Dodaj do ulubionych

Likwidacja studiów doktoranckich

03.08.08, 13:37
Pierwotnie wątek miał nosić tytuł "Przywrócenie etatów asystenckich".
Czy uważacie, że powrót do łask asystentury mógłby choć trochę
uzdrowić polską naukę? Ja śmiem wątpić, i tak wszystko zabiłby
prozaiczny brak kasy. Być może jednak byłoby to mniejsze zło.

W tej chwili sytuacja wygląda tak, że doktorant* od drugiego roku
wzwyż** wpada na uczelnię niczym do narzeczonej, najpierw
poprowadzić jakieś zajęcia ze studentami dziennymi, potem z
wieczorowymi (w końcu jakąś kasę trzeba wyciągnąć z uczelni, a za
dzienne albo wcale nie płacą, albo sypną co łaska jakimiś marnymi
grosikami), a w międzyczasie obskakuje inne chałtury, zazwyczaj o
niebo lepiej płatne niż te na uczelni. Oczywiście po odbębnieniu
tych wszystkich fuch można by wykrzesać w sobie resztki energii do
pracy stricte naukowej, ale niektórzy mają jeszcze życie prywatne
oraz (pozanaukowe) hobby.
Tak więc odwiedza młody człowiek uczelnię jeszcze parę lat po jej
ukończeniu, by i tak w końcu ulec pokusie i wyjechać za granicę lub
rozkręcić coś na własną rękę w kraju (rzadziej: zostać w kraju i
pójść do pracy na etacie***). Jeżeli człowiek ma głowę na karku, to
zawczasu, jeszcze jako doktorant (albo nawet student), kładzie
podwaliny pod własny biznes in spe, udzielając się na wielu
płaszczyznach, nie tylko w hermetycznym środowisku akademickim.
Potem, położywszy w końcu kres zabawie w studia doktoranckie, robi
dalej to samo, tylko już jako firma, z większą intensywnością, bo
nie zawraca sobie głowy uczelnią. A te kilka latek spędzonych na
Alma Mater po studiach traktuje w kategoriach przygody. Dochody z
pracy na uczelni z pewnością nie były zbyt wysokie, ale miało się
zapewnione ubezpieczenie oraz status społeczny i - co istotne -
parając się rozmaitymi chałturami nie ponosiło się kosztów
związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, a to zawsze
jakaś rekompensata.

Statystyki dotyczące studiów doktoranckich uwieńczonych doktoratem
mówią same za siebie. Może jednak udałoby się ukrócić patologię
likwidując "studia" doktoranckie (będące studiami jedynie z nazwy) i
zastępując je etatami asystenckimi. Wtedy status młodego naukowca
byłby jasny, jasne byłoby, że jest pracownikiem, a nie studentem,
więc powinien zachowywać się, jak przystało na pracownika, a nie
wiecznego studenta, któremu nieśpieszno do dorosłego życia.


*Pomijając nielicznych napaleńców, którymi kieruje poczucie
dziejowej misji, choć ci też często się wypalają, jak nie po roku,
to po czterech.
**Na pierwszym roku często nie ma się jeszcze przydzielonych zajęć
dydaktycznych i uczelnię odwiedza z częstotliwością godną kurtyzany,
a nie narzeczonej. Raz w tygodniu jakieś seminarium, pod warunkiem
że akurat jest po drodze i nie pada ani nie jest zbyt zimno.
***Poza niektórymi branżami zarobki w kraju nadal są dosyć niskie w
ujęciu globalnym - choć idzie ku lepszemu - i czasem bardziej opłaca
się być niezobowiązująco zahaczonym na uczelni i chałturzyć poza nią.
A jak człowieka w końcu wyleją (co o dziwo wcale nie ma miejsca tak
często), to zarejestruje własną działalność i wyjdzie na tym jeszcze
lepiej.
Obserwuj wątek
    • niewyspany77 Re: Likwidacja studiów doktoranckich 03.08.08, 19:47
      Chetnie zobacze te statystyki, z czystej ciekawosci.
      Co do asystentury sie nie wypowiadam - nie znam tego zwierza. Jednak wydaje mi
      sie, ze upraszczasz. Uproszczenie ktore sotsujesz to sprowadzenie pzelozenia
      doktorant per etat badz jeszcze bardziej jaskrawo doktorant per kasa. Widzisz,
      mam kilka uwag. 1 - nie bierzesz pod uwage, ze pisanie dr moze byc realizowaniem
      hobby. 2 - pojawianie sie na uczelni jest zbedne, bo infa sie dostaje mailem i
      telefonem, zas jesli uwazasz ze w typowej polskiej czytelni/biblio znajdziesz
      literature pasujaca do kazdego doktoratu swiata to sie mylisz. 3 - niektore
      chaltury sa beznadziejne i wg mnie demonizujesz. 4. zalozenie wlasnej
      dzialalnosci zwiazanej chocby "pi * oko" z doktoratem jest czesto bardzo trudne,
      a rozkrecanie "jakiegos tam" biznesu to jest ta sama klasa co sprzedawanie
      marchewki, nie kazdy chce, nie kazdy umie ani nie kazdy ma taka wizje zycia.
      • dalatata Re: Likwidacja studiów doktoranckich 03.08.08, 20:15
        no to niech ci hobbysci pisza se doktorty do woli. ja mysle ze instytucja
        asystenta jest wazna dla ogolnej 'atmosfery' czy kultury na uczelni. asystent to
        ktos kto jest mlodym naukowcem, na etacie i zaczyna swa kariere naukowa i to
        dobrze dla asystenta.a przy sensownym szefie moze sie taki asystent i nauczyc
        waznych rzeczy i zaczac planowac kariere. studia dokotranckie, te ktore znam, sa
        przeladowane roznymi pierdolami, ktore odciagjaa doktoranta od doktoratu. dazace
        zreszta do modelu amerykanskiego, z ktorym zreszta nie zgadzam sie w calej
        rozciaglosci. dokotrat to nie sa nastepne studia, to osiaganie dojrzalosci.
        wlasnie dlatego, instytucja asystenta jest wazna.

        co nie znaczy ze uzdrwoi nauke. to jest inna sprawa.

        i na koniec jestem bardzo przecwiny asystentom ktorzy maja dodatkowe etaty,
        dzialalnosci itd. wiem ze sie musza utrzymac i to trzeba negocjowac, ale
        absolutnym priorytetem ma byc pisanie dokotratu, a nie rozdrabnianie sie.
    • krysiulka Re: Likwidacja studiów doktoranckich 03.08.08, 21:30
      > W tej chwili sytuacja wygląda tak, że doktorant* od drugiego roku
      > wzwyż** wpada na uczelnię niczym do narzeczonej,

      Nie masz pełnej wiedzy na temat przebiegu studiów dr. Ja (jak już wspominałam tu
      wielokrotnie) miałam umowę, w którym był zapis, że 30 godzin tygodniowo spędzam
      na uczelni. To oczywiście była fikcja, bo te 30 godzin mijało mi jakoś w
      czwartkowe przedpołudnie, a przecież było jeszcze mnóstwo pracy, ale szef i tak
      fatygował się, by mnie sprawdzać...tak więc są wydziały, na których doktoranci
      pracują dużo i ciężko i nie mają czasu na dorabianie na boku.

