mamalgosia
13.04.11, 15:31
Tak mnie dzisiaj natchnęła rozmowa z pewnymi mamami. Rozmowa była o pewnym konkursie - między innymi trzeba było pójść z dzieckiem 6 razy do biblioteki. Ojej, mi by się nie chciało - powiedziała jedna. Tyle razy w bibliotece to nawet ja nie byłam, powiedziała druga. Trzecia kiwała tylko głową. Rozumiem brak czasu, ale nie o to się tutaj rozbijało (zresztą dwie z tych pań nie pracują zawodowo, a mają po jednym dziecku, więc aż tak strasznie zagonione nie są).
I tak się zamysliłam. Bo w moim otoczeniu nie ma miłośników czytania dzieciom/z dziećmi. Mam dwie koleżanki, które kładą na to wielki nacisk - ale obie mieszkają 400-500 km ode mnie, więc właściwie korespondencyjnie dzielimy się tymi sprawami. W mojej rodzinie albo w ogóle się nie zwraca uwagi na to, by dzieci czytały, albo się im każe - bez wyrobienia wcześniejszego nawyku, bez przykładu "z góry", bez kupowania ksiażek do domu. Koleżanki - żadna nie czyta swoim dzieciom. Jedna czytuje od czasu do czasu, ale żeby to była jakaś codzienność, to nikt. Wierzę, że na to często trudno wygospodarowac czas, ale - jak już wspomniałam - bywa, że zupełnie nie w tym rzecz.
Przyznam, że jestem dumna z tego, że moje Dzieci czytają. I że przynosi to efekty np w postaci bogatego słownictwa, rozległej wiedzy, wygrywanych konkursów szkolnych itd. Ale może niesłusznie? Bo przecież można się też dobrze rozwijać nie czytając. Bo tak właściwie książki to przeżytek. I zbyteczne wydawanie pieniędzy. Może to jakaś apoteoza mojej własnej przyjemności? Bo ja sobie nie wyobrażam życia bez książek, więc nakręcam teorię, jakie to mądre i pożyteczne hobby?