basiamarc
16.04.10, 12:15
W 2008 r. w grudniu tuż przed świętami straciliśmy nasze maleństwo w 8 tc.
Długo czekaliśmy na kolejną ciążę - długo dla nas, bo dla kogoś rok, to może
nie tak długo. Zaszłam w ciążę prawie, że dokładnie w tym samym czasie co
poprzednio. Daty ostatnich miesiączek różniły się o 2 dni.
Moje, a raczej powinnam napisać nasze, bo mój mąż od początku je uwielbiał,
bliźniaczki rozwijały się podręcznikowo. Na badaniach USG oglądaliśmy na
zmianę jak się przytulają lub biją. Wszystko było dobrze do 23 tc. Potem nagle
zaczął mi twardnieć brzuch, ale przecież to normalne - tak pisze w książkach.
Pojechaliśmy jednak do szpitala. Oczywiście już w nim zostałam, bo te
twardnienia to mogą być niebezpieczne skurcze! Przez 3 tygodnie nie miałam ani
jednego usg, na którym sprawdzono by coś więcej niż bicie serduszek (a i to na
moją wyraźną prośbę). Założono mi szew, bo szyjka zaczęła się skracać. Miałam
świadomość, że chociaż jest dopiero początek kwietnia i że chociaż leżę non
stop już od grudnia, to do lipca muszę jeszcze wytrzymać. Ale czego się nie
robi dla tych ukochanych istotek??? Dni szybko mijały, bo każda godzina
przybliżała do tej z 12 lipca, kiedy dziewczynki miały się urodzić. Nawet mąż
specjalnie w telefonie ustawił mi taki odmierzacz czasu. Rany, jak się
cieszyliśmy, kiedy było już poniżej 2000 godzin. Wody odeszły mi nagle tydzień
temu w piątek 10.04. Natychmiast badanie, bije tylko jedno serduszko, chociaż
1,5 dnia wcześniej biły 2. Od razu zostałam przewieziona do kliniki, tam
wreszcie porządne badanie usg ze sprawdzeniem wielkości dziewczynek. Dalej
były prawie równiutkie. Słuchały, kiedy im powtarzałam, że mają jeść równo, bo
od początku ciąży straszono nas syndromem podjadania u bliźniaków (ciąża
jednojajowa, jednokosmówkowa). One były równe, ale wody płodowe: u jednej pół
litra, u drugiej wiadro. To dlatego ciężko mi się chodziło i źle leżało na
boku i dlatego brzuch był twardy i nie miękł pomimo hektolitrów magnezu,
fenoterolu, relanium i Bóg wie czego jeszcze. Ta dziewczynka, która miała
"wiadro" wody nie żyła, była obrzęknięta, musiała się nacierpieć zanim zmarła.
Druga żywa, ale z wyrokiem, bo niestety to jej worek owodniowy pękł ("wiadro"
naciskało) i wód mało, a z każdą chwilą coraz mniej. W nocy z soboty na
niedzielę przyśniło mi się, że odeszła reszta wód. Wybudziłam cały personel,
który stwierdził, że jestem sucha i to był tylko zły sen. Wszyscy wrócili
spać. Po pół godzinie zaczęły się skurcze, których nie byłam w stanie
powstrzymać. O 4 zadzwoniłam do męża, był błyskawicznie. Zdjęto mi szew,
krzyczałam bardzo, bo dopiero co był zakładany i wszystko tak bardzo bolało.
Do samej 6 rano próbowano powstrzymać skurcze podając mi kroplówki z
fenoterolem, zastrzyki z no-spą i całym tym kitem, który ostatecznie nie
zadziałał. Bo tuż przed 8 rano urodziłam, najpierw tą żywą córeczkę, która
zaraz zmarła, a po krótkiej chwili dosłownie chlusnęłam drugim ciałkiem. Sam
poród - do przeżycia, tyle, że lekarz powiedział o dwa zdania za dużo: jedno,
że łatwo się robiło, to teraz trzeba pocierpieć, a drugie, że skoro nie umiem
przeć to jestem niedojrzała do macierzyństwa. Oczywiście były i przekleństwa i
nerwy i moje i personelu. Wiem, że dla nich też to było trudne, ale ja byłam
od początku ciąży szykowana na cięcie cesarskie, a nie poród naturalny, o
którym naprawdę nie miałam żadnego pojęcia. Kiedy potem przez cały dzień
spałam, wieczorem poprosiłam o tabletki na sen, bo czułam, że nie prześpię
nocy. Pielęgniarka z pretensją w głosie zapytała: to po co pani cały dzień
spała? Tabletkę jednak dostałam. Mąż we wszystkim mnie wspierał, tak, że
myślę, że to on się więcej nacierpiał przy tym wszystkim niż ja. To on
załatwił wszystkie formalności. Wczoraj pochowaliśmy małe. Zakład pogrzebowy
napisał na wstążce z kwiatami: "Naszym ukochanym córeczkom - rodzice". Anetka
i Natalka - tyle nadziei, tyle żartów i śmiechów, jak to będzie z nimi
wspaniale, do lipca przecież już tak niedługo!!! A teraz jestem sama z mężem.
Staram się trzymać dzielnie dla niego, ale nie potrafię. Najchętniej
zasnęłabym i nigdy się nie obudziła. W ciągu 16 miesięcy straciliśmy 3 dzieci.
Trudno znaleźć w tym sens.