      Mój recenzent pracy dr. powiedział mi kiedyś, że obliczał roczny dorobek w skali
      wydziału i wyszło mu, że 80% wypracowują doktoranci - to chyba nie miałoby
      miejsca, gdybyśmy mieli możliwość udzielania się zawodowego gdziekolwiek
      indziej. A było to już w czasach ImpactF.-szaleństwa.
      • krysiulka Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 09:50
        > "Większość osób robi doktorat, bo nie ma innego pomysłu na życia lub nie może go
        > zrealizować, bo trudno im podbić rynek pracy. Kto tu komu robi łaskę?"

        Na tym forum pojawiły się osoby, które zaklinają rzeczywistość wyłącznie po to,
        by uleczyć własne kompleksy, względnie coś tam sobie udowodnić.
        Mniejsza o nich, przecież cytowana przeze mnie wyżej teza jest po prostu
        śmieszna i każdy myślący człowiek natychmiast wyrobi sobie pogląd na temat osób
        wypowiadających takie opinie.

        Niestety, zaklinanie rzeczywistości na forum internetowym nie daje kompletnie
        nic - światowe i polskie laboratoria badawcze są pełne ludzi realizujących swoje
        zainteresowania, pasje i osiągających mniejsze lub większe sukcesy. A to kłuje w
        oczy.
        Trudno więc podejmować jakąkolwiek dyskusję z osobami, które po prostu nie
        wiedzą o czym mówią, nieprawdaż?
    • brthz Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 10:14
      Jako asystent mogę powiedzieć, że osobiście nie jestem zadowolony z faktu istnienia studiów doktoranckich. Nie chodzi już tylko o to, że myli się mnie z doktorantami i kiedy mówię o pisaniu doktoratu i asystenturze, ludzie pytają mnie- ale co ty będziesz robił po doktoracie. Często jestem nawet traktowany gorzej niż doktoranci- oni mają konkretny status, wiadomo, uczą się i piszą doktoraty, a ja, jako asystent bez (jeszcze) otwartego przewodu, nie mogę powiedzieć o sobie "doktorant".

      Ale likwidacja studiów doktoranckich niewiele pomoże. Nie wierzę w podwyższenie pensji asystenckich do poziomu, który skłoniłby mnie do rezygnacji z dorabiania poza uczelnią. 1300zł na miesiąc netto to jakiś żart. A nie ukrywam, że gdybym miał pensję w okolicach 2000zł, to doktorat dawno byłby napisany i mógłbym całą energię poświęcić na pracę naukową.

      Asystenci- wymierająca rasa- mają tę przewagę nad doktorantami, że jak napiszą doktoraty, to będą pracować dalej na uczelni (jak długo? może tylko pięć lat, bo tyle nawet daje się czasu na napisanie habilitacji). W każdym razie doktoranci zmieniają klimat uczelni. Na szczęście w moim instytucie spora część doktorantów to osoby aktywne naukowo, uczestniczę z nimi w seminarium doktorskim i na pewno nie wpadają na uczelnię od czasu do czasu, traktując tego jak przygody. Raczej ścigają się, bo kilka osób po doktoracie zostanie pewnie adiunktami.
      • malgunia Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 10:33
        W moim instytucie sa sami asystenci - nie ma studiow dranackich. To
        nie zawsze dobrze, na zadna konf z wspisowym
        dla "PhD students" nie mozna sie zalapac, bo formalnie nie jest sie
        studentem. Przewod otwiera sie tuz przez obrona. Niektorzy
        promotorzy, uwazaja, ze obrona wczesniej niz w 8 roku jest
        niemozliwa, bo swoje trzeba "odsiedziec"...

        Co zauwazylam, asystentura rozleniwia. Jasne, jest wiecej zajec i
        obowiazkow, ale 8 lat na drat to przesada! Niektroym zajmuje to
        wiecej czasu....
        Wybaczcie, ale jesli asystent robi drat przez 12 lat, to ile czasu
        mu potrzeba na hab?
        A takiej osoby nigdy naukowca nie bedzie....
        • dalatata Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 10:52
          zupelnie nie widze problemu z konferencjami. moja dokotrantka w Polsce jest
          asystentka i zawsze placi wpisowe jako PhD student, co zreszta sam jej doradzam,
          a w razie czego chetnie potwierdzam jako promotor.

          co do rozleniwiania, to zalezy glownie od promotora. ja naleze do promotorow
          ktorzy cisna, wiec owa dokotrantka bedzie sie bronic w trzy lata od rozpoczecia
          prac nad dokotrateem.

          a 8 lat na dokotrat to jest dobry zart, a nie doktorat.
          • malgunia Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 11:12
            > asystentka i zawsze placi wpisowe jako PhD student, co zreszta sam
            jej doradzam
            > ,
            > a w razie czego chetnie potwierdzam jako promotor.

            Wladze mojego wydzialu odmowily takiego potwioerdzenia, co uwazam za
            smieszna.

            Z nauk humanistycznych - drat w 3 lata jest jak najbardizej mozliwy.
            Z technicznych, mniej realny, no chyba ze ktos ma szczescei i trafia
            na projekt w trakcie realizacji, w ktorym sa przewidziane pieniadze
            na badania.

            W moim przekonaniu - 50% zalezy od promotora, a 50% od dranta jak
            szybko powstanie drat.


