tawnyroberts
10.08.09, 22:54
Przy okazji ostatniego "czyszczenia" usunąłem wpis Ciekawego z
interesującym tekstem ukraińskiego publicysty Wołodymyra
Pawliwa "Skończmy z pięknymi bajkami o UPA". Co prawda artykuł
pojawił się w "Gazecie Wyborczej" już kilka miesięcy temu i był
cytowany na prawie wszystkich forach internetowych związanych z
tematyką polsko-ukraińską, ale wydaje mi się, że z uwagi na próbę
trzeźwej oceny działalności UPA, warto "zatrzymać" go także "Nad
Sanem i Wiarem".
"Skończmy z pięknymi bajkami o UPA"
Stulecie urodzin Stepana Bandery i 80 lat od powstania Organizacji
Ukraińskich Nacjonalistów obchodzi się w Galicji z prowincjonalnym
rozmachem. Pomniki i tablice pamiątkowe dla wodza, billboardy ze
zwycięskimi hasłami. Konkursy dla uczniów i jubileuszowe znaczki dla
weteranów. A oprócz tego - propagowanie mitów w rozmaitych
wydawnictwach i gazetach.
To, co się dzieje dziś wokół kultu Bandery na Ukrainie Zachodniej,
można nazwać efektem "zwolnionej sprężyny". Przez pół wieku
komunizmu wszelkie wzmianki na ten temat były zabronione. Pamięć
przetrwała - na emigracji i w przekazach rodzinnych - jako
przeciwwaga dla komunistycznych kłamstw. Ale w miarę upływu czasu
wszelkie przekazy ulegają mitologizacji i mistyfikacji.
Zniewolone narody mają prawo do mitów i mistyfikacji, zwłaszcza
jeśli stają się one elementem ich tożsamości patriotycznej i
heroicznej. Takim elementem dla większości mieszkańców Ukrainy
Zachodniej była banderowszczyzna. Gorzką prawdę przemilczano, żeby
nie wpisywać się w obraz świata i historii sowieckich okupantów.
Słodką prawdę szeptano na ucho, aż nabrała cech prawdy ostatecznej.
Choć równocześnie przecież ludzie nie zapomnieli krzywd wyrządzonych
przez banderowców. Dlatego często nie mówili Ukraińska Armia
Powstańcza (UPA), ale po prostu "partyzanci", "banderowcy", "banda".
I dzisiaj więc nie ma co idealizować banderowców. Prawie na każde
banderowskie "chwała" można usłyszeć antybanderowskie "hańba".
Tak, w czasach II Rzeczypospolitej trwała walka o ukraińskie
wyzwolenie narodowe. Inteligencja ukraińska mozolnie budowała
instytucje, które z czasem mogły się przekształcić w ukraińskie
instytucje państwowe. Ale wojna przerwała ten szlachetny trud.
Przyszli Rosjanie, którzy zamiast wyzwolenia przynieśli
rozczarowanie. Po nich nadeszli hitlerowcy, którzy przynieśli ze
sobą zdobycze cywilizacji i techniki, ale zarazem przekonanie o
niskiej wartości życia ludzkiego. Czy nie chcieli słyszeć o państwie
ukraińskim w ogóle, czy tylko nie odpowiadało im
państwo "banderowskie", tego nie wiemy, bo szybko musieli odejść.
Znowu przyszli Rosjanie - brutalniejsi i jeszcze bardziej wściekli.
Czy w tej sytuacji Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, polityczne
ramię UPA, miała prawo walczyć o swe idee, narażając na śmierć lub
nieszczęście miliony wieśniaków, inteligentów, duchownych, którzy
najczęściej nie byli ani członkami, ani nawet zwolennikami tej
organizacji? Na jakiej podstawie banderowcy prowadzili mobilizację
młodzieży do oddziałów partyzanckich - przecież jest to prerogatywą
jedynie oficjalnych sił zbrojnych? Tym bardziej że OUN stosowała
groźbę śmierci i oszustwa - ludziom wmawiano, że pomoże Ameryka i
Wielka Brytania i że na pewno zwyciężymy. Nie było wtedy internetu i
telewizji. Siedzącym w ziemiankach gdzieś w Karpatach czy pod Lwowem
pozostawała wiara w rozum i dobre rozeznanie dowódców.
Od banderowskiej teorii jeszcze gorzej wygląda banderowska praktyka.
Nie trudno było przewidzieć, że międzynarodowa społeczność potępi
masowe mordy na Polakach na Wołyniu i w Galicji. Co więcej, akcje te
spowodują natychmiastowy odwet - a ofiarami staną się bezbronni
Ukraińcy.
Z kolei partyzanckie wypady przeciwko prącej na Zachód Armii
Czerwonej były z góry skazane na porażkę, a ich konsekwencją były
masowe aresztowania, tortury i zsyłki ludności. Mordowanie
funkcjonariuszy partyjnych i przedstawicieli nowej władzy było
doskonałym pretekstem do masowych deportacji na Wschód. A jaki cel
miało strzelanie w plecy żołnierzom niemieckim uciekającym pod
naporem jednostek radzieckich?
