I nie wiem czy się śmiać czy płakać. Mamy dwoje dzieci (2.10 dziewczynka i 9
miesięcy chłopiec), ja właściwie nie planowałam większej ilości (wewnętrznie
chciałam, ale trudne czasy itp), mąż chciał bardzo... No i stało się! Jak?
Dość zwyczajnie, fizjologicznie nawet (hihi

Piszę, bo choć nie rozpaczam,
to chyba się nie cieszę, boję się że sobie nie poradzę... Może jakieś słowa
otuchy? Najbardziej boję sie pierwszych kilku miesięcy - Julek bedzie miał 17
miesięcy gdy urodzi się brat lub siostra. Do tej pory karmię go wyłącznie
piersią ( nie żebym chciała, ale on nic innego nie akceptuje - mimo moich
błagań i wysiłków) więc boję się o rozwój ciąży i swoje zdrowie (dwie ciąże
były delikatnie mówiąc, pod każdym względem okropne, zle je znosiłam ...).
Kobietki mądre, silne, wielodzietne! Jak dawałyście dobie radę? Jak
walczyłyście ze stereotypem wielodzietnej kury domowej? Inna sprawa - boję
sie, że dłuuugie siedzenie w domu padnie mi w końcu na głowę... ( od września
miałam wrócić na pół etatu do roboty, bardzo tego chcialam. Lubię swoją
pracę
NO i jeszcze jedno... Może to głupie, ale ja się obawiam ( nie żebym sie
bała) reakcji otoczenia. Jesteśmy w środowisku gdzie brewerią jest mieć dwoje
dzieci. Liczy się kariera, samorealizacja, kasa. Jak jedziemy naszym
podwójnym wózkiem na spacer to się gapią. Co będzie, jak Anielka pójdzie
pieszo, a jej miejsce zajmie Trzecie? Może to głupie, ale ja bym chciała być
tak bezwarunkowo dumna z moich dzieci, a boje się... że nie umiem. Na razie
powiedziałam dwóm osobom (nie rodzinie, osobom nautralnym). ZA każdym razem
reakcja: "OOOOO!!!! Jak ty sobie biedoto poradzisz?" - i jakieś tam uwagi i
coś na kształt litości! A więc reszcie nie mówię. NIech sobie zobaczą jak
urośnie brzuszek! Odpiszcie coś, choć parę słów. AGATA