            > a 8 lat na dokotrat to jest dobry zart, a nie doktorat.
            Z tym sie calkowicie zgadzam!

            nad dratem.
      • dalatata Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 10:49
        oczywiscie ze mozesz powiedziec dokotrant. bo piszesz dokotrat, co wiecej masz
        etat i nie musisz pisac zaliczen na studiach doktoranckich. wszystko ma swoje
        dobre i zle strony.

        zawsze wolalbym byc asystenetem niz na studiach doktoranckich. wiec jednak nie
        zadumam sie nad twoim losem.
        • niewyspany77 Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 11:06
          asystentura nie jest postrzegana przez pryzmat zaliczen etc lecz jako bezpieczna
          posada w sensie zaczepienia sie na uczelni, pewnosci finansowej, zdolnosci
          kredytowej etc. w sensie stricte asystentura nie rozni sie niczym od wolnej
          stopy, ino sie czlek zajmuje bardziej uczelnianymi sprawami niz innymi. no i ma
          ten plus ze ma na to wiecej czasu niz praca powiedzmy 8x5.
          • dalatata Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 16:53
            staralem sie to poweidziec wlasnie. asystentura ma zalety i dlatego nie zadumam
            sie nad losem.

            natomiast to ze scisle mowiac jest to doktorat z wolnej stopy nie ma znaczenia.
            skoro juz uczelnia zatrudnia delikwenta to powinno jej zalezec na tym, zeby
            zrobil jak najszybciej doktorat. choc znam przypadki, za duzo, kiedy tak nie
            jest. i falszywa solidarnosc z asystentem powoduje niekonczace sie przedluzenia
            terminu.

            jeden taki przypadek doprowadza juz do lez studentow, ktorzy dzielnie kibicuja
            jednej z pan asystent w niekonczacych sie humorach zwiazanych z aktualnym stanem
            aktualnego podania do dziekana. a jako ze sprawy sa na psychologii, to zabawa
            tym przedniejsza. asystentke rzecz jasna nalezy wypieprzyc na zbity pysk, a nie
            czekac az wymodzi to cos co nazwiemy dokotratem, po pewnie ponad 10 latach
            'badan' i tysiacach zlotych w przerpznych zapomogach, stypendiach, motywacjach,
            ktore ida z kieszeni podatnika. o jakosci samej uczonej i jej pensji nie wspomne
            juz...
            • adept_ltd Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 16:57
              wracając do wątku - po namyśle - może nie byłbym za likwidacją studiów
              doktoranckich (choćby ze względu na tych, którzy chcą robić doktorat, a nie chcą
              pracować na uczelni), ale jednak górą - dla rozwoju nauki - asystentura, po
              prosto łatwiej sprawdzić, czy ktoś się nadaje, łatwiej wpisać go w potrzeby
              firmy i ewentualnie dopilnować. Chętnie poznałbym dane, jaki procent uczestników
              studiów dranckich kończy doktoratem.
              • dalatata Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 17:00
                ano wlasnie. mnie sie wydaje ze likwidacja asystentur to jest blad, z pwoodow
                wymienionych przez ciebe. to jest wlasnie sposob na to, zeby wprowadzic adepta
                (hehe) w nauke. byle wlasnie nie konczylo sie to tak jak w wypadku opisanym
                przeze mnie wyzej.
                  • dalatata Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 18:02
                    ano wlasnie. a ja mysle ze dla normalnego zycia jednostki potrzeba nowej krwi. i
                    to nie po to zeby bylo sie kim wyslugiwac. ale po to, zeby ci nowi pokazywali
                    nam nowe problemy, nowe mozliwosci.

                    niestety, jak sobie patze na jeden z instytutow ktory znam od podszewki, to jest
                    dokladnie odwrotnie. mlodzi sa po to by sie stali klonami starych. i to jest juz
                    zupelna katastrofa
                    • adept_ltd Re: Likwidacja studiów doktoranckich 04.08.08, 18:05
                      to jest katastrofa, ale o pokutujący model relacji mistrz - uczeń, drugi słucha
                      pierwszego i powtarza (nie za cicho, by mistrz dosłyszał i nie za głośno, by nie
                      było, że głuchy...). Zero dialogu i brak ciekawości, a co ten drugi mi może
                      powiedzieć, a może... Oczywiście, przejaskrawiam, ale czekam na dowody, że jest
                      inaczej :-)
    • eksdoktorant Re: Likwidacja studiów doktoranckich 06.08.08, 11:59
      > Dalatata: "Doktorat to nie są następne studia..."
      Czyli co, postulujesz likwidację "studiów trzeciego stopnia"? Chodzi
      przede wszystkim o tę mylącą nazwę. Jeśli tak, to ja się pod tym
      podpiszę oburącz i obunóż. Doktorant to nie jest student! Robiąc
      doktorat zazwyczaj jest się już za starym na studenta, ma się ponad
      26 lat i trzeba normalnie płacić ZUS itp., chyba że mówimy o tzw.
      wiecznych studentach, ale to chyba nie z myślą o nich stworzone
      zostały "studia" doktoranckie.
      A na pani asystent psów bym nie wieszał, może być to bardzo
      wartościowy człowiek, może zajmowała się przez ostatnie lata np.
      macierzyństwem, zamiast popełniać kolejne (auto)plagiaty, może ma
      udane życie osobiste i je przedkłada nad uprawianie "wielkiej
      nauki". Nie oceniajmy ludzi jedynie przed pryzmat gniotów, które
      płodzą.

      > Krysiulka
      Mam nadzieję, że Cię sowicie wynagrodzili za te setki godzin
      spędzone w uczelnianych laboratoriach. Żeby uwiązać mnie na cały
      dzień, musiano by mi na bieżąco płacić tyle i na takich zasadach,
      żebym nie myślał cały czas o dorabianiu ani o konieczności
      ustabilizowania się gdzieś poza uczelnią.

      > Brthz: "Konkretny status"???
      To chyba jakiś żart. Ni to student (pies), ni to pełnoprawny
      pracownik (wydra), takie nie wiadomo co. Chyba nikt o zdrowych
      zmysłach nie zazdrości nikomu rozmytego statusu "uczestnika
      >>studiów<< doktoranckich".
      I czy 700 zł w tę czy we w tę naprawdę robi Ci taką różnicę?

      > Niewyspany77
      I o to mi właśnie chodziło, o to bezpieczeństwo, zdolność kredytową,
      itd. Chociaż tu sprawa też jest dyskusyjna, gdyż oprócz stałego
      zatrudnienia trzeba się wykazywać odpowiednio wysokimi dochodami.
      Śmiem wątpić, czy asystentowi zarabiającemu ok. 2000 zł banki (i
      inni lichwiarze) udzielą kredytu na dowolną nieruchomość i dowolny
      pojazd.

