Trochę luźny temat - tak pośród świątecznych przygotowań.
Mam koleżankę - lekarkę. Pracuje ona w przychodni rejonowej. I
opowiadała mi, jak przychodzą do niej siostry zakonne czy księża - z
drobiazgami, które w ich oczach urastają do wielkich rozmiarów. Z
katarem - "żeby nie przerodziło się grypę i zapalenie płuc". Z
biegunką trwającą pół dnia. Z półcentymetrowym żylakiem na udzie
(pod nigdy-nie-zdejmowanym-wszak-habitem). Z pękniętym naczynkiem. I
czy aby z tego na pewno nic się nie rozwinie, i czy to aby na pewno
nie jest groźne.
Kolega - chirurg dla odmiany opowiada, jak się kler zachowuje na
oddziale. Mówi: "Gdyby moja wiara była słabsza, to bym normalnie
zwątpił w to życie pozagrobowe, jak tu się jeden z drugim ksiądz tak
tej śmierci boi".
Ciekawe

Macie jakieś obserwacje? Temat mnie zainteresował