nordynka1
05.09.08, 11:03
Do napisania tego wątku sprowokowała mnie rozmowa z mamą kolegi z
przedszkola mojej córki. Chłopiec (5 l.) jest fajnym bardzo żywym
dzieciakiem, wszędzie go pełno, ma dużo pomysłów i dużo energii.
Broi mamie na przekór w wielu rzeczach - mniej lub bardziej błahych.
Np biega przy ubieraniu w szatni. A ona się denerwuje "nie biegaj,
chodź tu, chcesz lanie przy wszystkich? on tak dzisiaj od samego
rana..." Słyszę jak owa mama o nim i do niego mówi i uważam, że
wymaga od niego bycia kimś innym niż ten Mały jest. Wymaga jakiegoś
rygorystycznego posłuszeństwa i uważa, że wiele z zachowania jej
synka jest "niewiłaściwe i nieprawidłowe i ona już nie ma siły".
Mały jest jedynakiem.
Moja córka jest - gdyby użyć kryteriów babci - krnąbrnym i
nieposłusznym. Broni swojej autonomii, potrafi wybuchnąć o 'bele
co', wstyd lub nieśmiałość albo zażenowanie zakrywa 'złością', jest
energiczna i żywa, potrafi zwrócić na siebie uwagę przez np
ugryzienie kogoś bolesnie, przez pisk, od którego dziwię się że
jeszcze mi uszy nie pękły. Owszem, bywa to trudne, ale też zmusza
mnie do pracy - nad sobą nad moimi emocjami, nad moim egoizmem.
Czytałam wiele poradników książek o dzeciahc i psychologicznych -
wszystkie oferowały coś w rodzaju wytrychów, które nalezy włożyć od
odp dziurek i dziecko zadziała jak chcę. Tylko, że dziecko nie robot
i się nie 'psuje' w chwili kiedy mnie się coś nie podoba..
Właśnie pracuję nad nami (sobą i resztą rodziny) z książką "Jak
mówić żeby dzieci na s słuchały, jak słuchac żeby dzieic do nas
mówiły". Jest dość popularna, i sadzę że wiecie co to takiego. Jest
dla mnei chyba ostatnią deską ratunku - jej treść mnie przekonuje a
najbardziej efekty, jakie już widzę "w praniu". Nie tylko w postaci
zmiany zachowania u dziecka ale też w moich rekacjach.
Opowiedziałam o tejże książce owej mamie."aa tak znam, koleżanka mi
mówiła, ale ja mam niechęć do wszystkich poradników, i tak w żadnym
nie znajdziesz przykładu twojego dziecka, a poza tym denerwuje mnei
to co teraz się panoszy powszechnie a co nazywam pajdocentryzmem -
zroić wszystko, żeby tylko temu dziecku nie stała się krzywda,
troszczyć sie o jego uczucia, a moje to co? rodzic też ma przeciez
uczucia" - mówię więc co zauważyłam - kiedy ja zatroszczę sie o
uczucia dziecka oan od razu'odbija piłeczkę' w moją stronę - " nie
nie, życie nie jest bajką, życie jest brutalne, a dlaczego dziekcu
nie ma się stać krzywda? a niech go zaboli, a niech nauczy się że
życie boli" I dalej mówi tak: " moja koelżanka posłałą dziecko do
niepublicznej szkoły i jest zachwycona, opowiada mi o zielonych
szkołach o spotkaniach, o zajęciach i tym jak dzieci się tam dobrze
czują, a ja się pytam gdzie jest w szkole nauka? [to już zbacza na
temat o "wiecznie niezadowolonych" ] dzieci mają sie wszkole przede
wszystkim uczyć a nie ma im być tam przyjemnie, a teraz wszyscy
skupiaja się na tym, by dziecku w szkole było przyjemnie. A potrem
ja dostaję ten 'kwiat' na uczelni [jest wykładowcą uniwersyteckim] i
nie ma o czym z nimi porozmaiwać, w każdym roczniku są może dwie-
trzy osoby które reprezentują jakiś poziom, reszta jest biegła w
komputerach, wiedzy nie ma żadnej o kulturze nie wspominając..."
I tak sobie od kilku dni myślę o tym wszystkim... może mi
potowarzyszycie i napiszecie co Wy sądzicie.