      A statystyki dotyczące studiów doktoranckich zakończonych pomyślnie
      doktoratem ktoś kiedyś przytoczył, był na forum link do artykułu, w
      którym utyskiwano na znikomy odstetek doktoryzujących się.
    • ahima przeszłam jedno i przechodzę drugie 07.08.08, 09:29
      Zaczynałam od asystentury. WYrabiałam pensum 210godz/sem. + dużą
      liczbę nadgodzin więc siedziałam na uczelni po 8 godzin przez 3 dni.
      Pozostałe 2 dni wolne przygotowywałam się do zajęć, bo początki
      pracy zobowiązują do wzmożonej aktywności przygotowawczej,
      sprawdzałam kolokwia, przygotowywałam się do konferencji (u mnie
      wychodziło ok 2konf. na semestr) i robiłam wszystkie prace, które
      zrzuca się na młodych asystentów, czyli pisanie pism instytutowych i
      bieganie z nimi po wszystkich możłiwych komórkach uczelni, pisałam
      wnioski o projekty i nawet w dwóch wzięłam udział i robiłam rózne
      prace dorywcze zlecone mi przez szefa. Dostawałam za to ok. 1300zł
      na rękę, a dodam, że mam już rodzinę i chciałam mieć dla nich chwilę
      i jakieś pieniądze na przyjemności (na życie zarabia mąż ;) )
      Dorabiałam więc dorywczo wieczorami jako trener w prywatnej firmie.
      Po trzech latach takiej pracy, miałam jedynie przygotowaną koncepcję
      pracy i literaturę do pierwszego rozdziału. Niewiele - a czułam się
      zmęczona okrutnie.
      Teraz jestem na studiach doktoranckich. Wyrabiam sobie moje 60godz.
      zajęć dydaktycznych na rok + jedna grupa dodatkowa. Jeżdżę na konf.
      z przyjemnością, oczywiście dorabiam, bo pieniądze ze stypendium są
      mniejsze, ale za to pod koniec 2go roku mam ponad połowę pracy
      napisanej i zebraną (też przeczytaną) literaturę prawie na całość
      doktoratu. Mam czas na pracę naukową i rodzinę. Jak dobrze pójdzie
      to spokojnie przed czasem skończę. Oj ja jestem za istnieniem
      studiów doktoranckich!
      Pozdrawiam
        • r-kwadrat Re: przeszłam jedno i przechodzę drugie 23.08.08, 10:49
          Witam

          Z asystenturą jest problem. Ja osobiście starałem sie dostać na
          asystenture kilka raze po studiach. Niestety zawsze wygrywał konkurs
          ktos z uczelni np. jak był konkurs na UJ to ktoś kto kończył inną
          uczelnie nie miał szans - NORMALKA. Potem (2-3)lata po studiach i
          pracy w szkole średniej znów starałem się o stanowisko asystenta
          motywując to tym że chce uzyskać tytuł dr i rozwijać sie naukowo. To
          wszędzie generalnie słyszałem, że niestety bez doktoratu to nawet na
          asystenta nie moge się starać. Problem chyba polega na tym ze
          uczelnie wolą przyjąć doktora po studiach doktoranckich (nawet
          zaocznych) na stanowisko asystenta bo mają w kadrze doktora ale za
          mniejszą kase niż adiunkt. Ja to rozwiązałm tak, pracuje w szkole na
          pełnym etacie i w dwóch innych szkołach policealnych na godziny
          (muszę jakoś utrzymać rodzinkę) i jestem na studiach doktoranckich
          (zaocznych) które ze studiami nie mają zbyt dużo wspólnego ale dają
          mi możliwość formalnego bycia doktorantem co ułatwia dostęp do
          konferencji lu czasem nawet zwolnienie z pracy na etacie w celu
          wyjazdu.
          Podsumowując, jesli polityka uczelni dotycząca zatrudniania
          asystentów i pensja asystencka się nie zmieni to już w najbliższej
          przyszłości na uczelniach będziemy mieli do czynienia z "odziałem
          geriatrycznym".

          Pozdrawiam
      • dalatata Re: przeszłam jedno i przechodzę drugie 07.08.08, 10:04
        no rzeczywiste, asystentura to pieklo, szczeoglnie ze maz zarabiac nie mogl w
        jej czasie, a bez nadogodzin sie nie dalo, a jeszcze dorabiac. bo zeby siedziec
        8 godzin (10 lekcyjnych) przez 3 dni w tygodniu, to tych nadogidzin, na oko.
        musialo byc drugie pensum.

        przejscie na studia doktoranckie zmienilo wszystko: nie trzeba dorabiac, pensja
        meza starcza i nie ma kata z nadogodzinami.

        ja poprosze o nieobrazanie mojej intelignecji, a te hiobowe wiesci z Mordoru
        asystentury potraktuje z kilogramowa szczypta soli.
        • ahima Re: przeszłam jedno i przechodzę drugie 11.08.08, 11:08
          a więc tak - miałam drugie pensum i niezłą wypłatę za to w sierpniu.
          pracowałam tyle, ile napisałam.
          A co do pracy dodatkowej - tak jak napisałam (czytanie ze
          zrozumeiniem zazwyczaj w życiu pomaga!!!) zarówno wtedy, jak i teraz
          taką prowadzę, natomiast teraz mam na to trochę więcej czasu. No i
          doktorat, który powinien być nadrzędnym celem teraz powstaje.
          A "szczyptę soli" radzę zastosować do własnych komentarzy :) i chyba
          nie pierwsza o tym piszę...
          • dalatata Re: przeszłam jedno i przechodzę drugie 11.08.08, 13:55
            skoro bierze Pani drugie pensum w godzinach nadliczbowych, no to trudno narzekac
            na brak czasu. ale przeciez to Pani wybor, ale ponarzekac zawsze warto nie?).

            niespecjalnie wiem, gdzie to nie umiem czytac ze zrozumieniem, ale z pewnoscia
            tak jest, gratuluje jednak, laskawej Pani, jako dokotrantce, udaje sie znalezc
            odrobine czasu na pisanie doktoratu. wlasciwie moglbym powiedziec: brawo,
            dokotrantka jednak znajduje pisanie doktoratu. per aspera ad astra, po prostu.
            • ahima Re: przeszłam jedno i przechodzę drugie 12.08.08, 09:07
              <rotfl>
              łaskawie dziękuję za gratulacje. a i owszem, znajduję odrobinę czasu
              na pisanie doktoratu i całkiem nieźle mi idzie i dlatego chwalę
              sobie studia, o czym wspomniałam wcześniej.
              a jeśli chodzi o wybory, to jako młoda asystentka na UJocie, nie
              byłam pytana o zdanie. Dostawałam plan do ręki - ale przyczepiać się
              do ludzi nie znając konkretnego przypadku zawsze warto, prawda?
              Polecam się dalszej łaskawej krytyce gdyż już tylko my zostaliśmy
              aktywni w tym wątku ;)
      • flamengista chcącemu nie dzieje się krzywda 17.08.08, 18:09
        Zgadzam się z dalatą. Jeśli ktoś ma inaczej ustawione priorytety - a pracę
        naukową traktuje jako hobby, to studia doktoranckie są w sam raz dla niego.
        Pytanie tylko, czy powinny być one bezpłatne - a jeśli tak, to ile powinno być
        na nich miejsc i jaka powinna być JAKOŚĆ tych studiów.

        Jednak Pani przypadek nie odzwierciedla istoty problemu. Wręcz przeciwnie. Miała
        Pani etat z którego zrezygnowała na rzecz kariery zawodowej, pozostawiając
        studia doktoranckie jako dodatek.