Ale najgorsze było zabijanie Ukraińców. Tych, którzy szczerze i
świadomie wspierali podziemie narodowe, było całkiem sporo, ale
większość Ukraińców znalazła się między młotem władzy radzieckiej i
kowadłem banderowszczyzny. Banderowcy zabijali wieśniaków, którzy
szli na współpracę z nową władzą, choć często był to jedyny sposób,
żeby zarobić na chleb i uniknąć wywózki. Zabijali kobiety za intymne
związki z "wrogami", choć sprawa miłości i założenia rodziny powinna
pozostawać wyłącznie domeną Boga i Cerkwi. Ale najczęściej zabijali
za "zdradę". Tak zwaną zdradę, bo zdrajcą był często ten, kto nie
chciał iść do lasu, dać jedzenia, odmawiał wykonania ryzykowanych
poleceń czy bronił swego dziewictwa przed zakusami spragnionych
seksu partyzantów. Często "zdrajcą" okazywał się prywatny wróg,
nielubiany mieszkaniec wsi. A nawet jeśli zabijali donosicieli,
którzy współpracowali z nową władzą, by ratować rodziny lub wyrównać
rachunki, to czy mieli prawo wydawać wyroki?
Zapytam jeszcze raz: kto dał prawo partyzantom sądzić za zdradę
cywilów, którzy nie przysięgali wierności partyzantom? Czy
banderowska Służba Bezpieczeństwa (rodzaj kontrwywiadu w ramach UPA)
była sądem uznanym przez kogokolwiek?
Oczywiście, byłoby niesprawiedliwie oskarżać banderowców o wszystkie
nieszczęścia mieszkańców Ukrainy Zachodniej. Rosjanie - zwłaszcza
niesławnej pamięci bataliony szturmowe NKWD - byli jeszcze gorszymi
ścierwami, przestępcami i sadystami bez ideologii i zasad. Ale
banderowcy pretendowali do roli "swoich". Tak samo jak teraz
pretendują do roli bohaterów bez skazy. Ale niestety to nie tak.
W osiemnastym roku niepodległości powinniśmy powiedzieć sobie głośno
obie prawdy: tę heroiczną i tę bolesną. Bajki potrzebne są dzieciom,
a dorosłym potrzebna jest prawda. Prawda, która powinna nas wyzwolić
z kłamliwej retoryki politycznych hochsztaplerów, którzy chcieliby
przed nami stanąć w roli przewodników narodowych.
Dlatego powinniśmy zdjąć z banderowszczyzny nalot propagandy
komunistycznej i nacjonalistycznej kontrpropagandy. I pokazać
prawdziwy obraz antykomunistycznego podziemia - heroicznego, ale i
tragicznego, pięknego w zamiarach, ale okrutnego w praktyce,
wzruszająco idealistycznego, a zarazem bezwstydnie cynicznego.
Ta prawda potrzebna jest przede wszystkim nam, mieszkańcom
zachodniej części państwa ukraińskiego. Prawda powinna nas wyzwolić
od naszych lęków przed "komunistami i stalinistami, Moskalami i
Żydami, zdrajcami i zaprzańcami". Powinna pomóc nam zobaczyć, jacy
naprawdę jesteśmy - nie skażeni nienawiścią i nie wynaturzeni bólem.
Powinni to zobaczyć nasi rodacy mieszkający na wschód od Zbrucza
[umownej granica Galicji i reszty Ukrainy]. Oczywiście pod warunkiem
że chcemy żyć z nimi w jednym kraju, jak jeden naród, nienarzucający
sobie wzajemnie własnych wizji historii.
Ze względu na przyszłość prawda o naszych winach i błędach jest nie
mniej ważna niż prawda o naszych cierpieniach.
Tłum. Marcin Wojciechowski
Wołodymyr Pawliw jest znanym ukraińskim dziennikarzem i publicystą,
pochodzi z Galicji. Pracował w telewizji, tygodniku "Post-Postup",
był szefem działu w kijowskim piśmie "Polityka i Kultura". Wraz z
Ołeksandrem Krywenką jest współautorem "Encyklopedii
ukrainoznawstwa". Od kilku lat kieruje Ukraińsko-Polskim Klubem
Dziennikarskim "Bez Uprzedzeń". Od niedawna pracuje na Katolickim
Uniwersytecie we Lwowie.
Tekst Wołodymyra Pawliwa nie jest pierwszym krytycznym wobec UPA,
ale ma ogromne znaczenie, bo nie napisał go historyk, ale znany
publicysta. To ważny tekst. Dziękuję ci, Włodku - pisze Marcin
Wojciechowski.
<a href="https://wyborcza.pl/1,76842,6407468,Skonczmy_z_pieknymi_bajkami_o_UPA.html" target="_blank">wyborcza.pl/1,76842