agafa30
01.09.04, 17:25
o naszej trójce,choć naszej Igusi nie ma z nami...żeby ktoś jeszcze ją poznał:
Moja druga połowa - Krzyś,powiedział mi,że tak bardzo mnie kocha, że chciałby
mieć takiego drugiego "lewka"(bo jestem z pod znaku lwa) jak ja.Nasz "mały
lewek"począł się dokładnie w dniu naszej rocznicy związku tj.21.09.2003r.(wg
obliczeń lekarza). W 8 i 11 tc znalazłam się w szpitalu z powodu krwawienia -
dwa razy przeżyliśmy koszmar myśląc,że straciliśmy naszego lewka.Od 4
miesiąca wróciłam do pracy i wszystko już było cudownie.Kupiłam piękne baśnie
i Krzyś wieczorami czytał je do brzuszka,opowiadał,co będziemy robić jak
będziemy razem itd. Wszystkie wizyty kontrolne, badania, usg przybliżały nas
do szczęśliwego rozwiązania.W dniu terminu porodu, nie było jej jeszcze z
nami. Mówiłam do niej, że czekamy na nią,że chcemy ją przytulić, zobaczyć, że
już wszystko w domku jest przygotowane dla niej,że wszyscy na nią czekają -
babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie...gdybym wiedziała,że przecięcie
pępowiny zakończy się jej śmiercią, trzymałabym ją w moim brzuszku jak
najdłużej!Zaczęło się wieczorem - w dniu ojca.Tatuś dzielnie pomagał w jej
przyjściu na świat.On pierwszy zobaczył jej czarną główkę i ją całą. W
czwartek 24czerwca 2004r. o 10 rano urodziła się śliczna Igusia.wiem,że dla
każdej matki jej dziecko jest najpiękniejsze-ale ona naprawdę była śliczna i
najładniejsza :-)
Krzyś przeciął pępowinę,w 1 min.-9 pkt,w 3 min. -7pkt,Później jakieś
urządzenie wspomagające oddychanie,później respirator,w nocy inny
szpital,który miał zbadać jej serduszko.W piątek,dzień po porodzie wyszłam ze
szpitala,żeby być z malutką.W nocy z pt na sobotę zabrali ją do Poznania na
Polną.Nadal nie było diagnozy.W niedzielę pojechaliśmy do niej, byliśmy z nią
cały dzień,trzymaliśy za rączkę.ona trzymała w jednej rączce mój palec,w
drugiej tatusia- tak mocno!całowałam ją gdzie tylko mogłąm,tam gdzie nie było
igieł, po brzuszku, główce, w rączki.I mówiłam..opowiadałam jej o wszystkim
co było,że bardzo ją kochamy i jak będzie,kiedy przyjedzie do domku.
myślałam,że będzie dobrze...miałam tyle nadziei i wiary...czekaliśmy..W
poniedziałek wieczorem telefon,że zabrali ją do Kliniki Kardichirurgii z
podejrzeniem wady serca.Rano we wtorek pojechaliśmy do szpitala.Nadal nie
było pełnej diagnozy.Konieczne było cewnikowanie,ale stan Igusi był tak
ciężki,że ostrzegli nas,że tego badania może nie przeżyć. Przeżyła.Okazało
się,że ma dwie wady serca.W tym samym dniu operacja...to
czekanie...przyjechali moi rodzice i teściowie.Czekaliśmy razem..przeżyła.. W
środę rano ..przeżyła 1 dobę....pojechaliśmy ją zarejestrować,drugię imię
dostała po mnie-mamusi Agnieszka tak na szczęście-żeby wszystko zakończyło
się tak jak zawsze w moim życiu czyli dobrze.tego samego dnia 30 czerwca
kolejny już telefon do szpitala z pytaniem o jej stan-lekarz nie mógł
rozmawiać - teraz już wiem,że w tym czasie reanimował naszą córeczkę.Kolejny
telefon...Krzyś wchodzi do pokoju, na moje kilka "i co??" z krzykiem oznajmia
mi,że ona umarła!!... tych uczuć nie da się opisać...pojechaliśmy do niej, z
moją mamą i teściem.Ubrałyśmy ją..Wzięłam ją na ręce..pierwszy raz..trzymałam
tak długo..jak mogli nam zabrać naszą ukochaną córeczkę....przecież wszystko
miało być takie cudowne....