        A tu chodzi o to, by ludzi chcących robić karierę naukową nie zmuszać do studiów
        doktoranckich, które w większości przypadków są edukacyjną fikcją. Według
        oficjalnych danych - jedynie 10-20% studentów robi doktorat. I to jeszcze - w
        większości wypadków - kiepskiej jakości.

        Moim zdaniem stałość zatrudnienia - nawet przy marnej pensji - daje jednak
        pewien luz i możliwość pracy naukowej na poziomie stanowiącym minimum przyzwoitości.
        • mpit78 Re: chcącemu nie dzieje się krzywda 17.08.08, 22:16
          hmm myślę sobie o znanych mi doktorach "z wolnej stopy" i zdaje mi sie , ze
          przeważający procent to podtatusiali szefowie firm, dla których dr to swego
          rodzaju fetysz a kontakty naukowe ograniczały sie do gęsto zakrapianych
          "polowań" z odziałem promotora/recenzenta.

          Z punktu widzenia promotora doktoranci ciągną naukę na jego katedrze więc musi
          mieć takiego delikwenta "pod ręką" żeby mieć z taniej siły roboczej dodatkowe
          korzyści, ewentualnie doktoraty z wolnej stopy to niestety bardzo często
          korzyści w pośredniej postaci. Oczywiście nie chodzi tu o korzyść naukową dla
          katedry...

          Za to znam wielu wiecznych pracowników technicznych bez których nie było by
          potęgi niejednej katedry, tacy z kolei często przez lata mieli blokowaną drogę
          rozwoju - mimo faktu, iż to oni w pierwszym rzędzie powinni robić dr z wolnej
          stopy właśnie.

          Mówi się na niejednej katedrze "doktoraty i habilitacje ciągną nas do przodu..."
          • dalatata Re: chcącemu nie dzieje się krzywda 18.08.08, 17:19
            jako promotor prac dokotrskich bardzo prosze o wstrzemiezliwosc w tych sadach na
            temat promotorow. znam fatalnych promotorow, wykrozystujacych swoich
            doktorantow, znam doktorantow, ktorych nalezalo tylko wywalic na zbity pysk.
            znam tez swietnych promotorow i swietnych doktorantow. i tyle.
          • mpit78 Re: chcącemu nie dzieje się krzywda 19.08.08, 07:21
            w tej kwestii można być wstrzemięźliwym - swego czasu zastanawiałem się jednak
            nad tym. I po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że wiele zła w naszej nauce
            wynika właśnie z faktu, że o wielu sprawach się głośno nie mówi. A w swoim
            tekście nie pisałem o wszystkich. Bo przecież w większości przypadków mamy do
            czynienia z uczciwym podejściem do sprawy.
        • dalatata Re: chcącemu nie dzieje się krzywda 18.08.08, 17:15
          szczegolnie sie zgadzam z idea ze zmuszanie do studiow dokotrnckich jest malo
          produktywne. po co pisac prace na studiach, robic zaliczenia itd, jesli mozna
          ten czas poswiecic na pisanie artykulow.

          ktos, dla kogo praca naukowa jest priorytetem nie musi i podejrzewam ze nie
          powinien isc na studia dokotranckie tylko pracowac naukowo, zdobywac
          doswiadczenie dydaktyczne i pisac, pisac, pisac. i tyle.

          studia dokotranckie zakladaja to, ze dokotrant nie jest w stanie napisac
          doktoratu sam z promotorem. a to przeciez jest nieprawda.
          • adept_ltd Re: chcącemu nie dzieje się krzywda 18.08.08, 20:33
            hm, dodam, że tendencja panująca nie tylko daje przewagę studiom doktoranckim
            nad zatrudnianiem (z wiadomego powodu finansowego), ale i zamienia studia
            doktoranckie w kolejny szczebel szkoły... gdzie się właśnie zalicza, a nie
            twórczo pracuje...
          • flamengista przede wszystkim studia doktoranckie są w Polsce 19.08.08, 10:36
            na beznadziejnym poziomie.

            Nie kwestionuję idei samych studiów, ale mam zastrzeżenia przede wszystkim do
            jakości.

            Studia doktoranckie - zamiast być elitarne, są masowe. W konsekwencji wykładowcy
            i promotorzy traktują je jak każde inne studia. Tymczasem wykłady na
            doktoranckich powinny być prowadzone przez najlepszych i na odpowiednim
            poziomie. W przeciwnym wypadku student traci czas. Dlatego też na te studia nie
            można przyjmować byle kogo, każdego magistra. Muszą to być ludzie utalentowani i
            mający odpowiedni zasób wiedzy. Nie można ich uczyć podstaw, oni je muszą znać!

            Ponieważ studia doktoranckie są masowe, to niskie są też stypendia. Tym samym
            ciężko o to, by na takie studia przychodzili najlepsi i najbardziej zdolni. Na
            naszej uczelni właśnie ruszają dzienne doktoranckie, a stypendia za wyniki w
            nauce mają być dopiero po 1 roku i nie mają się różnić od tych na studiach
            licencjackich i magisterskich!

            Skoro studia są na marnym poziomie, a warunki finansowe są kiepskie - przychodzą
            na nie albo osoby które nie mają pomysłu na życie, albo pasjonaci. Obie grupy
            wkrótce są sfrustrowane tym, co zastają na uczelni. I bardzo często traktują te
            studia jako wyłącznie dodatek - a więc po macoszemu. W efekcie marnuje się
            całkiem spore pieniądze.

            Zamiast obecnego systemu należy po prostu ograniczyć liczbę studentów na
            doktoranckich, zapewniając równocześnie lepsze finansowanie. Zarówno dla
            studentów, jak i promotorów i wykładowców. Ale za lepsze pieniądze należało by
            żądać więcej. I od jednych i od drugich.

