eksdoktorant
27.08.08, 14:29
Nie, nie będzie to wątek poświęcony filmowi Bogusława Lindy.
Niniejszy post dedykuję nowemu narybkowi doktoranckiemu.
Wakacje powoli dobiegają końca i niedługo zacznie się druga tura
naboru na studia doktoranckie. Kto nie załapał się w czerwcu-lipcu -
bo po obronie magisterki był zajęty słodkim nieróbstwem albo
badaniem rynku pracy - ma szansę teraz. Swoją życiową szansę.
Pod koniec sierpnia słychać tylko stukanie w klawiaturę i szelest
nerwowo przerzucanych z teczki do teczki papierów. Standardowy
format A4. Życiorys, opinia, wymięta kserokopia dyplomu,
wypieszczony i tryskający optymizmem konspekt planowanych badań
opiewający na trzy strony komputeropisu oraz parę innych świstków. W
sumie nie ma tego tak dużo, jak spojrzeć na to chłodnym okiem z
boku. Najwięcej szumu robi się wokół owianej przeróżnymi mitami
rozmowy kwalifikacyjnej, przez niektórych określanej - nieco na
wyrost - mianem egzaminu wstępnego. Strach ma wielkie oczy i ci,
którzy mają tę farsę dawno za sobą, z nieskrywanym politowaniem
spoglądają na młodych napalonych. Dobrze wiedzą, że to wszystko
fikcja i ostanie egzaminy to się zdawało na studiach magisterskich.
Nie chcą jednak młodym obrzydzać kariery doktoranta już na starcie.
Im też ktoś kiedyś pozwolił się sparzyć, więc dlaczego świeżo
upieczone mięso armatnie miałoby mieć lepiej/gorzej?
Na forum niczym grzyby po deszczu wyrastają nowe posty.
"Kierunek taki a taki tu a tu - warto się w to pakować? Doradźcie."
Takimi mniej więcej słowami debiutują nowe dusze na forum.
Są pełni zapału, wiary w siebie i innych, przekonani o swojej
wyjątkowości. U nieco bardziej doświadczonych i zniesmaczonych
życiem forumowiczów wzbudzają mieszankę współczucia i zazdrości.
"Wiem, że z tego, w czym teraz rzeźbię, może kiedyś powstać książka,
arcydzieło wszech czasów, więc mi nie podskakujcie!" - humor zdaje
się niektórych nigdy nie opuszczać.
Na jak długo starczy im powera? Czas pokaże. Czy raczej zweryfikuje.