Animal Control. Po tygodniu musial przyznac ze sprawa
wyglada na beznadziejna - do transportu samolotowego w luku bagazowym sunia
byla zbyt stara i delikatna, profesjonalny transport ladowy byl b. drogi, a
wszyscy bali sie odpowiedzialnosci za schorowanego na nerki psa. Ktos z jego
wspolpracownikow powiedzial ze w dawnych czasach Pony Express (konna,
sztafetowa poczta przed poprowadzeniem kolei) na pewno by ja wzieli i to go
olsnilo. Obdzwonil wszystkie schroniska po drodze z jakimi mial kontakt.
Zorganizowano sztafete wolontariuszy - ludzie jechali ok. 100 mil na zachod po
suczke i przywozili ja do nastepnego punktu. Najdluzszy odcinek wyniosl 350
mil w jedna strone, co znaczy ze ktos przejechal 1.000 km. Po pieciu dniach
sunia dotarla do domu - z nowa smycza, psim lozeczkiem i anonimowo przez kogos
w Wayoming zaplaconym rachunkiem za pobyt w kenelu. I jako gwiazda lokalnej
telewizji

)))
Jako stara psiara poplakalam sie ze wzruszenia. I jak tu nie wierzyc w ludzi?
Magda