            Oczywiście osobną kwestią jest asystentura. Ma ona wiele zalet, ale są też i
            wady. Przyjmuje się często osoby, które są niewiadomą - a potem okazuje się, że
            delikwent (np. syn dziekana) jest leniem i kombinatorem. Zwolnić go nie sposób,
            jakoś (2 lata po terminie) robi marny doktorat, za habilitację nawet się nie
            zabiera i do emerytury jest starszym wykładowcą, blokując etat i dorabiając na
            kilku uczelniach prywatnych. O tych mankamentach też trzeba pamiętać...
            • dalatata Re: przede wszystkim studia doktoranckie są w Pol 19.08.08, 12:49
              i tu jest pewien problem. bo ja na przyklad nie mam wiekszych problemow z
              profesorem, ktory mowi swojemu magistrantowi: chce zeby byl pan moim asystentem
              i pisal u mnie dokotrat. konkursy moze i wylonia 'obiektwynie' lepszego, ale ja
              uwazam ze promotor ma prawo wybrac sobie dokoranta, rowniez dlatego bo go lubi,
              czy lubi z nim wspolpracowac. z doswiadczenia wiem, ze tak sie rowniez dzieje
              czesto w UK.

              problem w tym, ze to zaklada uczciwosc i profesjonalizm profesora/promotora. a
              zatem wybor zgodnie ze swoja najlepsza wiedza i przekonaniem, a nie dlatego bo
              to syn, corka, kuzyn cioci Mani, dziekana, czy dawnej milosci. ja znam jednostki
              w ktorych te rekomendacje dzialaja calkiem niezle. sam jestem beneficjentem
              takiej rekomendacji i mysle (nieskormnie) ze nikt na zatrudnieniu mnie nie stracil.

              najwiekszy jednak problem polega na tym, ze ci ktorzy mieli ot nieszczescie miec
              promotroa ktory nie moze 'zalatwic' maja przechlapane, bo wybor promotora pracy
              mgr w tym momencie zawazy na moziwosci dalszej kariery. no ale oni maja studia
              dokotranckie. a jak sa wystarczajaco zmotywowani, to zrobia dokotrat.
            • eksdoktorant Re: przede wszystkim studia doktoranckie są w Pol 19.08.08, 13:14
              flamengista napisał:

              > A tu chodzi o to, by ludzi chcących robić karierę naukową nie
              > zmuszać do studiów
              > doktoranckich, które w większości przypadków są edukacyjną fikcją.

              "Edukacyjna fikcja" - trafne określenie.

              > Według
              > oficjalnych danych - jedynie 10-20% studentów robi doktorat. I to
              > jeszcze - w
              > większości wypadków - kiepskiej jakości.

              Bo ludzie - z wiadomych powodów - nie mają zbyt wielkiej motywacji,
              żeby zrobić doktorat, zwłaszcza na wysokim poziomie. Po co się
              wysilać, jeżeli nic ma się z tego nie mieć (no, prawie nic). Sam
              piszesz, że nawet pasjonatów prędzej czy później dopadnie frustracja.

              > Moim zdaniem stałość zatrudnienia - nawet przy marnej pensji -
              > daje jednak
              > pewien luz i możliwość pracy naukowej na poziomie stanowiącym
              > minimum przyzwoitości.

              Owszem, z dwojga złego lepsza jest chyba słabo płatna praca na
              etacie od takiej samej bez etatu. Bo jeśli młody człowiek nie ma ani
              stabilizacji, ani wysokich dochodów, to plasuje się niżej kolesia,
              który parę miesięcy spędza chociażby na zmywaku w Anglii, a potem
              przywozi kasę do Polski i przez resztę roku ją wydaje: na nowy
              samochód, sprzęt muzyczny, imprezy, panienki itd. On też nie jest
              ustawiony i nie pracuje na emeryturę, ale przynajmniej ma coś od
              życia. I nie ma świadomości, że jest, za przeproszeniem, dymany
              przez państwo.
              Jeżeli jednak człowiek nie ma stałej pracy w kraju, ale osiąga
              wysokie dochody (przy założeniu, że z jakichś względów nie
              chciał/nie mógł otworzyć własnej działalności), to sobie jakoś
              poradzi, bo nawet jak mu nie dadzą kredytu, to sobie ten samochód
              czy inne sprzęty kupi za gotówkę, nie dając zarobić bankom ani innym
              lichwiarzom. I przy dużej dozie samozaparcia odłoży też choć trochę
              na przyszłość/czarną godzinę.

              > Ponieważ studia doktoranckie są masowe, to niskie są też
              stypendia. Tym samym
              > ciężko o to, by na takie studia przychodzili najlepsi i
              > najbardziej zdolni.
              >
              > Skoro studia są na marnym poziomie, a warunki finansowe są
              > kiepskie - przychodzą
              > na nie albo osoby które nie mają pomysłu na życie, albo pasjonaci.
              > Obie grupy
              > wkrótce są sfrustrowane tym, co zastają na uczelni. I bardzo
              > często traktują te
              > studia jako wyłącznie dodatek - a więc po macoszemu. W efekcie
              > marnuje się
              > całkiem spore pieniądze.

              Trudno się z powyższym nie zgodzić.

              > Zamiast obecnego systemu należy po prostu ograniczyć liczbę
              > studentów na
              > doktoranckich, zapewniając równocześnie lepsze finansowanie.
              > Zarówno dla
              > studentów, jak i promotorów i wykładowców. Ale za lepsze pieniądze
              > należało by
              > żądać więcej. I od jednych i od drugich.

              Owszem, żeby móc wymagać, trzeba zaoferować odpowiednio atrakcyjne
              warunki. Inaczej jedni udają, że coś robią, a drudzy - że ich za to
              wynagradzają.

              > Oczywiście osobną kwestią jest asystentura. Ma ona wiele zalet,
              > ale są też i
              > wady. (...)

              Ale powiedz szczerze, czy zamieniłbyś się na sytuację uczelniano-
              zawodową z doktorantem?
              • flamengista nie zamieniłbym się 20.08.08, 11:56
                Szczerze powiedziawszy, po ukończeniu studiów otrzymałem taką "ofertę". I zaraz
                ją odrzuciłem. Gdyby nie asystentura, nie zostałbym na uczelni tylko robił teraz
                coś innego.

                Ale problem jest abstrakcyjny, bo w tym momencie alternatywą wobec posady
                asystenta (umowa na 8 lat + duża szansa na zatrudnienie po doktoracie) jest
                status studenta ze stypendium 1000 zł na rękę. To żadna alternatywa.

                Ale gdybym miał wybierać między studiami doktoranckimi na MIT, ze stypendium 2
                tys USD na rękę a asystentura w Polsce - to bym się przynajmniej zastanowił;)
                Tyle że niestety ukończone studia z ekonomii w Polsce spowodowały, że taka
                ścieżka jest dla mnie definitywnie zamknięta.
                • eksdoktorant Re: nie zamieniłbym się 20.08.08, 15:49
                  Otóż to. Albo zostawać po studiach na uczelni, ale jako pracownik
                  etatowy (z dwojga złego... nie będę się powtarzał), albo bawić się w
                  dalsze studiowanie, ale w kraju, w którym dają w miarę przyzwoite
                  stypendia.
                  Takie stypendium (1500 euro czy 2000 USD) może nie jest szczególnie
                  atrakcyjne względem dobrej pracy, nawet w kraju (gdy ktoś zarabia
                  np. 10 tys. zł na rękę), ale na pewno lepsze to niż fikcja
                  pt. "studia doktoranckie" oferowana przez nasze uczelnie czy praca
                  za grosze (zwłaszcza bez etatu), zresztą o tym też już pisałem.


                  I prawda jest taka, że gdybyś był doktorantem, a nie asystentem, to
                  nie miałbyś żony i dziecka ani dylematów, czy jechać na wakacje
                  samochodem czy pociągiem, mimo że robią problemy z kuszetkami...
                  • dalatata Re: nie zamieniłbym się 20.08.08, 16:58
                    Eksdoktorant od jakiegos czasu proponuje wizje swiata, w ktorym doktoranci czy
                    asystenci zarabiaja krocie (glwonie za granica ten swiat jest). w Polska jest
                    oczywiscie koszmarna bo nie placi krocia. otoz to jest wizja falszywa. o
                    stypendium dokotrskieg rzedu 1000 funtow nigdy nie slyszalem w UK, to sa raczej
                    sumy rzedu 700 funtow brutto.przynajmniej w naukach spolecznych czy
                    humanistycznych.

                    wiec, prosze o odrobine umiaru w kresleniu tego swiata pieknych warunkow dla
                    doktorantow na swiecie. tak nie jest. co wiecej, obowiazki dokoranta traktuje
                    sie na przyklad na mojej uczelni powaznie i regularnej dzialanosci zawodowej nie
                    moze byc mowy, narusza kontrakt.

                    asystentur w UK nie ma, system jest inny i nie ma co porownywac z polska.

                    w konkluzji powiedzialbym, ze dokotranci w Polsce nie maja latwo, ale z
                    pewnoscia maja latwiej niz dokotranci w UK. natomiast z cala pewnoscia polscy
                    dokotranci i asystenci sa mistrzami swiata przede wszystkim w narzekaniu, ale
                    rowniez w opieprzaniu sie.

                    a eksdoktorantowi zycze serdecznie poskramiania swych frustracji. zamglily mu
                    obraz swiata
                    • niewyspany77 Re: nie zamieniłbym się 21.08.08, 10:48
                      fajnie ae pozwole sobie zauwazyc ze dosc duzym uogolnieniu co do zony, dziecka
                      oraz dylematow wakacyjno-podroznych to eks ma niestety racje. nawet pr0fes0r
                      kiedus napisal cos w desen, ze byc doktorantem dzis to rzecz dla samotnych
                      mieszkajacych z rodzicami (moze cos przekrecilem ale nie za duzo).
                      • dalatata Re: nie zamieniłbym się 22.08.08, 23:58
                        no ale mi sie wydaje, ze ja tylko poweidzialem, ze owa bieda z nedza dotyczy
                        rowniez dokotroantow poza Polska. praca naukowa nigdzie nie przynosi,
                        szczegolnie na poczatku, kokosow. w biznesie zawsze i wszedzie bedzie sie
                        dostawac wiecej. i trzeba to zaakceptowac. i jesli ktos chce zarobic duzo forsy,
                        na dodatek w miare szybko, to zdecydownaie nie powinien robic dokotratu, tylko
                        isc do pracy w biznesie. tak jest w PL, tak jest w UK. i niespecjalnie wiem na
                        czym polega ten wielki problem?
        • ahima w takim razie nie wyraziłam się jasno 20.08.08, 22:30
          ja rzuciłam asystenturę na rzecz swobodnej pracy naukowej i
          możliwości pisania doktoratu. To, że dorabiam, jest dodatkiem
          koniecznym, gdyż ciężko opłacić kredyt, wydatki domowe, potrzeby
          dzieci i swoje z jednej pensji plus pensja asystenta lub stypendium
          doktoranckie. Gdybym mogła, nie dorabiałabym raczej, bo fascynuje
          mnie praca naukowo-dydaktyczna, mniej administracyjna.
          Jestem na studiach dla możliwoście pisania doktoratu i nie jest to
          opcja bardzo komfortowa psychicznie pod względem tego, że nie jestem
          zatrudniona.
          Pozdrawiam
                • charioteer Re: w takim razie nie wyraziłam się jasno 21.08.08, 11:22
                  Ja akurat nie chce sie wypowiadac ani za studiami doktoranckimi, ani za
                  asystentura. Jedno i drugie ma wady i zalety. Asystent tez musi dorabiac, wiec
                  mozna powiedziec - na co komu taka robota? Ahima dokonala wlasnego bilansu
                  zyskow i strat, zrezygnowala z jednego na rzecz drugiego i miala do tego prawo.
                  Bardzo dobrze rozumiem, jezeli dla kogos czas jest wieksza wartoscia niz co innego.
                • eksdoktorant Re: w takim razie nie wyraziłam się jasno 21.08.08, 12:44
                  niewyspany77 napisał:

                  > jezeli glownym akcentem bycia doktorantem jest dorabianie, to ja
                  nie widze sensu
                  > w byciu tym doktorantem - mozna napisac z wolnej stopy,
                  szczegolnie jak juz
                  > uzgodnilismy ze studia dr to pic na wode.

                  Doktorat z wolnej stopy - to jest dopiero pic na wodę! Nie dość, że
                  nie dostaje się nic od uczelni, to jeszcze się buli za "przywilej"
                  bycia dopuszczonym do obrony.
                  A jak kogoś obleją, to co, kasa przepada? Czy może poprawka jest
                  gratis?
                  Tak czy siak, superinteres.
                  • eksdoktorant Do dalatata 21.08.08, 13:12
                    Naucz się czytać ze zrozumieniem, już Ci to zresztą ktoś zasugerował.
                    Czy ja gdziekolwiek kreuję wizję świata, w którym doktoranci na
                    Zachodzie czy gdzie indziej opływają w dostatki? Napisałem jedynie,
                    że zagraniczne stypendia mogą być atrakcyjne DLA POLAKÓW, zwłaszcza
                    tych, którzy nie mogą się poszczycić zbyt wysokimi zarobkami i
                    korzystną formą zatrudnienia.
                    Nie wiem, jak jest w Anglii, ale tak się składa, że orientuję się,
                    na jakie stypendia mogą liczyć zagraniczni doktoranci np. w
                    Niemczech. I wcale nie uważam, że są to atrakcyjne warunki dla
                    wykształconego Niemca. Na pewno nie są konkurencyjne względem dobrej
                    posady poza uczelnią.
                    I kto tu ma zamglony obraz tego czy owego? Widzisz wszystko przez
                    pryzmat UK i oszukujesz (głównie samego siebie), że w Polsce też Ci
                    dobrze płacą za te gościnne wykłady (zdaje się, że na SWPS), ale
                    ciekawe, czy tak chętnie wróciłbyś do Polski na stałe. Może inaczej:
                    czy gdybyś mógł cofnąć się w czasie, to zostałbyś w PL, skoro tak
                    dobrze Cię tu traktują. Bo wrócić na emeryturę to nie problem, jak
                    się przepracowało pół życia za granicą.
                    (Jakbyś się nie zorientował, to było pytanie retoryczne).
                    Zarzucasz wszystkim malkontenctwo, a sam narzekasz jak nie
                    asystentkę, która od 10 lat udaje, że robi doktorat, to na innych
                    nieaktywnych badawczo pracowników akademickich, z którymi "masz
                    problemy" i którzy Ci "przeszkadzają".
                    Piszesz o frustracji, a ja jestem ciekaw, jak powodziło Ci się,
                    powiedzmy, między 25 a 35 rokiem życia (przy założeniu, że
                    mieszkałeś wtedy jeszcze w Polsce). Czy nie musiałeś sobie
                    wszystkiego odmawiać na każdym kroku, czy stać Cię było na
                    spełnienie jednej czy drugiej zachcianki, czy może spoglądałeś z
                    głęboko skrywaną zazdrością na "bananową" młodzież (tak się chyba
                    mówiło za Twojej młodości) i marzyłeś, żeby się stąd wyrwać.
                    Bo mam poważne przesłanki, żeby podejrzewać, że frustracja rzuciła
                    się tu na mózg komu innemu, a nie mi, jak sugerujesz...
                    • dalatata Re: Do dalatata 22.08.08, 23:25
                      z cala pewnoscia nie umiem czytac ze zrozumieniem. kajam sie.

                      to prosze mowic o Niemczech, a nie o swiecie, zachodzie czy jakims jeszcze innym
                      mitycznym regionie tej galaktyki.

                      czy wrocilbym na stale teraz? jesli idzie o pensje na uczelniach, bez wahania.
                      mam wielu kolegow profesorow ktorzy zarabiaja wiecej niz ja (realnie, a nie
                      realtywnie). nie wracam ze wzgledow pozafinansowych - ja nie potrafilbym w
                      Polsce zyc.

                      niespecjalnie widze, jak sie ma do tego wszystkego narzekanie na nieaktywnych
                      badawczo. narzekam na takich rowniez tu. to tylko mity, ze 'na zachodzie' nie ma
                      takich - oczywicie ze sa, im lepszy uniwersytet tym ich mniej, ale nawet na
                      Oxbridge tacy sa. rekordzistka ktora znam, robi doktorat na brytyjskiej uczelni
                      od 20 lat.

                      jak mi sie powodzilo wieku 25-6 lat. swietnie. konczylem pisac, dorabialem jak
                      maly samochodzik, jednak to byl chyba najbardziej komfortowy okres mojego zycia.
                      ale dorabianie nie mialo to wplywu na prace dokt. zlozylem prace w poltora roku.
                      ja po prostu chcialem bardzo zrobic dokotrat i to byl moj priorytet.

                      i szczerze powiem, ze to ciagle jojczenie, jak to bardzo jest zle, jest takim
                      fajnym alibi na to ze sie nie da. i jest glownie irytujace. bo ja ciagle slysze
                      jak to sie nie da. nie sa sie badan robic, bo trzeba dorabiac, trzeba zalatwiac,
                      trzeba cos jeszce, no i najwazniejsze: nie da sie.

                      nie mam studenta tu kory by nie dorabial, nie pracowal itd itd. tyle ze wszyscy
                      traktuja to jako normalne. i staraja sie laczyc jedno z drugim. bo sie da, tylko
                      trzeba chciec a nie traktowac doktoratu jako sposobu na podrywanie lasek czy
                      laskow na imprezach.
                  • niewyspany77 Re: w takim razie nie wyraziłam się jasno 21.08.08, 13:30
                    >Nie dość, że
                    > nie dostaje się nic od uczelni,

                    No i jest jasny uklad - nic nie chce, ale nic ode mnie nie oczekujcie. Czy
                    odwalanie 90h dydaktyki na dziennych (plus inne roboty typowe dla studiow dr) to
                    jest moja iluzja?

                    > to jeszcze się buli za "przywilej"
                    > bycia dopuszczonym do obrony.

                    OK. Czy jest bledem zaplacenie za: recenzje, czas egzaminatorow, czas ludzi z
                    komisji, sala na obrone, delegacje dla recenzentow etc etc? Czy oni za darmo
                    jezdza, pisza recenzje, wolnego czasu nie szanuja?

                    > A jak kogoś obleją, to co, kasa przepada? Czy może poprawka jest
                    > gratis?

                    Stary ale o czym Ty gadasz? Ktory promotor zaryzykuje dopuszczenie do obrony
                    czlowieka ktory moze na niej polec? Ferment spada na promotora!!!

                    > Tak czy siak, superinteres.

                    No, lepiej 4 lata sie bujac z fake-studiami dziennymi albo bulic kilka tysiecy
                    rocznie za rownie doskonale fake-studia zaoczne. Wolna stopa - jakies 3-4
                    semestry bulenia zaocznych.

                    Jedyny plus jaki widze ze studiow to taki, ze mozna sie starac o granty i
                    stypendia. Ale gdzies czytalem, ze ministerstwo juz nad tym bledem pracuje.
                    • eksdoktorant Jeszcze do niewyspanego77 21.08.08, 13:42
                      niewyspany77 napisał:

                      > jezeli glownym akcentem bycia doktorantem jest dorabianie, to ja
                      > nie widze sensu
                      > w byciu tym doktorantem - mozna napisac z wolnej stopy,
                      > szczegolnie jak juz
                      > uzgodnilismy ze studia dr to pic na wode.

                      Już jeśli, to "głównym akcentem" jest tu zapewniony status (lepszy
                      chyba taki niż żaden), ubezpieczenie oraz nieponoszenie kosztów,
                      które ponosiłoby się trzaskając chałtury w ramach działalności
                      gospodarczej. Można poczekać z zarejestrowaniem wyżej wymienionej do
                      czasu, aż zlecenia będą płynęły wartkim strumieniem.

                      A zaoczne (płatne) "fake-studia" doktoranckie to można, za
                      przeproszeniem, o kant dupy potłuc.
      • matmis Re: Likwidacja studiów doktoranckich 25.08.08, 00:53
        > > jasne byłoby, że jest pracownikiem, a nie studentem,
        > > więc powinien zachowywać się jak przystało na pracownika
        >
        > i tu się zgina dziób pingwina.

        Żeby wyjaśnić co mam na myśli - wszystko świetnie z tym tekstem, opis realiów
        wiarygodny, aż do tego miejsca, gdzie jest dla mnie wielki zgrzyt.
        Ani zamiana etykietki doktorant-asystent nie zmieni zachowań młodych naukowców,
        ani też zachowywanie się "jak przystało na pracownika" nie uzdrowi nauki polskiej.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka