Dodaj do ulubionych

Moja historia...długie

02.09.05, 16:28
Od dłuższego czasu czytam to forum, i coraz bardziej chce mi się płakać...
Może się przedstawię: Nazywam się Lilianna mam 37 lat.
7 razy próbowałam zostać matką...
Z męrzem do zawsze planowaliśmy dużo dzieci, to było nasze marzenie. Gdy
miałam 23 lata zaszłam w ciążę, radość była ogromna, od razu wybieranie imion
itd, pamiętam to jeszcze. Dziewczynka miałą być Grażynka a chłopiec Hubert,
niestety pierwsze usg zmieszało nasze szczęście z błotem...ciąża
ektopowa...pozamaciczna. PAmiętam jak dużo było płaczu...Ciąża była w
jajniku, została usunięta...Tego dzieciaczka w myślach nazywam Grażynką. Była
z nami 3 tygodnie...Lekarz oznajmił że operacja się udała i szybko możemy
postarać się o kolejnego dzidziusia. Przez cały rok się nie udawało...ale w
końcu zaszłam w ciążę. Podskakiwałam z uciechy i modliłam się żeby ta była w
macicy. I tak było. Na usg wyniki świetne, wszystko dobrze. Czułam się
cudownie. W 5 tygodniu zaczęłam plamić, lekarz stwierdził że to minie, nic
takiego. Potem zaczęłąm krwawić. Pojechałam do szpitala ale było już za
późno...poroniłam. Dzisiaj myślę że to wszystko wina lekarza! Gdyby nie
odesłał mnie z plamieniem...Na tą dzieinkę mówię: Aniołek, nie miałam dla
niej imienia. Trzecią ciążę poroniłam w 6 tygodniu. Straciłam adzieję na
zostanie matką, aż do 30-stki. A potem nagle: Ciąża. Wpadka. Jednak
cieszyliśmy się bardzo. Zaczęłam rodzić na początku 4 ms, jednak ciążę
uratowali, była zagrożona, leżałam i płakałam. W 5 ms zaczęłąm znowu rodzić,
tym razem nie udało się. O godzinie 3,45 nad ranem urodził się malutki
chłopczyk, żył 21 minut, nazwałam go Artur. Byłam załamana, było mi tak
strasznie, starsznie przykro...czuła się okropnie. Mąż ode mnie odszedł,
powiedział że marzenie o dziecku, jest silniejsze od jego miłości do
mnie...czułąm się do niczego...Rok później poznałam mojego obecnego partnera,
byliśmy razem bez ślubu, było nam fajnie. On zaczął nalegać na dziecko.
Lekarz ostrzegał że to będzie ciążą wysokiego ryzyka. Mimo to, zdecydowaliśmy
się. Od początku ciąży leżałam, chodziłąm ostrożnie itd, niestety...ciąża
zdiagnozowana jako ektopowa...tym razem drugi jajnik...ryczałam jak bóbr, nie
chciałam dać usunać...po tym zdarzeniu wiedziałam że kolejnej ciąży tak
zakończonej nie przeżyję...Jednak partner nalegał, twierdził że nie można
poddawać się po jednym razie...lekarz zabronił mi, twierdząc że nic z tego
nie będzie, i jeżeli nie chcę ryzykować własnym zdrowiem to mam dać sobie
spokój.Olałam go. Zaczęliśmy ztarania które trwały 4 lata. I nic.
Zdecydowaliśmy się na zapłodnienie in vitro. Pierwsze nie udało się.
Próbowaliśmy dalej i za trzecim razem cud. Ciąża prawidłowa, bliźniacza.
Nasza radość była nieopisana. Przeplatana ze strachem, ale
wspaniała...Myślałam że musi się udać...że po deszczu przychodzi
słoneczko...niestety...jeden płód straciłam w 3 misiącu, walczyłam o drudiego
maluszka. Na usg lekarze zoobserwowali wodogłowie. Uparłam się żeby rodzić,
chciałam zostać matką ponad wszystko na świecie. W 8 misiącu zrobiono
cesarskie cięcie. Urodził się chłopiec z szeregiem wad, niewydolnością
oddechową, wodogłowiem, zespołem retta. Nie miałam pojęcia co to wszystko
znaczy. Radość wyparowała. Malutki Michaś został na oddziale, walczył
dzielnie całe 4 dni. Po jego śmierci usiłowałam popełnić samobójstwo. Nie
krytykujcie mnie, musiałam. Znalazł mnie mój mąż, lekarze odratowali. Mój
partner był wspaniały, czuły, opiekuńczy. On zastanawiał się nad Adopcją, ja
nie chciałam o tym słyszeć. Nie chciałam żadnych dzieci. Miesiąc temu na
badaniach kontrolnych spadła na mnie wiadomość: Ciąża 3 tydzień. Nadzieja
odrzyła. Jednak tydzień później ciąża..."somoistnie się wchonęła" jak to
określił lekarz.
To była moja siódma i ostatnia nadzieja na zostanie matką.
I powiedzcie mi, gdzie jest sprawiedliwosć? Gdzie? Mam dość, czy to jest
dziwne? Teraz głęboko we mnie pozostała uśpiona nadzieja, i pytam Was: Czy
mam jakąś choćby 1:100000000000000 szansę na to że moje dziecko urodzi się
zdrowe i donoszę ciąże? Lekarz przekreślił moje szanse.
Czy może znacie takie przypadki że za 8 razem się udało? Proszę piszcie...tak
chciałabym mieć maluszka...malutką istotkę...a tymczasem mam pełne ramie
aniołków...może znacie jakiś specjalistów w Warszawie do których mogłabym się
zgłosić? I piszcie, jak sądzicie czy mogę zostać matką?!
Błagam o odpowiedzi...
Obserwuj wątek
    • ewa9923 Re: Moja historia...długie 03.09.05, 00:24
      Lilianno, nie potrafię wyobrazić sobie Twojego bólu . Współczuję Ci z całego
      mojego serca. Jestem na razie mamą jedynaka.
      W Internecie znalazłam strony Stowarzyszenia "Nasz Bocian". To mało
      pocieszające, ale jest wiele kobiet w podobnej sytuacji. Podaję Ci link do tych
      stron, bo to jedyne co przychodzi mi teraz do głowy, żeby Ci pomóc.

      www.nasz-bocian.pl/modules.php?name=Forums&file=viewforum&f=17
      Myślę, że możesz zostać matką. Jeśli jesteś wierząca, módl się o to codziennie.
      Ja dzisiaj zrobię to w Twoim imieniu .
      Pozdrawiam smile
      Ewa
    • ania970 Re: Moja historia...długie 03.09.05, 09:23
      Witaj
      Bardzo chciałabym Ci powiedzieć, że możesz urodzić dziecko. Ale sama wiesz,
      że tego nikt nie wie. Myślę jednak, że możesz zostać matką. Możesz pomyśleć o
      adopcji. Przyjąć do domu dziecko, które być może już czeka na Ciebie.
      Wiem, że to nie to samo, ale jestem przekonana, że na Twoim miejscu rozważyłabym
      takie rozwiązanie.
      Gdy byłam dziewczynką i dowiedziałam się od mamy, że poród boli, powiedziałam,
      że ja nigdy nie urodzę dziecka, ale adoptuję. W końcu urodziłam troje i ból
      mnie nie przerażał, ale do teraz myślę, że gdybym z jakichś przyczyn nie
      mogła mieć własnych dzieci, próbowałabym adopcji. Celowo piszę, że próbowałabym,
      bo niestety nie wiem czy sprostałabym wymaganiom przepisów.
      Życzę Ci wszystkiego najlepszego i wierzę, że odnajdziesz szczęście i
      dziecko znajdzie się w Twoim domu.
      Pozdrawiam serdecznie.
    • kasiask Re: Moja historia...długie 03.09.05, 10:14
      To ja Ci w skrócie powiem moją historię.
      Nie mogłam zajść w ciążę. Nie długo, jakieś 3 lata. Ale ja jestem osoba
      niecierpliwa. Zdecydowaliśmy się na adopcję. Pojawił się Mateusz. Do dzisiaj
      pamiętam, jak bardzo byłam wtedy szczęśliwa. Chyba z żadnego kolejnego dziecka
      nie cieszyłam się tak, jak z niego. A potem nagle ciąża, niespodziewana wpadka.
      Pojawił się Julek, a potem Antoś, a teraz będzie Max...
      Nigdy nie można tracić nadzieji na macieżyństwo. A adoptowane dziecko kocha się
      tak samo, jak własne. Nie ma znaczenia w jaki sposób odnajdziesz swoje dziecko.
      Może Twoje dziecko nosi teraz inna kobieta? Trzeba go tylko poszukać.
      Powodzenia!!!!
    • czesiula Re: do liliany15 03.09.05, 16:18
      Wiesz, mam dwie koleżanki.Jedna czekała na dziecko 6 lat, druga 10. Ta pierwsza
      zdecydowała się na adopcję, ale zanim do tego doszło urodziła rok po roku dwoje
      dzieci. Było to coś tak niezwykłego,że informując mnie przez telefon,że jest w
      ciąży, kazała mi usiąść.Jej organizm tak bardzo nastawił się na
      macierzyństwo...Ta druga adoptowała dziewczynkę, a potem urodziła
      dziecko....Nie trać nadziei...
    • gagaw Re: Moja historia...długie 03.09.05, 23:14
      Łzy poleciały. Bardzo mi przykro... tyle bólu...

      Ja też pomyślałam o www.nasz-bocian.pl
      Tam jest wiele kobiet w podobnej sytuacji.

      Jest również wiele od razu pragnących i adoptujących dziecko. Ale są też takie,
      które nie chciały adopcji, a teraz są najszczęśliwszymi mamami adopcyjnymi na
      świecie.
      No i są takie, które po wielu próbach urodziły.
      Życzę ci z całego serca- abyś miała swoje upragnione dziecko. I aby droga którą
      to dziecko do ciebie trafi była dla ciebie najwłaściwszą.

      PS. Jeśli jesteś wierząca- kiedyś na pewno spotkasz swoje aniołki.
    • marzek2 Re: Moja historia...długie 04.09.05, 11:11
      Liliano, bardzo mi przykro sad Współczuję Ci ogromnie takich bolesnych
      doświadczeń, czasem tak trudno uwierzyć, że Bóg o nas pamięta.... Ale On pamięta
      wierz mi i jestem pewna, że cierpiał razem z Tobą za każdym razem... A dlaczego
      to Ci się przydarza - ja nie wiem, pewnie Ty też nie rozumiesz, nie zawsze dane
      jest nam tutaj na ziemi znać wszystkie odpowiedzi...

      Wiesz, też znam osobiście i z opowiadań parę przypadków, kiedy kobieta po
      adopcji rodzi własne dziecko (albo i dzieci). Znam też rodzinę, która najpierw
      "urodziła" swoich dwoje dzieci, potem adoptowali następną trójkę... Są
      wspaniałymi ludźmi, którzy dają wszystkim swoim dzieciom dużo miłości. Pamiętam
      jak mówili kiedyś w programie telewizyjnym, że mają 5 dzieci - dwoje które
      urodziły się im, oraz 3, które urodziły się innym rodzicom, ale dzięki łasce
      Bożej dane im było się odnaleźć. Życzę Ci z całego serca, żeby Bóg pocieszył Cię
      w Twojej sytuacji i żeby znalazło się Twoje dziecko, obojętnie czy urodzisz ja
      sama, czy urodziło się komuś innemu i masz je tylko odnaleźć...
    • romanska.3463 Re: Moja historia...długie 04.09.05, 13:37
      lilianno, tulę Cię do serca bardzo mocno. Jesteś wspaniałą, dzielną
      kobietą.Rozumiem Twoje pragnienie posiadania dzieciątka. Sama wiele lat się
      leczyłam. In vitro też nie jest mi obce. Dziś jestem najszczęśliwszą pod
      słońcem mamą dwóch adoptowanych urwisów (a być może w niedalekiej przyszłości
      rodzina się powiększy o jeszcze dwoje adoptusiów). Pomyśl, proszę o adopcji -
      wierzę, że byłabyś wspaniałą Mamą dla dzieciątka, które tylko przez zły los nie
      miało szczęścia urodzić się w Twojej rodzinie. Całuski. Ola
      • roxanna1336 Re: Moja historia...długie 25.09.05, 23:17
        Ja leżałam w szpitalu z mamą ,która za 7 ciążą urodziła slicznego zdrowego
        chłopczyka. Jej radość była dla mnie żródłem wielkiej siły. Nie odstępowała go
        ani na chwileczkę. Zyczę Ci z całego serca ,aby i Ciebie spotkało to wielkie
        szczęście.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka