Dodaj do ulubionych

stracilam swoja kruszynke...

16.02.04, 09:01
Kochane e-mamy!
Pisze ten list ponad tydzien po mojej tragedii, pisze go dla tych z was,
którym swiat się zawalil.
Gdy rok temu zaszlam w ciaze, skakalam ze szczescia. Niedlugo. W 5 tyg. po
raz pierwszy rozstalam się z marzeniem o szczesliwym macierzynstwie. Wtedy
pomogla mi swiadomosc, ze nie ja jedna przezywam taka tragedie, bo o
poronieniu nie przeczyta się w pismach dla przyszlych mam...
Pol roku pozniej znowu bylam w ciazy. Mialam nowa nadzieje i nowego lekarza,
który natychmiast kazal mi zrobic test na poziom progesteronu. W pierwszej
ciazy nawet przez moment nie mialam mdlosci – wiec być może niedobor
progesteronu był przyczyzna tamtego poronienia.
Tym razem było ok. Pierwsze USG i cudowna niespodzianka: blizniaki! Az się
poplakalam z radosci. Przez trzy tygodnie zylismy upojeni wizja naszej
rodzinki. Kolejne USG wykazalo, ze jedno z dzieci przestalo się rozwijac.
Rozpacz i zal do losu. Ja wiem ze to się często zdarza i gdyby nie nowoczesna
aparatura, to bysmy o blizniakach nawet nie wiedzieli, ale trudno było się
nam z tym pogodzic.
Zostala jednak nasza kruszynka, dla ktorej warto było zyc.
Ale i ja mi los odebral: w 25 tc wykryto na USG powazne ubytki mozgu u mojej
Malgorzatki.
Nie było nadziei, ze będzie mogla zyc samodzielnie.
Po blisko 4 tyb. badan zdecydowalam się na wczesniejszy porod mojej
coreczki w 29tc. Lekarze doradzili mi naturalny – jako lepszy dla mojego
organizmu i jednak dajacy mozliwosc szybszego powrotu
do zdrowia i zajscia w kolejna ciaze.
Rodzilam w Instytucie MiDz (Kasprzaka), gdzie znano już moja
historie i gdzie mialam robione wczesniesjze badania. Podano mi globulke
dopochwowa by wywolac skurcze i uprzedzono, ze to może potrwac nim się
pojawia. Na wszelki wypadek poprosilam o cos na uspokojenie. Po kilku
godzinach zaczelo mnie pobolewac, ale rozeszlo się do wieczora. Nastepnego
dnia znowu globulka i znowu niby male skurcze co 3 min, ale w sumie malo
bolesne. Lekarze nie chcieli na sile podawac mi oksytocyny, twierdzac, ze
lepiej dla mnie jak to będzie wolniej, ale bardziej naturalnie. O 6.30 nagle
skurcze zrobily się bardzo konkretne. Akurat był mój maz – najpierw nie
chcialam by był przy mnie – bo oboje nie byliśmy do tego porodu w żaden
sposób przygotowani i myslalam, ze może lepiej by nie widzial jak to boli,
ale im dluzej to trwalo, tym bardziej potrzebowalam by trzymal mnie za reke i
po prostu był obok. Bolalo, ale wiedzialam, ze kazda minuta zbliza nas do
konca. W koncu podano mi zzo – mam wrazenie ze nie podzialalo, ale było mi
już wszystko jedno. Chcialam po prostu urodzic i przytulic maja kruszynke. Na
sam moment parcia mój maz wyszedl – tak było lepiej dla nas obojga. Wreszcie
poczulam ulge i zdziwienie widzac jak ktos trzyma malenkie cialko mojej
coreczki. Urodzila się w srode o 1 rano. Była za mala by zaplakac...
Uslyszalam tylko slowa pediatry ze jest asymetryczna, ktos powiedzial, ze
lepiej bym jej nie widziala, ale wiedzialam, ze musze ja przytulic i
pozegnac. Podano mi ja zwinieta w kocyk – była taka malenka. Czulam jak się
poruszyla i co mruczala pod noskiem. Ucalowalam ja kilka razy i oddalam.
Bylam pewna ze wkrotce umrze, poprosilam by ochrzczono ja z wody. Malenka w
inkubatorze pojechala na gore, chcialam isc do niej, ale mialam odpoczywac i
zbierac sily.
Po dwoch godzinach dowiedzialam się ze oddycha sama, ze jej stan jest
stabilny. Bylam szczesliwa i przerazona, ze może jednak zdarzyl się cud, ze
może jednak lekarze się mylili, ze może mogla by zyc, a ja jej ta szanse
odebralam... Bo mowiono mi ze nie będzie mogla oddychac, ruszac się, a jednak
ta odrobina mozdzku jej na to pozwalala...
Nastepnego dnia rano poszlismy ja zobaczyc. Widzialam przez lzy, ze jest
najmniejszym dzieckiem wśród wczesniakow i ze jest sliczna. Nie wiedzialam o
co im chodzilo z ta asymetria – była przeciez taka cudowna. Dopiero gdy
wrocilam po trzech godzinach i popatrzylam na nia bez placzu, zrozumialam, ze
nie miala zadnych szans. Wygladala jakby ja sklejono z dwojga niedobranych
dzieci. Jedna polowa to była moja piekna coreczka, o czarnych wloskach i
malenkich paluszkach, druga... jak nozem odcial. Lysa, ze okiem prawie bez
powieki, kikucikami palcow, znacznie mniejszymi raczka i noga...Wygladala
naprawde strasznie, ale i tak ja kochalam, Taka jaka była. Pozwolono mi ja
wyjac z inkubatora – lekarze wiedzieli, ze jej smierc jest kwestia czasu –
sami wszak prosilismy by nie ratowali jej zycia za wszelka cene. Spala w
moich ramionach, moja malenka, bezbronna dziewczynka. Calowalam jej glowke i
szeptalam jej, ze bardzo ja kochamy. Potem musialam ja oddac do inkubatora,
ale moglam trzymac ja za reke, przykryc dlonia, by wiedziala, ze jestem obok.
Wodzila za mna okiem i robila taka smieszna minke jakby chciala
powiedziec „Wiec tak wygladasz mamo?” Ale nawet jej mimika była tylko na
polowie twarzy...
Zyla 27 godzin. Nastepnego dnia o czwartej rano pielegniarka obudzila mnie,
mowiac ze mogę isc do Malgorzatki, ze wlasnie zmarla. Znow ja wyjelam z
inkubatora i siedzialam tulac ja w ramionach. Wiedzialam ze tak musialo się
stac, ze nie moglismy jej sprowadzac na ziemie. Jakie zycie by ja tu czekalo?
Nie mogla od nikogo dostac tego, czego pragnela by najbardziej: zwyklej
normalnosci. Ucalowalam ja na pozegnanie od nas obojga.
I zostawilam w inkubatorze. Nie chcielismy zabierac jej ciala, robic
pogrzebu. I tak zawsze pozostanie w naszych sercach, zawsze będziemy ja
kochac i zawsze będę się zastanawiala jakby wygladala, gdyby mogla zyc
normalnie...
W calym tym tragicznym koszmarze, bardzo pomogli mi wszyscy pracownicy IMiDz.
Balam się tego porodu i tego co będzie dalej, a dzieki ich zyczliwosci i
zrozumieniu, przejscie tego wszystkiego było troche latwiejsze. Nie polozono
mnie na sale z szczesliwymi mamami, nikt nie zadawal niepotrzebnych pytan,
nikt nie zabranial mi najpierw bycia obok a potem pozegnania coreczki.
Teraz czekam na wyniki badan, pewnie jeszcze będę robic dalsze badania
genetyczne, by
wiedziec, czy to co się stalo to tylko tragiczny splot okolicznosci, czy tez
może mamy w genach cos, co nie pozwoli nam mieć dzieci.
Wiem, ze podniesiemy sie z tego, ze bedziemy jeszcze szczesliwi, ze tragedia
ta zblizyla nas jeszcze bardziej. Ale potrzebuje czasu by się wyplakac i
pogodzic z tym, co się stalo. Bo choc wiemy, ze nasza decyzja była sluszna,
nie zmniejsza to naszej rozpaczy.
I wciąż wierze, ze w koncu kiedys nasze dzieci znajda do nas droge...
Anka
Obserwuj wątek
    • driadea Re: stracilam swoja kruszynke... 17.02.04, 03:01
      Nie potrafię nic powiedzieć.
      Chcę tylko, żebyś wiedziała, że jesteś Wielka. Musisz być. Bądź silna, Aniu.
      Będę się za Was modliła...
      • beba3 Re: stracilam swoja kruszynke... 18.02.04, 01:17
        Strasznie sie splakalam czytajac Twoje przezycia. Mam nadzieje ze doczekasz sie
        wymarzonych dzieci. Trudno mi napisac cos wiecej, jakos slow brak...
        Pozdrawiam bardzo serdecznie.

        Beba
        • ulala72 Re: stracilam swoja kruszynke... 18.02.04, 09:34
          Aniu,
          trudno dać wsparcie matkom, które los doświadczył tak boleśnie. Żadne słowa,
          żadne gesty, żadne zapewnienia nie pomagają, wiem o tym.
          Ale wiem też, że tak wielka rozpacz powoli przeminie. Zamieni się w taki smutny
          smutek, pamięć tamtych wydarzeń, pamięć o dziecku i one będą Ci towarzyszyć już
          zawsze. Ale przecież nie chciałabyś o tym zupełnie zapomnieć, prawda? Chodzi
          tylko o to, aby zebrać siły do życia, a wtedy na pewno będzie lepiej.
          Pomalutku, powolutku. Najważniejsze, żebyś pozwoliła sobie na smutek i płacz,
          na żałobę po prostu. Tu niczego nie da się przyspieszyć. Musi się przewalić.
          Tak po prostu wyglądało Twoje spotkanie z dzieckiem i tak się zakończyło. To
          ważne przeżycie, które Cię wzbogaciło o coś bardzo istotnego. Tylko Ty sama
          wiesz, co było w tym wszystkim najważniejsze. Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby
          obrót spraw był zupełnie inny, gdyby spełniły się Twoje marzenia. Tym razem tak
          się nie stało, ale mocno wierzę, że jeszcze będziesz bardzo szczęśliwa.
          Pozdrawiam Cię bardzo gorąco.
        • hanya00 Re: stracilam swoja kruszynke... 06.04.04, 00:30
          musze isc ucalowac moje dzieci,mlodsze ma 6 tyg.,starsze 5 lat.nie wiem co ci
          powiedziec.....
        • olga326 Re: stracilam swoja kruszynke... 23.05.04, 01:13
          Bardzo cie wspolczuje i zycze abys doczekala sie upragnionego dziecka. Moje
          dziecko bylo w wielkim zagrozeniu i tylko szybka interwencja lekarza uratowala
          jej zycie. Czytalam twoj list i plakalam... wiem, ze malo brakowalo abym
          podzielila twoj los. A to chyba najgorsze doswiadczenie jakie moze czlowieka
          spotkac. Zycze szczescia, trzymaj sie
          Olga
      • rendziak Re: stracilam swoja kruszynke... 03.03.04, 16:35
        Do Dridei
        uważam że jesteś kompletnie bezmyślną osobą!!
        ja tak jak Ania straciłam swoją córeczkę i wiem co ona czuje. Kobiecie , która
        straciła swoje dziecko nie przesyła sie zdjęć swoich żywych i zdrowych dzieci,
        jest to conajmniej nietaktowne, zastanów się nad tym na drugi raz, bo nie wiesz
        jaki ból czuje kobieta po stracie dziecka a Ty jej fundujesz swego rodzaju
        dodatkowe "rozrywki"
        • driadea do rendziak'a 30.04.04, 21:20
          Szanowna pani, szczerze współczuję wszystkim Wam straty dzieci, wiem jak to
          bardzo boli, ale zdjęcia, które - jak mówisz- wyslałam, to linki zawarte w
          sygnaturce i pokazują się pod KAŻDYM moim postem, nawet zapomniałam, że tam są
          te linki. Z całym szacunkiem, ale sama jesteś bezmyślna i nietaktowna.
    • manatka Re: stracilam swoja kruszynke... 21.02.04, 19:09
      Aniu - rzadko mi sie to zdarza (troche juz okrzeplam w naszych tragediach, sama
      jestem mama niepelnosprawnej dziewczynki), ale czytajac o Twojej coreczce
      mialam lzy w oczach. Jestes naprawde wspaniala mama. Przytulam Cie bardzo mocno!
    • luxonna Re: stracilam swoja kruszynke... 24.02.04, 16:49
      brak mi słów. Łzy płyną same. 3majcie się cieplutko, pomodlę się za Was.
      • morud Re: stracilam swoja kruszynke... 24.02.04, 19:09
        Aniu bardzo bardzo mi przykro. Śledzę Twoją historię od samego początku.

        Nie mogę tylko zrozumieć jednego. Braku pogrzebu. Nigdy tego nie zrozumiem.

        Moja teściowa straciła dziecko 40 lat temu. To były blizniaki. Jeden martwy.
        nikt nie wiedział że to będzie dwoje dzieci. Takie czasy bez usg. Zaskoczenie i
        decyzja - ciało zostaje w szpitalu. Nie było czasu na przemyślenia. Żałuje tego
        do dzisiaj. Tego, że nie ma gdzie zapalić lampki, że mały nie leży w rodzinnym
        grobowcu, tylko został spalony z resztkami ze szpitala.

        Mimo , że nie rozumiem Twojej decyzji życzę ci, abyś nigdy nie żałowała jej tak
        jak ona.
        • sloggi Re: stracilam swoja kruszynke... 26.02.04, 17:37
          Agata i Michał są pochowani razem z prababcią w mogile na Wawrzyszewie. To dla
          mnie jedyny namacalny ślad, ze istnieli.
    • pokusa6 Re: stracilam swoja kruszynke... 26.02.04, 17:24
      bardzo mi przykro...naprawde.brak mi słuw , i wiem ze nic by one nie
      dały.traymajcie się dzielnie.życzę wam aby wasze następne dzicko bylo
      zdrowe.alicja
    • ro0203 Re: stracilam swoja kruszynke... 26.02.04, 20:27
      To naprawdę smutna ale i piękna historia, dlatego piękna, że umiałaś tak się w
      niej znaleźć. Tak wiele chciałabym napisać a jakoś po raz pierwszy nie potrafię
      sklecić konkretnych zdań. Myślę, że tylko wybrani mają szansę pożegnać się ze
      swoim odchodzącym dzieckiem, więc czerp siły na przyszłość z tego przeżycia. Na
      pewno uda Ci się spożytkować swoją miłość, tego z całego serca Ci życzę.
    • alusia2405 Re: stracilam swoja kruszynke... 26.02.04, 21:13
      Ja też straciłam dziecko. Było to już dawno, bo w 1996 r., ale zawsze mam go w
      sercu. Nie potrafiłabym zostawić go w szpitalu. Często jestem na jego grobku z
      całą rodziną. Mój najstarszy synek często pyta dlaczego nie ma go
      znami. "Mamusiu, dzidzia nie miała szczepionki i poszła do Bozi" - tak mówi. Aż
      łezka kręci się w oku.
      Pozdrawiam
      Ala
    • aniao3 dziekuje wam wszystkim... 28.02.04, 19:44
      Kochani!
      dziekuje za wszystkie dobre mysli i slowa...
      Smutek smuteczku mnie dopada co dnia, wciaz mysle o swojej coreczce. Jaka byla,
      jaka by mogla byc - gdyby mogla zyc... Wiem ,ze nikt nigdy jej nie zastapi,
      jesli chce miec nastepne dzieci, to nie po to by o niej zapomniec, lecz po to
      by stworzyc RODZINE. Gniazdo i opoke. A coz to za gniazdo, gdy nie ma kto z
      niego wyfrunac? Dla mnie dom zawsze byl takim azylem, miejscem bezpiecznym,
      szczesliwym - mimo roznych burz. I z moim mezem chyba dlatego sie tyle czasu
      szukalismy w zyciu, by wiedziec co wazne, by umiec stworzyc rodzine. Jesli
      badania wykaza, ze nie mozemy miec razem dzieci to z pewnoscia pomyslimy o
      adopcji, ale na ta decyzje mamy jeszcze czas...
      Co do pogrzebu - wiem, ze ta decyzja wydaje sie niezrozumiala, nawet -
      nielogiczna przy calej milosci jaka do niej czujemy. Ale byla zgodna z moja i
      meza intuicja, mialam czas by ta decyzje podjac, duzo czasu. Wiedzialam, ze
      cokolwiek zdecyduje, kazda decyzja bedzie tragiczna, bo musze rozstac sie z
      ukochanym dzieckiem. Ale gdzies w glebi serca czulam, ze nie chce wiedziec
      gdzie bedzie pochowana. Bo bede o niej pamietac cale zycie i cale zycie bedzie
      gdzies tam w moim sercu smuteczek, ze nie dane mi bylo z nia byc. To chyba jest
      zupelnie inaczej, gdy rodzi sie dziecko do zycia - a ono nagle umiera. Inaczej,
      gdy sie walczy o nie przy inkubatorze - a ono jednak odchodzi. Ja wiedzialam,
      ze Malgorzatka do nas nie nalezy - nim sie jeszcze urodzila. Jechalam na
      wywolanie porodu - wiedzac, ze ona tego najpewniej nie przezyje. To ze
      oddychala bylo darem Boga - bym mogla z nia spedzic tych kilka godzin. Bym
      przezyla te swoje 27-godzinne macierzynstwo z nia. Wiec mialam i wciaz mam
      takie wrazenie, ze nie robiac jej pogrzebu pozwalam sobie i jej na rozstanie.
      Pelne i nieodwolalne. Nie umiem wam tego wytlumaczyc, ale tak to czuje.
      By ja oplakiwac nie musze miec konkretnego miejsca na ziemi. Poniewaz nie wiem
      gdzie jest - jest wszedzie. Jest w platku sniegu i w kwiatku margerytki. Jest w
      spiewie ptaka i szumie wiatru. I wszystko co mi ja przypomina - caly swiat -
      jest dla mnie nia i jej grobem. Jesli czegos zaluje - to tylko tego ze nie
      zrobilam jej zdjecia... Ironia losu - oboje jestesmy fotografami, zrobilam
      zdjecia tysiacom dzieci na swiecie i nie zrobilam portretu swojej coreczce.
      Troche dlatego, ze wiem iz czasem to czego nie sfotografujemy, zostaje w naszej
      pamieci na zawsze. A troche dlatego, ze pomyslalam, iz wiedziac ze nie mam jej
      zdjecia, zapamietam ja lepiej. Lecz czasem zaluje, ze jednak nie mam jej
      zdjecia - chocby po to by byl po niej ten jeszcze jeden slad...
      Anka
      • agablues Re: dziekuje wam wszystkim... 04.03.04, 09:32
        Aniu, co do zdjecia - chyba mieliscie zbyt mało czasu. Ja tez na poczatku nie
        chciałam zadnych zdjec - bałam sie, ze jesli zostana tylko zdjecia - bedzie mi
        duzo ciezej. Kazde spojrzenie bedzie bardzo bolało. po pewnym czasie dopiero
        zapragnełam ja fotografować

        malutka dzielnie sie trzyma i teraz staramy sie zyc normalnie, robimy zdjecia
        tak jak robilismy jej starszej sistrze
        • joannajarek Re: Zdjecia. 03.05.04, 19:46
          Mam kilka zdjec mojej Zuzanki ktore robilismy bedac jeszcze w szpitalu kiedy
          nic sie jeszcze zlego nie dzialo.
          W szpitalu w Krakowie gdzie ja przetransportowali i lezala na intensywnej
          terapii nie zrobilismy zadnego, nawet tuz przed operacja, choc wygladal tak
          slicznie.
          Teraz kiedy juz jej nie ma musze koniecznie codziennie ogladac te ktore mam .
          Widze je przez lzy ale mam taka potrzebe .Moze to masochizm bo strasznie przy
          tym cierpie ale nie potrafie tego wytlumaczyc.Asia
    • aniao3 i jeszcze jedno... 28.02.04, 21:55
      Jeszcze jedno - bo moze tego nie napisalam wczesniej wyraznie: szpital robi
      pogrzeby takich dzieci. Wiec wiedzialam, ze Malgorzatka zostanie pochowana.
      Gdybym wiedziala ze szpital tego nie zrobi - na pewno bysmy wtedy ja pochowali.
      Anka
    • ewetka Re: stracilam swoja kruszynke... 29.02.04, 23:01
      Czytałam Twój list i płakałam. Jest mi naprawdę bardzo przykro. Całuję Ciebie i
      Twojego aniołka z całego serca, bardzo gorąco.
      Pozdrawiamy
      Ewa i Maciuś (19.11.2003)
    • asia.miniaczek Re: stracilam swoja kruszynke... 18.04.04, 17:43
      Aniu, bardzo Cie prosze o prywatny Twoj adres e-mailowy. Moje dziecko odeszło
      od nas tydzien temu...e-mail asia.miniaczek@gazeta.pl
      • agablues Re: stracilam swoja kruszynke... 18.04.04, 17:50
        Asiu.....
        wszyscy jesteśmy z Wami
      • j0204 Re: stracilam swoja kruszynke... 18.04.04, 19:20
        Asiu, myślami i duchem jesteśmy przy Was.
        Jola.
    • maria1927 Re: stracilam swoja kruszynke... 21.04.04, 15:37
      Aniu bardzo ci współczuję.wiem co możesz czuć.Ja też straciłam dziecko.Synka
      urodziłam w ósmym miesiącu.pojechałam do szpitala bo coś było nie tak.Synka
      pochowałam.miałaś szczęście do personelu ja nie.u mnie to szkoda gadać...na
      pocieszenie powiem ci że nie możesz tracić nadzieji ja po roku urodziłam
      wspaniałego synka w pełni zdrowego choć lekarze mówili co innego jednak cuda się
      zdażają...!!!jeszcze jedno rozmawiaj o tym co się stało z każdym będzie ci lżej
      i nie bój się płakać.mów głośno co czujesz.ja tego nie robiłam i prawie mi
      odbiło.wierz w to że będzie dobrze i nie wolno ci wątpić, bo nie możesz się
      załamać.otaczaj się ludzmi serdecznymi ,pozdrawiam i trzymam kciuki jak ci się
      uda daj znać bo ja w to mocno wierzę pa
    • joannajarek Re: stracilam swoja kruszynke... 30.04.04, 20:50
      Aniu.Tak jak wszyscy do Ciebie piszacy bardzo Ci wspolczuje. Chyba wiem co
      czujesz bo sama miesiac temu stracilam moja Zazulke. Miala 2 tygodnie.
      Przezylas naprawde straszne chwile i napewno bardzo duzo czasu minie kiedy
      bedziesz mogla w miare normalnie funkcjonowac ale z calego serca Ci zycze zeby
      nastapilo to jak najszybciej.
      Jestem z Toba . Asia
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka